Strażnik niewinny! A co z prokuratorem?

Strażnik niewinny! A co z prokuratorem?

Nie chciałbym, by wyglądało na to, że jestem owładnięty jakąś antyprokuratorską obsesją, choć szczerze mówiąc, do takiej obsesji jak mało kto w tym kraju miałbym powody.
Muszę jednak napisać o prokuraturze po raz kolejny. Oto Sąd Najwyższy oddalił jako oczywiście bezzasadną kasację, którą mój poniekąd osobisty prok. Jarosław Walędziak złożył od prawomocnego wyroku, uniewinniającego funkcjonariusza służby więziennej z zarzutu niedopełnienia obowiązku i dopuszczenia do tego, że w celi powiesił się świadek koronny. O sprawie szeroko informowały w swoim czasie media, niedawno duży tekst pióra Bogdana Wróblewskiego zamieściła „Gazeta Wyborcza” (z 29.02). Nie wiedzie się ostatnio prok. Walędziakowi. Co jakaś medialna sprawa, w której oskarża tak gorliwie, to uniewinnienie i wiadro pomyj wylane przez sąd na prokuraturę. A za Ziobry tak mu dobrze szło! Był już nawet prokuratorem Prokuratury Krajowej! Nie o niego tu jednak chodzi.

Sprawa wyglądała tak. Świadek koronny, w którego przypadku prokurator postanowił wystąpić z wnioskiem o cofnięcie statusu świadka koronnego, został umieszczony w areszcie. Przypomnieć należy, że pozbawienie kogoś tego statusu m.in. pociąga za sobą automatycznie zaniechanie wobec niego programu ochrony. Tak więc ktoś, kto poszedł na układ z prokuraturą, sypnął kolegów, a przy okazji, jak uczy doświadczenie, załatwił rękami policji i prokuratury, a za pieniądze podatnika prywatne porachunki, zostaje teraz sam, narażony na zemstę kamratów. Nie jest to sytuacja godna pozazdroszczenia. W takiej to sytuacji znalazł się bohater naszego opowiadania. Umieszczony w kryminale, słał rozpaczliwe listy do matki. Groził samobójstwem. Listy cenzurował prokurator. Znał te groźby. Nie wpadło mu jednak do głowy, aby uprzedzić o tym administrację aresztu. Administracji nie powiadomiono nawet o tym, że pensjonariusz celi nr 30 to świadek koronny, któremu cofa się ten status, co może się przyczynić do jego desperacji, agresji lub autoagresji. Przyczyniło się. W nocy z 20 na 21 kwietnia 2008 r. powiesił się. Na pasku od torby zaczepionym o metalową szafkę gdzieś nad kącikiem sanitarnym, poza polem objętym przez kamerę monitorującą wnętrze celi. W liście pożegnalnym samobójca napisał: „Zrobiłem to, bo po co mieliby mnie zabić w jakimś areszcie”.
W polskich kryminałach rocznie ma miejsce około tysiąca prób samobójczych, w tym zwykle kilkadziesiąt udanych. Większość to typowe demonstracje samobójcze. Ich sprawcy nie chcą pozbawić się życia, tylko zwrócić na siebie uwagę, trafić do więziennego szpitala, wymusić jakąś decyzję na prokuratorze czy administracji więziennej. Ale zarówno służba więzienna, jak i starzy kryminaliści dobrze wiedzą, że jak ktoś naprawdę chce się pozbawić życia, to na ogół mu się udaje. Nawet w monitorowanej celi. Gdyby zadać sobie trud i sprawdzić, kim są ci, którzy podejmują w więzieniach skuteczne próby samobójcze, okazałoby się zapewne, że pewien procent to pedofile i inni skazani, którzy z różnych względów znaleźli się najniżej w hierarchii więźniów, np. kapusie i ci, którzy nie wytrzymali psychicznie znęcania się nad nimi przez współwięźniów. Znaczny procent stanowią konfidenci różnych służb, ci, którzy poszli na współpracę z policją bądź prokuraturą, a teraz są szantażowani dekonspiracją, czyli zdegradowaniem do klasy kapusiów. Kto tego nie wie, ten nie zrozumie tajemniczych samobójstw w celach różnych ważnych świadków (jak w sprawie o zabójstwo min. Dębskiego czy w sprawie Olewnika) i będzie szukał spiskowych wyjaśnień.
Wyrok Sądu Najwyższego potwierdził ostatecznie, że maniakalnie oskarżany (kasacja, mimo wyroków uniewinniających w dwóch kolejnych instancjach) przez prok. Jarosława Walędziaka funkcjonariusz służby więziennej był niewinny. Nie chodzi tylko o to, że odpowiedzialnością za śmierć w areszcie prokuratura chciała za wszelką cenę obciążyć Bogu ducha winnego funkcjonariusza służby więziennej, usiłując wpakować go za kratki, podczas gdy prokurator, który cenzurując listy, zlekceważył zapowiedzi samobójstwa, został podobno ukarany naganą.
Sprawa ta pokazuje całą gamę problemów. Brak odpowiedzialności prokuratorów za ich działania i zaniechania. Reforma prokuratury à la Platforma Obywatelska polegała na tym, że rozdzielono funkcje prokuratora generalnego i ministra sprawiedliwości. To było słuszne i potrzebne. Ale równocześnie reforma pozbawiła prokuratora generalnego w zasadzie wszystkich narzędzi niezbędnych do dyscyplinowania podległych mu prokuratorów. To było niemądre. Utrzymano biurokratyczną, czteroszczeblową strukturę tej instytucji, nie wiadomo zupełnie po co, bo prokuratorom nadrzędnym również odebrano instrumenty do dyscyplinowania podwładnych. Wzrosła samodzielność i niezależność prokuratorów, ale w parze z tym wzrostem niezależności nie poszło zwiększenie odpowiedzialności za samodzielne i niezależne działania. Prokuratura w obecnym kształcie jest tworem patologicznym, stanowi zarówno kuriozum z punktu widzenia teorii zarządzania, jak i kuriozum ustrojowe. Jest korporacją niezależną od rządu i od… prokuratora generalnego, niemającego żadnej realnej władzy nad swoimi teoretycznie podwładnymi. Poczucie samodzielności i niezależności przy równoczesnym braku odpowiedzialności jest samo z siebie demoralizujące.
Kolejna sprawa to nadużywanie instytucji świadka koronnego, co do którego czasem naprawdę nie wiadomo, czy to on pomaga policji w rozprawie z gangami, czy bardziej policja (i prokuratura!) pomaga jemu załatwiać porachunki w świecie przestępczym. Czasem świadek koronny jest zakładnikiem prokuratora, który może wystąpić o pozbawienie go tego statusu i skazać na śmierć (najczęściej przez samobójstwo w celi), a czasem prokurator jest zakładnikiem świadka koronnego czy innego tzw. skruszonego przestępcy (kategoria znana polskiemu prawu, w zasadzie nieznana kryminologii), który najpierw pomógł mu na skróty doprowadzić do oskarżenia czy skazania kogoś, później zaś szantażuje, że może zmienić zeznania.
Sprawa uniewinnienia strażnika więziennego i chronienie kolegi przed odpowiedzialnością jest kolejną kompromitującą wpadką prokuratury. Ile jeszcze takich wpadek trzeba, by ktoś wreszcie zauważył, że to już nie następny wypadek przy pracy, ale kolejny symptom głębokiej, i coraz głębszej, patologii tej instytucji?
Instytucji, która stoi na straży praworządności Rzeczypospolitej.

Wydanie: 10/2012

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Komentarze

  1. Andrzej Koczwara
    Andrzej Koczwara 11 marca, 2012, 22:03

    Uczciwy prokuratorzy powinni sie wstydzic ze maja wsrod siebi takie indywidua,gdzie etos pracy prokuratora,jakis honor,morale.Takie wpadki jak oststnio zalicza prokuratura sa zenujace,przecza logice prawa i rozumowi.Wezmy sprawe samobojstwa B.Blidy.Kryminalistyka to nauka ktora mowi ze kazde zdarzenie pozostawia slady wtym przypadku DNA.W tym przypadku na pistolecie nie ma nic,oprucz nitki,na kurtce agentki nie ma sladow prochu,agenci przed badaniem umyli rece i co,i nic prokuratura umarza sledztwo w tej sprawie nie interesujac sie gdzie znikly ,slady.POwinno to byc zapisane w annalach kryminalistyki sp.Blida strzelila do siebie nastepni wytarla pistolet cud polskoprokuratorski

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na „Andrzej KoczwaraAnuluj pisanie odpowiedzi