Jest aktorstwo, jest ryzyko

Jest aktorstwo, jest ryzyko

Nie ma nic bardziej fascynującego niż ludzkie słabości. To one mówią prawdę o tym, jacy jesteśmy


Micaela Ramazzotti – włoska aktorka, film „Najlepsze lata”, w którym gra, można już oglądać w kinach


W jednej z najbarwniejszych scen „Najlepszych lat” twoja bohaterka, Gemma, kąpie się w fontannie di Trevi, jak Anita Ekberg w ikonicznym „Słodkim życiu” Felliniego. Zdecydowałaś się kiedyś na podobne szaleństwo?
– Coś takiego mogło ujść na sucho tylko Anicie. Zwykłe śmiertelniczki, jak ja, zostałyby za próbę takiej kąpieli ukarane mandatem. Powiem więcej, nawet gdy realizowaliśmy wspomnianą scenę, tylko początek sfilmowaliśmy przy prawdziwej fontannie. Samą kąpiel nakręciliśmy w źródłach termalnych w Tivoli pod Rzymem. Przynajmniej pod tym względem miałam więcej szczęścia od Anity, która swoje szaleństwa mogła przypłacić zapaleniem płuc.

Wygląda na to, że zdrowy rozsądek i komfort są dla ciebie dużo ważniejsze niż dla postaci, w którą się wcielasz. Gemma sprawia wrażenie nieprzewidywalnej, spontanicznej i wiecznie poszukującej emocji.
– Rzeczywiście, na co dzień jestem jej całkowitym zaprzeczeniem. Dużo bardziej przypominam Gemmę w życiu zawodowym. Dobierając role, wielokrotnie stawiałam wszystko na jedną kartę, skakałam na główkę, nie znając dna, wybierałam projekty, w które mało kto wierzył. Zwykle wychodziło mi to na dobre, bo ryzyko mnie stymuluje. Jest źródłem energii i pasji, bez której aktorstwo nie ma sensu.

„Najlepsze lata” wydają mi się przede wszystkim opowieścią o skomplikowanej naturze przyjaźni między Gemmą a Paolem, Giuliem i Riccardem, którzy poznają się w szkole i zacieśniają relacje przez kilkadziesiąt następnych lat. Jak wygląda przepis na idealną przyjaźń?
– Dobra, satysfakcjonująca przyjaźń to taka, która pozostaje wolna od szantażu emocjonalnego i wzajemnego uzależnienia. Jak właściwie we wszystkich relacjach międzyludzkich, także w przyjaźni strony powinny zostawić sobie trochę wolności, wystrzegać się zazdrości i zawiści. Bardzo istotna wydaje mi się też równość. Relacje mistrz-uczeń mają swoją wartość, ale trudno rozpatrywać je w kategoriach przyjaźni.

Pielęgnujesz do dziś przyjaźnie z dzieciństwa?
– Niestety nie i bardzo tego żałuję. Było mi jednak trudno, bo wychowywałam się na przedmieściach Rzymu i gdy trochę dorosłam, moim priorytetem stała się przeprowadzka do centrum miasta. Gdy tylko jako 19-latka zarobiłam pierwsze pieniądze, spełniłam swoje marzenie, wyprowadziłam się od rodziców i wynajęłam mieszkanie w sercu Rzymu. To rozwiązanie miało mnóstwo zalet, ale i kilka wad, w tym zerwanie więzi z przyjaciółmi z dzieciństwa.

Przeprowadzka pomogła ci w karierze?
– Zdecydowanie. Jeśli ktoś nie mieszka tam na co dzień, pewnie tego nie zauważa, ale Rzym jest miastem chaotycznym, zakorkowanym i źle skomunikowanym. Podróż z jednego krańca na drugi może zająć pół dnia. W takich okolicznościach trudno dbać o pozycję w branży, uczestniczyć w życiu miasta, dowiadywać się o castingach. Gdy mieszkałam na peryferiach, byłam sfrustrowana tym, że moja kariera się ślimaczy. Odkąd przeniosłam się do centrum, wreszcie nabrała tempa.

W Rzymie toczy się lwia część akcji „Najlepszych lat”, a miasto zmienia się na naszych oczach wraz z bohaterami. Jaki jest twój stosunek do stolicy?
– Uwielbiam Rzym i nie wyprowadziłabym się z niego za nic w świecie. Najbardziej podoba mi się to, że choć mieszkam w pobliżu Koloseum, nie czuję się, jakbym żyła w męczącej, hałaśliwej metropolii. Przeciwnie, mam ulubiony sklep spożywczy i warzywniak, wszędzie tam docieram na piechotę, zupełnie jak na wsi. Kiedy natomiast mam ochotę pobyć w miejscach bardziej reprezentacyjnych, wybieram się do popularnej, trochę turystycznej dzielnicy Trastevere (Zatybrze), gdzie znajduje się szkoła mojego syna. Oczywiście to nie oznacza, że nie dostrzegam problemów, których Rzym ma całkiem sporo. Miasto od dawna nie ma szczęścia do polityków, jest źle zarządzane, a w wielu miejscach zwyczajnie zaniedbane. Pod tym względem bardzo daleko mu do bogatych metropolii zachodniej Europy.

Nastoletnia Gemma po śmierci matki zamieszkuje na kilka lat u ciotki w Neapolu, gdzie nie potrafi się zaaklimatyzować.
– Ale to nie ma nic wspólnego z samym miastem. Zakochałam się w Neapolu, odkąd jako nastolatka podziwiałam mecze tamtejszej drużyny piłkarskiej, której gwiazdą był Diego Maradona. Po wielu latach spędziłam w Neapolu trochę czasu, gdy z Giannim Ameliem kręciliśmy film „Czułość”. W tamtym okresie moja miłość do tego miasta tylko przybrała na sile. Neapol jest dla mnie jak pigułka antydepresyjna, otwartość, humor i energia mieszkańców wprawiają mnie w dobry nastrój.

Żadna z tych pozytywnych emocji nie udziela się jednak twojej bohaterce.
– Tyle że Gemma czułaby się równie nieszczęśliwa w Turynie, Mediolanie czy gdziekolwiek indziej. Dla mojej bohaterki liczy się to, że wskutek wyprowadzki z Rzymu została odcięta od chłopaka, przyjaciół, ulubionych miejsc, od korzeni. Nie mając żadnych wzorców, zdesperowana i chcąc szybko zaadaptować się w nowym miejscu, zaczyna robić głupoty. Taki styl życia tylko dodatkowo ją otępia i skłania do podejmowania lekkomyślnych decyzji, np. związania się z szemranym neapolitańczykiem, który okazuje się przemocowcem.

Ostatecznie Gemma ucieka od toksycznego partnera i powraca do Rzymu.
– Ale to dopiero początek drogi. Gemma długo pozostaje osobą niesamodzielną, uzależnioną już nie od narkotyków, ale od innych ludzi. Na szczęście nadchodzi w końcu moment, w którym przewartościowuje swoje życie, zmienia pracę i emancypuje się. Robi to późno, bo w wieku 40 lat, ale szanuję ją, bo wiele kobiet nie decyduje się na podobny krok nigdy. Tymczasem gdy Gemma po latach wraca do Paola, możemy być pewni, że wreszcie podejmuje dojrzałą decyzję i będzie funkcjonować w tym związku na własnych warunkach.

Między innymi za sprawą przemiany twojej bohaterki „Najlepsze lata” ostatecznie podnoszą na duchu.
– To prawda, ale nie osiągnęlibyśmy tego efektu, gdybyśmy nie przedstawili wcześniej Gemmy jako pełnej wątpliwości i kompleksów. Jako aktorka, a więc osoba, która pracuje głównie na emocjach, w ogóle uważam, że nie ma nic bardziej fascynującego niż ludzkie słabości. To właśnie one, a nie nasze sukcesy i zwycięstwa, mówią prawdę o tym, jacy jesteśmy. Dlatego nie ma sensu ich ukrywać ani się wypierać. Otwarte przyznanie się do słabości to pierwszy krok do tego, by zacząć nad nimi panować.

Fot. materiały prasowe

Wydanie: 27/2021

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy