Jak zachęcić Polaków do eurowyborów?

Jak zachęcić Polaków do eurowyborów?

Prof. Wojciech Cwalina, psychologia marketingu, SWPS
Jeśli wybory mają być czymś na kształt sondażu o aktualnym poparciu dla partii, to tym się nie zachęci. Gdyby udało się pokazać, że Europa to jeden organizm, i jeśli obywatele by w to uwierzyli, byłby to argument mogący skłonić do udziału w głosowaniu.

Prof. Andrzej Piasecki, marketing
Należy przypomnieć ludziom, jak wiele na integracji europejskiej skorzystali, i odwołać się do wyobraźni, proponując pomyślenie, jak byśmy wyglądali, gdyby nas do UE nie przyjęto. Jak wyglądałby np. nasz rynek pracy, na którym o zatrudnienie ubiegaliby się wszyscy ci, który do pracy wyjechali za granicę? Jak wyglądaliby nasi rolnicy bez europejskich dopłat? Warto też odwołać się do naszego nieustającego pragnienia, aby dogonić najbardziej rozwinięte kraje, zacierać różnice ekonomiczne i cywilizacyjne Polski z Europą. Tego nie da się osiągnąć inaczej niż przez większą identyfikację Polaków ze Wspólnotą. Musimy się poczuć pełnoprawnymi jej członkami. Zresztą nasza postawa wobec wyborów do Parlamentu Europejskiego może mieć pewne znaczenie dla międzynarodowej pozycji Polski, zwiększa lub osłabia naszą pozycję przetargową w Unii. Warto się zastanowić, jak na nas w takim kontekście będą patrzeć Rosjanie czy Białorusini, dla których zdecydowanie Europa to my. Z pewnością Polacy w tej identyfikacji z Unią są podzieleni, nawet geograficznie. Zachodnie regiony kraju chętniej pójdą do tych wyborów, wschodnie mniej chętnie, podobnie jak było sześć lat temu w referendum akcesyjnym. Kampania prowadzona obecnie przez partie polityczne uwydatniająca jakieś mało istotne różnice wewnętrzne podkreśla jedynie naszą zaściankowość.

Dr Marek Skała, politolog, specjalista ds. wizerunku w biznesie
Pytanie o frekwencję jest w istocie pytaniem o wynik PO. Twarde elektoraty ma Libertas i PiS, PSL oraz SLD. PiS czy SLD robią spoty nie o swoich kandydatach, tylko atakują innych. Nieważne, czy podłożem takich strategii plucia na konkurentów jest wiedza, czy przypadłości charakterów – jest to skuteczne. Ludzi bardziej kręci i ruszy z domów akcja przeciwko niż zagłosowanie za. Protest zawsze emocjonalnie pociąga bardziej niż poparcie kogoś lub czegoś. Prostsze elektoraty chętniej zagłosują; bardziej wyrobione mogą się zniesmaczyć i odciąć od takiej kampanii i wyborów jako takich. Tak więc zwiększanie frekwencji leży wyłącznie w interesie rządu i PO. Jak to zrobić? Straszyć Prawem i Sprawiedliwością. Pokazywać, że znowu kłamie. Nie bać się zwarcia. Zwiększanie frekwencji to zagranie na podobnym lęku jak w październiku 2007 r. Ale leży to w interesie tylko jednej partii.

Wojciech Szalkiewicz, ekspert ds. medialnego wizerunku politycznego
Rzecz warta jest Nagrody Nobla. Trzeba tłumaczyć, co to jest europarlament, bo ludzie nie wiedzą, a więc nie widzą sensu pójścia do wyborów. Trzeba też oddziaływać na emocje, pokazywać, co z tego będą mieli, i argumenty oparte na pieniądzu. Nie można w kampanii na rzecz eurowyborów używać argumentów z dziedziny lokalnej polityki ani agresji wobec konkurentów. Kiedy wyborcy dostrzegą taki kłótliwy aspekt, to zrażą się i do wyborów nie pójdą, bo nie będą chcieli w tej kłótni uczestniczyć. Wybory pięć lat temu były trochę inne, wtedy jeszcze mówiło się o sprawach lokalnych, bo pieniądze z Unii nie płynęły tak szerokim strumieniem. Teraz mamy spory na poziomie dwóch największych ugrupowań, a Unia jest gdzieś daleko w tle.

Eryk Mistewicz, ekspert, doradca polityczny
Jeśli PO czy też PiS chcą wygrać te wybory, muszą się starać o wysoką frekwencję. Wszyscy wiedzą, że sukces będzie wtedy, gdy zmobilizują nie tylko swoich zdeklarowanych zwolenników. W tym celu partie wykorzystują narrację, przekazują opowieści i w ten sposób stymulują do uczestnictwa w wyborach, nie szukając jakiegokolwiek związku z UE czy też działającymi na forum unijnym partiami, np. Europejską Partią Ludową, Partią Europejskich Socjalistów itd. Nie będą nawiązywać do struktury Parlamentu Europejskiego ani zawiłości traktatu lizbońskiego, nie będą wchodzić w szczegóły merytoryczne, ale raczej straszyć, zniechęcać do swoich przeciwników, a zachęcać do siebie. Ponieważ w Polsce zaledwie dwie osoby przeczytały treść traktatu lizbońskiego, nie ma sensu powoływać się na jego szczegółowe ustalenia. Mobilizować wyborców trzeba w o wiele prostszy, bardziej emocjonalny sposób.

Wiesław Gałązka, konsultant i doradca polityczny
Miałkość i arogancja naszych polityków to cechy odstręczające Polaków od uczestnictwa w wyborach. W związku z tym w krajowych zazwyczaj głosują na mniejsze zło. Niestety w tych do europarlamentu partie również będą straszyć ich wizją kompromitacji i strat, do jakich może doprowadzić głosowanie na przeciwników. Obecnie tylko to może zwiększyć frekwencję, na której pewnym ugrupowaniom zresztą nie zależy. Spodziewana niska frekwencja w eurowyborach wynika nie tylko z tego, że przeciętni Polacy niewiele wiedzą o roli tej instytucji. Polacy widzą, że nasi politycy wolą taplać się w polskim błotku, a europarlament traktują jako kolejne miejsce do walki o władzę w kraju. A także jako synekurę.

Wydanie: 20/2009

Kategorie: Pytanie Tygodnia

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy