Jakby wygumkowana

Jakby wygumkowana

Przez 25 lat Irena Dziedzic była ikoną polskiej telewizji. Zmarła w zapomnieniu

Była tak piękna, że mężczyznom odbierało mowę. I tak mądra, błyskotliwa, cięta, że trochę się jej bali. Zrobiła w Telewizji Polskiej wielką karierę. Zaproszenie do programu „Tele-Echo” w czasach PRL było splendorem. Wystąpiło w nim 12,5 tys. rozmówców, ale ani jeden polityk. Program był prekursorem formatu talk-show. Gościł na antenie przez 25 lat, od 1956 r. do 1981 r., i był to wówczas światowy rekord.

Irena Dziedzic zmarła w wieku 93 lat, 5 listopada 2018 r. Żadne media nie podały informacji o jej śmierci. Dopiero 12 stycznia na portalu kwartalnika „Więź” o odejściu dziennikarki i o pogrzebie poinformował ks. Andrzej Luter, który miał celebrować tę uroczystość. Telewizja Polska zafundowała dziennikarce wieniec z 44 białych róż. Choć w TVP jest mnóstwo dyrektorów i wicedyrektorów, na pogrzeb wysłano prezentera ze stacji TV Polonia. Tak rozprawiono się z peerelowską historią mediów. Internauta o nicku alfons (!) napisał: „Komuszy los, sprawiedliwość dziejowa”.

Złamane udo

Kilka lat temu media donosiły, że Irena Dziedzic żyje w ubóstwie. Dlatego zdecydowała, że należące do niej mieszkanie przejmie po jej śmierci osoba, która będzie płacić jej za życia kilkutysięczną miesięczną pensję, zapewniającą godne warunki. Było to rozsądne posunięcie, bo bliskiej rodziny nie miała. Zawarła umowę cywilnoprawną dotyczącą tzw. odwróconej hipoteki z mężczyzną, który zobowiązał się nie tylko do płacenia dziennikarce comiesięcznych kwot na utrzymanie, ale także do dbania o nią.

Latem ub.r. Irena Dziedzic złamała kość udową, mimo że była pod nadzorem opiekunki. Trafiła do szpitala. W październiku mężczyzna, który z Ireną Dziedzic zawarł umowę, złożył do Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga zawiadomienie o narażeniu dziennikarki na niebezpieczeństwo utraty życia, a odnosiło się ono do jej opiekunki. Drugie zawiadomienie dotyczyło niekorzystnych rozporządzeń mieniem, jakich miała dokonać Irena Dziedzic. Postępowanie wszczęto, kiedy dziennikarka już nie żyła. Prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci. Dziennikarka zmarła w szpitalu. Sekcja zwłok wykazała, że powodem była niewydolność krążeniowo-oddechowa.

Jak informuje rzecznik Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga Marcin Saduś, po śmierci dziennikarki prokuratura postanowiła ustalić rodzinę zmarłej. Ogłoszenia ukazały się w prasie. Udało się znaleźć jej dalekich krewnych, z którymi od ponad 40 lat nie utrzymywała kontaktu. Nie podjęli się zorganizowania pochówku. Współorganizatorem pogrzebu był mężczyzna, który miał przejąć na mocy umowy lokal Ireny Dziedzic. Nadal są prowadzone czynności związane z jego zawiadomieniem, że dziennikarka niekorzystnie rozporządziła swoim mieniem.

Czasem drogie perfumy, czasem czosnek

Niewiele wiadomo o jej życiu prywatnym. Nie wiadomo, kto należał do grona jej przyjaciół. Osiem lat temu pojawiła się na pogrzebie Zofii Nasierowskiej. Zapewne zmarła była dla niej osobą bardzo ważną. Być może fotograficzkę i jej męża Janusza Majewskiego łączyły z Ireną Dziedzic przyjacielskie stosunki. Może reżyser i dziennikarka znaleźli wspólny język, bo ona przed wojną chodziła do szkoły we Lwowie, a on – dużo młodszy – w tym mieście się urodził?

– Znajomość mojej żony i pani Ireny zaczęła się od tego, że ona, jak większość znanych wówczas pań, przyszła do Zofii na zdjęcia – wspomina Janusz Majewski. – Żona zwykle zaprzyjaźniała się szybko ze swoimi modelkami. Ale nigdy pani Irena nie bywała u nas w domu prywatnie ani my nie byliśmy z wizytą u niej. Spotykaliśmy się w telewizji, bo często bywałem przy Woronicza. Mówiliśmy sobie po imieniu, co w tamtych czasach nie było takie oczywiste. Tylko raz przyszła do nas, ponieważ miałem uczestniczyć w programie „Tele-Echo”. Kiedy zaproponowała mi wystąpienie w tym programie, oczywiście się zgodziłem, bo wtedy to była nobilitacja.

Majewski, który wtedy, pod koniec lat 70., miał już na koncie kilka filmów i przedstawień w Teatrze Telewizji, opowiada: – Przyszła do naszego domu na Żoliborzu z małą maszyną do pisania. Dwie kartki rozdzieliła kalką i wkręciła w maszynę, po czym zaczęła ze mną wywiad. Pytania i odpowiedzi od razu zapisywała na maszynie. Trwało to chyba ponad dwie godziny. Na koniec dała mi kopię maszynopisu. Powiedziała, że mam się tego nauczyć na pamięć. W ten sposób ubezpieczała się przed wybrykami rozmówcy. Oczywiście nie mogłem się tego nauczyć, bo nie jestem aktorem. W tym czasie „Tele-Echo” nagrywano wcześniej, więc była możliwość korekty w czasie montażu, ale początkowo transmitowane było na żywo, więc może pozostał jej taki nawyk.

Reżyser pamięta, że przed wywiadem Irena Dziedzic zwierzyła się, że ktoś jej poradził fantastyczną kurację czosnkową. Czosnek należało gotować w mleku, dzięki temu tracił uciążliwy dla otoczenia zapach. Po zakończeniu wywiadu Majewski odprowadził gościa do furtki. Kiedy zaś wrócił i otworzył drzwi swojego gabinetu, buchnął na niego zapach… czosnku. To kłóciło się z obrazem damy zawsze dbającej o image, dobrze ubranej i pachnącej drogimi perfumami.

– Irena Dziedzic była żelazną pozycją telewizji przez kilkadziesiąt lat – uważa reżyser. – Jej liczna widownia chroniła ją przed zdjęciem programu z anteny lub zwolnieniem. W końcu jednak wygryzły ją inne panie, młodsze od niej. To hańba i brak elementarnej kultury, że na jej pogrzeb nie przyszedł nikt z kierownictwa TVP. Przysłano prezentera, żeby pokazać, że w telewizji wprawdzie ją pamiętają i szanują, ale nie za bardzo.

Pani już tu nie pracuje

Ks. Andrzej Luter, duszpasterz i publicysta, poznał Irenę Dziedzic na pogrzebie Zofii Nasierowskiej. Poprosiła go o rozmowę. Spotkali się na Saskiej Kępie, w jakiejś restauracji. Dom traktowała jak twierdzę. – Rozmawialiśmy długo, pięć albo sześć godzin, i pani Irena bardzo wiele mi o sobie opowiedziała – przyznaje ksiądz. – Jednak nie mogę o tym mówić, bo uważam, że obowiązuje mnie tajemnica spowiedzi, choć to nie była spowiedź sensu stricto. Potem jeszcze rozmawialiśmy wielokrotnie w kościele środowisk twórczych. Pani Irena nie była dewotką, ale prawie w każdą niedzielę przychodziła na mszę. Potem siadaliśmy przy herbacie, czasem pani Irena krytycznie oceniała kazanie. Wiedziałem, że była samotna, bo nie miała rodziny i odizolowała się do środowiska. Często wypowiadała się bardzo krytycznie na temat obecnego dziennikarstwa. O rozmowach w telewizji mówiła: wywiadziki. To już nie był jej świat.

Jej sztandarowy program „Tele-Echo” miał kilkaset odcinków. Niewiele z nich się zachowało w archiwum telewizji. Część zniszczono. Jej maestrię poznali więc tylko ci, którzy mieli okazję je oglądać. A ich liczba maleje. Wystąpiła w kilku filmach. Zazwyczaj grała samą siebie. Prowadziła przez wiele lat Międzynarodowy Festiwal Piosenki w Sopocie, a potem od 1977 r. do 1980 r. Międzynarodowy Festiwal Interwizji. W latach 1983-1991 miała w telewizji publicznej kolejny autorski program „Wywiady Ireny Dziedzic”. Ale nie zdobył on już takiej popularności jak „Tele-Echo”. Po ośmiu latach – jak wyjawiła – pozbyto się jej telefonicznie z telewizji.

Jej żywiołem były wywiady, ale ona sama nie chciała ich udzielać. Na emeryturze zmieniła zdanie. Pewnemu wydawnictwu zaproponowała formułę wywiadu – pytania miało przygotować kilku dziennikarzy. Wydawnictwo wskazało sześciu. Ona obruszyła się, że trzech nie zna nawet z publikacji, więc dołożyła trzech następnych. Dla „swoich” była wyrozumiała i życzliwa, pozostałym odpowiadała nawet niegrzecznie. Na przykład na pytanie: „Jak powstawał scenariusz rozmowy w »Tele-Echu«? Na ile spotkanie przed kamerą było improwizowane?”, odpowiedziała: „Daruje pan, ale nie umawiałam się z wydawcą, że napiszę podręcznik. Sprywatyzowałam moją wiedzę w tym zakresie”. Tak było. Irena Dziedzic uważała, że nauka dziennikarstwa telewizyjnego możliwa jest jedynie w relacji mistrz-uczeń. Sama wybierała ucznia. Były to m.in. Edyta Wojtczak i Bożena Walter.

W 2002 r. zgodziła się na cotygodniowe felietony w Programie I Polskiego Radia „Punkt widzenia”. Paweł Królikowski, obecny prezes ZASP, mówi, że te felietony były bezkompromisowe i przewiercające. A Irenę Dziedzic nazywa „dziedziczką polskiej telewizji”. Felietony były emitowane do 21 maja 2006 r. Wtedy bowiem w prasie ukazała się informacja, że Irena Dziedzic jest kłamcą lustracyjnym – że zataiła współpracę z SB w latach 1958-1966. Dziennikarka wygłosiła w radiu felieton „Czy lustrować dziennikarzy?”. Okazało się, że to jej ostatni występ w tym medium. Przeniosła się do internetu. Przez dwa lata publikowała felietony na blogu irenadziedzic.blox.pl. Bardzo mądre. Ostatni, z 30 kwietnia 2008 r., skierowała do Mariusza Szczygła. Zaczęła go od słów: „Szanowny Panie, Młodszy Kolego, Mariuszu Sz.”. Paweł Królikowski uważa, że właśnie Mariusz Szczygieł ma taką rzadką umiejętność jak Irena Dziedzic – potrafi być jednocześnie gwiazdą i tłem dla swoich rozmówców.

Irena Dziedzic wystąpiła o autolustrację. W listopadzie 2010 r. Sąd Okręgowy Warszawa-Praga uznał, że była tajną i świadomą współpracowniczką SB w latach 1958-1966. Orzekł zakaz zajmowania przez nią stanowisk publicznych oraz utratę biernego prawa wyborczego na trzy lata. Miała wówczas 85 lat i mogła mieć to w nosie, ale walczyła o dobre imię. Sąd apelacyjny wydał wyrok na jej korzyść. IPN złożył kasację w Sądzie Najwyższym. Ten w 2013 r. potwierdził, że Irena Dziedzic nie jest kłamcą lustracyjnym. Jednak dla mediów wyroki sądu apelacyjnego i Sądu Najwyższego nie były interesujące, bo opluwanie ma więcej czytelników niż wybielanie. Dlatego niewiele osób wie, że dziennikarka została oczyszczona.

U nas się nie strzygła

Budziła skrajne emocje. Jedni ją uwielbiali, drudzy nienawidzili. Ci pierwsi cenili ją za umiejętność posługiwania się słowem mówionym, za profesjonalizm, wysoką kulturę. Ci drudzy uważali, że jest zarozumiała, niedostępna, zimna i zaborcza. Krążyły opowieści o tym, że pojawiała się w różnych zakładach i naciskała, by od ręki sprzedano jej sprzęt AGD czy meble, a potem zwlekała z zapłatą. Na korytarzach telewizyjnych bez przerwy o niej plotkowano. A ona była na wierzchołku życia towarzyskiego. Kupiła mieszkanie albo dom na Saskiej Kępie.

Nie wiadomo, gdzie faktycznie mieszkała. Jeden z moich rozmówców twierdzi, że w szeregowcu na południe od Trasy Łazienkowskiej, w pobliżu wjazdów na nią. Typuję ulicę Genewską. Trzeci segment od prawej jest w marnym stanie. Może to jej? Sąsiadka z prawej mówi tylko po rosyjsku, nie rozumie pytania. Wiekowy sąsiad po lewej nie kojarzy nazwiska Dziedzic. Następna sąsiadka, pani Ewa, jest tu kilkadziesiąt lat. Twierdzi, że Irena Dziedzic nie mieszkała w tych szeregowcach, ale kiedyś widywała ją w okolicy, w sklepie spożywczym, którego już nie ma. Być może mieszkała w szeregowcach przy Rapperswilskiej.

Rapperswilska. Mężczyzna wychodzący przez furtkę twierdzi, że Irena Dziedzic tam nie mieszkała. Szeregowce przy Bułgarskiej. Dzwonię do kolejnych drzwi. Nowi lokatorzy są młodzi, nie wiedzą, ani kim była Irena Dziedzic, ani czy tam mieszkała. Pytam ludzi na ulicy. Może znali, może widzieli? Kobieta w średnim wieku twierdzi, że kiedyś widziała ją w okolicy, starsza kobieta z psem – że od kasjerki w Carrefourze przy Paryskiej usłyszała, że kupowała u nich Dziedzic.

Ruszam Paryską. Pytam przechodniów. Nie znają albo nie widzieli. Komis z odzieżą. Tu nie bywała. Fryzjer trochę staroświecki. Tu się nie strzygła. Drugi o podobnym wystroju kilkaset metrów dalej – tu też nie bywała. W Carrefourze obsługa nie kojarzy dziennikarki. Podobno miała ulubiony lokal – ciastkarnię noszącą jej imię. Młode kelnerki nie wiedzą, kim była. Ale sprawdzają w internecie. Widzą zdjęcie na portalu – wiekowa kobieta w czarnym kapelusiku. Mówią, że chyba przychodziła do nich po ciasta. Legendarny bar Bistro, o którym opowiadała powojenna piosenka „Na Francuskiej” i w którym bywała przed laty Irena Dziedzic, już nie istnieje. Teraz robią tam pizzę. Młoda załoga nie ma pojęcia, kim była Dziedzic. Podobnie jest w pobliskiej dawnej herbaciarni, dziś sieciowej kawiarni. Tylko kobieta w sklepie z rajstopami twierdzi, że dziennikarka u niej bywała. Zwykle kupowała niezbyt drogie rajstopy. Po ponad dwóch godzinach rezygnuję z poszukiwania śladów Ireny Dziedzic. I przypominam sobie słowa usłyszane od Czesława Niemena (17 stycznia minęło 15 lat od jego śmierci): „Moje ślady powoli zaczną się zacierać”. Dziennikarka już została wygumkowana.

Dobre sąsiedztwo

Na pogrzeb legendarnej dziennikarki przyszło ponad 30 osób. Obok wieńca z białych róż od TVP spoczął wieniec z czerwonych róż od ZASP. W imieniu ZASP przemawiał były prezes tej organizacji Krzysztof Kumor. Mówił pięknie. Z Ministerstwa Kultury nikt nie przybył, choć dziennikarka jest w pewnym sensie dobrem narodowym. Jedynie Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża doceniły jej wkład w polską kulturę. Wyraziły zgodę na jej prośbę, by na leśny cmentarz znajdujący się na terenie Zakładu dla Niewidomych w Laskach sprowadzić z Ukrainy prochy ojca, a z Krakowa prochy matki. Potem obok nich miała spocząć Irena Dziedzic. Nie zdążyła zrealizować planów. Ale za towarzystwo ma postacie najznamienitsze, m.in. Tadeusza Mazowieckiego, Aleksandra Małachowskiego, Franciszka Starowieyskiego, Antoniego Słonimskiego i Jana Lechonia. Ona, jak powiedzieli twórcy filmiku wrzuconego 13 stycznia na YouTube, prawie ikona polskiej telewizji.

Fot. Czesław Czapliński/FOTONOVA

Wydanie: 4/2019

Kategorie: Sylwetki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy