Jedenaście lat w domu psychopaty

Jedenaście lat w domu psychopaty

Niepozorny kierowca autobusu porwał, więził, bił i głodził młodą kobietę

Kiedy w 2002 r. zaginęłam, niewiele osób w ogóle to zauważyło. Pewnego popołudnia wstąpiłam do sklepu Family Dollar, żeby zapytać o drogę. Kolejne 11 lat spędziłam w piekle. (…).
Nigdy nie opowiadałam o swoim trudnym życiu przed porwaniem. Nigdy nie wyjawiłam, dlaczego w sklepie rozmawiałam z mężczyzną, który mnie zaczepił, ani o dziwnym przeczuciu, które miałam, kiedy wyszliśmy razem na zewnątrz. (…). Właściwie to nigdy nie opowiedziałam całej historii. Aż do teraz. (…)

Kiedy się ocknęłam, nie miałam pojęcia, jaki jest dzień. Było całkiem ciemno. Wyczuwałam, że świra nie ma nigdzie w pobliżu, a w domu jest bardzo, bardzo cicho. Nie umiałam powiedzieć, czy jest dzień, czy noc. Wiedziałam tylko, że jakimś cudem nadal jestem żywa – albo raczej półżywa. Czułam się zamroczona, bo ciężki kask ograniczał mi dopływ tlenu. Byłam jednak na tyle przytomna, żeby obmyślać sposoby ucieczki. Zaczęłam poruszać rękami. Może uda mi się zdjąć łańcuchy? – zastanawiałam się. One ani drgnęły, ale ja zebrałam wszystkie siły i nie dawałam za wygraną.
Taśma wpijała mi się w nadgarstki, tak że po mniej więcej dwóch godzinach zamierzałam się poddać. I wtedy zdarzył się cud. Nagle poczułam, że coś się poluzowało. Nie mogłam w to uwierzyć. Może się uwolnię! Ruszałam rękami jak wariatka, aż w końcu udało mi się zdjąć taśmę z jednego nadgarstka. Potem wolną ręką wyswobodziłam drugi.
Choć nadal byłam przywiązana łańcuchami, mogłam przynajmniej zdjąć ten okropny kask. Cudownie było móc znów normalnie oddychać, nawet zatęchłym powietrzem w brudnej piwnicy. Potarłam sobie ramiona, żeby wróciło do nich trochę czucia. Rozejrzałam się, ale w pobliżu nie było nic, czym mogłabym przeciąć łańcuch. Sięgnęłam za rurę i wymacałam jedną z kłódek. Gdyby tylko udało mi się ją otworzyć… Próbowałam szarpać za górną część kłódki. Miałam wrażenie, że trochę ustępuje… O Jezu, może naprawdę uda mi się stąd wydostać – pomyślałam.
Gorączkowo manipulowałam przy kłódce. Problem polegał na tym, że nawet jeśli udałoby mi się uwolnić z tego łańcucha, cały czas miałam wokół brzucha drugi, a jeśli pokonałabym i ten, to ciągle pozostawały jeszcze drzwi z alarmem. Przycisnęłam się plecami do rury najmocniej, jak potrafiłam, i łańcuchy trochę się poluzowały. Nie przestawałam szarpać za kłódkę. Nagle usłyszałam, że na podwórko wjeżdża ciężarówka. Wrócił! Błyskawicznie włożyłam kask i próbowałam obkleić nadgarstki taśmą, tak jak były przedtem.
Nie minęły nawet dwie minuty, a na schodach rozległy się ciężkie kroki. Zapalił światło.
– Czemu zdjęłaś taśmę? – krzyknął. – Myślałem, że mogę ci zaufać, a teraz będę musiał cię ukarać. – Podniósł kawałek jakiejś rury i zaczął mi nią wymachiwać tuż przed nosem. – Wepchnę ci to prosto do gardła.
Nie wydałam z siebie żadnego dźwięku. Castro mnie odwiązał, zdjął mi kask, a potem zdarł ze mnie koszulę i majtki.
Nadal trudno mi wracać myślami do tego, co działo się przez następne trzy godziny. Już nie gwałcił mnie tak jak wcześniej, na górze. Coś we mnie wtedy zabił – odebrał mi tę niewielką część uczuć, która została mi po przejściach z dzieciństwa. Zmusił mnie do robienia rzeczy, które są zbyt bolesne, żebym mogła je opisać, rzeczy, których nigdy wcześniej nie robiłam i już nigdy nie zrobię. Nie byłam w stanie krzyczeć. Ani się modlić. (…) Byłam tak zszokowana i przerażona, że mogłam tylko leżeć tam jak trup. Wydaje mi się, że człowiek musi w pewnym sensie umrzeć, żeby przetrwać coś takiego.
Kiedy skończył, kopnął mnie, żebym przewróciła się na plecy. Potem rzucił na mnie jeszcze trochę dolarów.
– Będę ci płacił za twój czas tutaj. Forsę schowam ci tam – powiedział i pokazał na pralkę. Potem wstał i długo mi się przyglądał.
Drżały mi wargi. Miałam opuchnięte oczy. Spływały po mnie pot i krew. Odwróciłam się do ściany, żeby nie patrzeć w twarz potworowi. Po kilku minutach w końcu się odezwał:
– Zostaniesz tutaj, aż będę miał pewność, że mogę ci zaufać – powiedział. – Potem może pozwolę ci się przenieść na górę.
Przywiązał mnie z powrotem do rury i wcisnął mi na głowę kask. Wychodząc, zgasił światło. Siedziałam w całkowitej ciemności. Zdruzgotana. Samotna. (…)

Przetrzymywał mnie w tej piwnicy przez długie miesiące. Próbowałam liczyć dni. Jeden dzień, siedem dni, 13, 33, 61, 90. Na początku było bardzo gorąco, potem zrobiło się chłodno. Jadłam tylko raz albo dwa razy dziennie, więc bardzo schudłam, tak że on musiał co tydzień zacieśniać łańcuchy.
Przez cały ten czas w piwnicy ani razu nie mogłam się umyć ani wziąć prysznica. Kiedy dostawałam okresu, rzucał mi na podłogę kilka papierowych serwetek.
– Masz, możesz ich użyć.
Próbowałam zrolować je w jakiś prowizoryczny tampon, ale nigdy nie przynosił ich wystarczająco dużo, więc całe ciało pokrywały mi brązowe plamy starej krwi. We włosach miałam tyle zaschniętej spermy, że kiedy ich dotykałam, były twarde jak kamień.
W całej piwnicy śmierdziało jak w kiblu, bo on rzadko kiedy opróżniał zielone wiadro. Nadal miałam na sobie podkoszulek i szorty, które nosiłam w dzień porwania. Moje majtki były tak brudne, że kiedy zapalał światło, nie widziałam już ślicznego wzoru w motyle. Od środka miały sztywną, popękaną skorupę.
Byłam tak wyczerpana, że ciągle zasypiałam. (…)

Po półgodzinie na ganku zamknął mnie z powrotem w niebieskim więzieniu. Kazał mi oddać wszystkie ubrania, nie tylko zielony podkoszulek i spodnie, ale mój T-shirt i majtki też. Kiedy mnie przykuwał, byłam całkiem naga.
– Zimno mi – powiedziałam. – Muszę mieć te ciuchy!
Wzruszył ramionami.
– Będziesz goła tak długo, jak zechcę – oświadczył i wyszedł.
Leżałam na materacu i szczękałam zębami. Nie miałam żadnych ubrań przez następne cztery miesiące.
Kiedy teraz o tym myślę, wydaje mi się, że postąpił głupio, zabierając mnie na zewnątrz – a co jeśli któryś z sąsiadów zauważyłby, jak podejrzanie wyglądam w peruce i okularach? Z drugiej strony wiedział już, że nikt mnie nie szuka. Prawie codziennie przypominał mi, że nic o mnie nie mówili w telewizji, a w okolicy nie rozdawano żadnych ulotek.
– Jesteś nikim – powtarzał.
Nie odpowiadałam, ale zastanawiałam się, czy kłamie. Przecież ktoś z rodziny na pewno zawiadomił policję o moim zniknięciu. Modliłam się, żeby tak było.
Był jeden pożytek z tego popołudnia na ganku – kolejny raz pokazałam mu, że może mi zaufać, bo nie będę próbowała uciekać. Sądziłam, że jeśli będę udawać wystarczająco długo, on w końcu straci czujność. I wtedy ucieknę.
Kilka tygodni później przyszło Boże Narodzenie, o czym dowiedziałam się z radia. Cały dzień siedziałam na materacu i płakałam. Oczy piekły mnie od ciągłego pocierania. On wparował do pokoju, trzymając w ręce białe ciasto z zieloną i czerwoną posypką. Wyglądało na kupione w supermarkecie.
– Masz, wesołych świąt – położył ciasto na ziemi i zlustrował mnie od stóp do głów, jakbym była kawałkiem mięsa.
Byłam posiniała z zimna.
– Wiesz, co musisz zrobić, jeśli chcesz dostać kawałek – powiedział, a ja nawet na niego nie spojrzałam.
Kiedy tamtej nocy mnie gwałcił, myślałam o wszystkim, co straciłam. Wrzesień. Październik. Listopad. Grudzień. Rok się skończył. Razem z nim kończyła się moja chęć do życia. Czułam się taka samotna, przygnębiona, przestraszona. Jak to możliwe, że nadal tu jestem? – myślałam. (…)

Tytuł i skróty pochodzą od redakcji

Fragmenty książki Michelle Knight Znajdź mnie. Opowieść o niezłomności i nadziei, które pozwoliły przetrwać piekło, tłumaczenie Dorota Malina, Znak Literanova, Kraków 2014

Wydanie: 44/2014

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy