Kac po Arizonie

Kac po Arizonie

Po siedmiu latach wracamy do wsi, gdzie powstał film „Arizona”, symbol Polski popegeerowskiej

Przy znaku „Zagórki 2” skręca się w wąską asfaltówkę otoczoną starymi klonami. Co kawałek jest wysepka, żeby można było się minąć. Po horyzont tylko pola… 19 km od Słupska, na uboczu, akurat tam, gdzie zaczynają się kocie łby, zawraca autobus i zaczynają się Zagórki.
Wzdłuż brukowanej drogi stoją domy. Ten najładniejszy we wsi po lewej stronie należy do Tadeusza Kurkiewicza, byłego sołtysa, którego sponsoruje córka z Włoch. To z jego kobyłki Baśki śmiała się cała Polska, gdy Baśka nie mogła podnieść zadu z łąki w ostatniej filmowej scenie. Do dziś nie wiadomo, czy ze starości, czy od wina. Dom po drugiej stronie drogi kupił sobie dyrektor ZUS w Słupsku, żeby przyjeżdżać tu latem. Więcej ładnych domów nie ma.
W dali za sfatygowaną furtką z tabliczką „Teren prywatny” straszą stary pałac i obory PGR-u, z którego żyła cała wieś. Jako pierwszy w słupskim poszedł pod nóż. Dalej mieszkają Bartosiaki, co najlepiej na „tych telewizorach” wyszli. Bo „telewizory” kupili im świnię, którą kazali zaszlachtować na oczach dzieci. Nie dość, że świniaka przerobili na kiełbasę, to jeszcze im zapłacili. Eugeniusz Bartosiak zaraz potem zachorował na raka mózgu i zmarł. Ludzie mówią, że to kara za ten cyrk.
Po blaszanym przystanku hula wiatr. Właśnie zajechał PKS na 7 rano. Rozwozi dzieci do szkoły. Młodsze do Kuleszewa, starsze do Kończewa, Kobylnicy, Słupska. PKS wyznacza rytm dnia, dzieląc czas na pięć kawałków: 7.05, 11, 14, 15, 16. Poza tym nie dzieje się nic. W zasadzie dwa najważniejsze wydarzenia w życiu Zagórek to likwidacja PGR-u w 1990 r. i ten film, o którym ludzie mówią: „Napilim my się życia”. To tu siedem lat temu Ewa Borzęcka nakręciła socjologiczny obrazek o życiu, a właściwie o piciu z beznadziei, o przepuklinach, menelach, ruderach, żylakach, błocie. Gdy pewnego wieczoru puściła to telewizja, wieś zyskała ogólnopolski, a dzięki kanałowi Polonia ogólnoświatowy rozgłos. Tytułowa „Arizona” nie ma nic wspólnego z Ameryką, to znieczulacz za 2,80 zł, pocieszyciel, skracacz czasu oczekiwania na cud. To tytuł tutejszej biedy, który do dziś odbija się ludziom kacem.

Się siedzi, się ciągnie

W dole, na końcu drogi, stoją pokryte liszajem cztery popegeerowskie bloki, w każdym po cztery rodziny. Większość tutejsza, spod lasu, zza miedzy, z sąsiedniej wioski. Obcych nie ma, bo tu nikt nie przyjeżdża. Wśród swoich się pobierali. Obok bloków szopy z rupieciarnią i ziemniakami na zimę. To już wszystko w Zagórkach. Kolorowe, jakby wyrwane z kontekstu stoją tylko dwa niebieskie kontenery na szkło i plastik – dla ekologicznej edukacji mieszkańców.
O reportażu nikt już nie mówi. Ludzie już nie patrzą na siebie spode łba i śmiało chodzą po zasiłek, a opieka nie mówi: „Nie, bo przepijacie pieniądze”. Poarizonowska turystyka z niemieckimi wycieczkami pstrykającymi zdjęcia też się skończyła. Ale nikt w Zagórkach nie zapomni tego pijaństwa.
Chuda, zniszczona kobiecina w cerowanym na łokciach sweterku siada na wersalce, kładzie na stole paczkę mocnych i popielniczkę. O tym, że Bronisława Musiał była kiedyś ładna, przypomina tylko retuszowane zdjęcie na ścianie. Teraz została tylko chuda, dzięki czemu dziś na ubraniach oszczędza. Ostatnie kupiła 25 lat temu, jeszcze za dobrego. – Zresztą gdzie ja chodzę? – zaciąga się mocnym. Mówi jakby leniwie. Bo werwę do czego ma mieć? Nawet wstać nie musi. 6.15 wychodzi do pracy pierwszy syn, o 6.30 mąż wyjeżdża rowerem do swojej pracy przy paszy, o 6.45 najmłodszy do szkoły. Gdyby nie miała „tych dwóch synów swoich”, wcale by nie wstawała.
W lodówce wziętej na raty skrawek kiełbasy i chrzan. W garnku na piecu obrana brukiew na zupę. Pani Bronia tylko czeka, aż kości przywiozą do sklepu. W kieszeni ma co prawda dwa euro, które chrześniak przywiózł zza granicy na pamiątkę, ale kości weźmie na krechę. – Mąż przynosi 700 zł, starszy, co pracuje na drogach, daje na dom 400. I co można zwojować? Tylko córce, która mieszka obok, dobrze się trafiło, bo wyszła za pracującego.
Zupę nastawi na 16, jak wszyscy wrócą. Zjedzą i każdy pójdzie w swój kąt, syn zakręci się na wieś, mąż odpali telewizor, a pani Bronia na chałupy. O 19 godzinie już śpi: – Bo co robić? Jeszcze jak ta babcia żyła…
Śmierć Władysławy Pochylczuk (w filmie płacze: „Jestem wierząca, tylko jestem kurwa pijaczka”), którą dzieci na taczce wiozły pod sklep, wyzwoliła Bronię z nałogu. Była więźniarka Ravensbrück dostała 1000 zł emerytury i nie miała z nimi co robić, to „a może buteleczkę wypijemy”. Wypiła, położyła się i nic ją nie bolało, a Bronia razem z nią. – Już trzy lata jej nie ma, to człowiek się od wina odzwyczaił. Żeby jeszcze od tego się odzwyczaić – powykręcanymi od zimnej obory rękoma zapala mocnego. – Człowiek jak siedzi, to pali, co robić? Żyłabym, jakbym nie paliła, to fakt, ale człowiekowi też się coś od tego życia należy.
Bronisława Musiał właśnie skończyła roboty interwencyjne. Pół roku, przerwa, teraz czeka na kolejne pół, żeby załapać się na kuroniówkę. Od tamtej pory pracy nie znalazła: – A ona nagrody zebrała. Reporterka od ludzkiej niedoli – macha ręka na wspomnienia o Borzęckiej. Trzy lata sprzedawała w sklepie u Dąbczaka wino, papierosy, słodycze, mąkę, cukier, zanim telewizja ten cyrk nakręciła. – Stawiali, ile wlezie. Nie chciałam wystąpić, ale szefowi było na rękę, bo tyle wina, co normalnie w miesiąc, szło w dzień, jak były telewizory. Ale nie aż 14 skrzynek. Bzdura! Dwie, może trzy, no cztery, jak była wypłata. Jest nas 206 mieszkańców. Nawet z dziećmi i emerytami nie dałoby rady tyle wypić. Trochę napaplała, podpisała jakiś papier, nawet przeszły z Ewą na ty. Reporterka mówiła „Bronia, nic nie pożałujesz”. Za jakiś czas Musiałowa dostała przekazem 120 zł za warunki, jakie stworzyła na planie, i kupiła garnitur na pierwszą komunię dla najmłodszego syna. Dziś syn ma już 17 lat, na ubrania sam zarabia na jagodach i grzybach, ale nauka mu nie idzie. – Nie wiem, czy szkoły skończy – mówi apatycznie, jakby już na nic nie było wpływu. Dzień emisji dobrze pamięta. Tak się napatrzyła na własną szpetotę, że ze wstydu przez trzy lata nawet się zarejestrować nie poszła.
Na wyblakłej serwecie układa udokumentowane na zaświadczeniach 23 lata pracy, rozplanowane co do godziny: – 3.30 pierwsze dojenie, krów 23 sztuk. Jak człowiek wchodził rano do obory, włosy stawały dęba od tego amoniaku, potem pobudzić dzieci do szkoły, znów człowiek leciał dać kiszonkę, sprzątnąć łajno. Potem na zakupy do sklepu. Człowiek tak przesiąkał, że aż ludzie się odsuwali. O 17 drugie dojenie… – 20 lat ten sam rytm, jak ten koń. – Sześć klas mam, do kogo teraz iść?
Zatęchłe stare koce równiutko przykrywają łóżka, w regale kilka szklanek i zwietrzała butelka po perfumach. Wszystko tu kupione jeszcze za PGR-u. Jedyne, co potem kupiła, to mieszkanie. Za 700 zł rozłożone na siedem rat. – Wszyscy wykupili. Nasze to już teraz i nikt nam nie pomoże. Już wszystko człowiek musi sam – patrzy na brunatną plamę na suficie, pod którą w deszcz podstawia na stole miski. Bronia uważa, żeby za dużo nie powiedzieć i znów z siebie pośmiewiska nie zrobić. A te butelki z etykietą Wódka Starogardzka za szafą to po niedzieli. Była siostra z Białogardu, przywiozła wódkę i do niej schabowe. Bo siostrze się powodzi, ponieważ już ma 61 lat, czyli emeryturę. Bronia o swoim wieku (53 lata) mówi: nieodpowiedni. Odpowiedni to 55 lat, gdy człowiek łapie się na pomostowe.
O życiu mówi: „Siedzi się, ciągnie się”. Nie głosowała. Za biedna, by pokonać odległość 2 km do szkoły w Kończewie, gdzie był punkt wyborczy. – Gdyby był dojazd, może by się pojechało – wzrusza ramionami z tą samą apatią.

Bohaterowie życia

Biurko sołtysa stoi w sieni. Drewniany stół, na stole popielniczka. Na sznurku przy szyi komórka, na ścianie dyplom uznania z wygrawerowanym cytatem „Szczęście człowieka na ziemi zaczyna się wtedy, gdy zapominając o sobie, zaczyna żyć dla bliźnich. Nikołaj Gogol”. Gdyby Franciszek Zarembski wtedy był sołtysem, wszystkie psy by zebrał i pogonił. Niejeden list do telewizji już napisał, żeby przywróciła wiosce dobre imię, o tym, jak „niby wnikliwi obserwatorzy popegeerowskiej rzeczywistości” biedę opluli i wyśmiali, że błoto przyjechało z Warszawy, przyschło i nie chce się odkleić. Dzwonili do pana Franciszka różni mecenasi i towarzystwa: „Sołtysie, uderzaj do sądu, pomożemy”. – Nie przebrnąłem. Na to trzeba mieć pieniądze, a my jesteśmy biedni. To samo ze startowaniem na posła – dodaje, bo w okolicy ma poważanie. – Słyszę: „Startuj pan”. Żebym miał chociaż 5 tys., to głosy bym zdobył, bo mnie tu znają, że dla mnie poseł ma być normalny człowiek: nie wywyższaj się, bądź pokorny i powiedz głośno, co masz powiedzieć.
Zarembski, sołtys już drugą kadencję, walczy o Zagórki na sesjach i w komisjach. Ręcznie, w 23 punktach, spisał mi, jak wiele od „tej „Arizony”” zmieniło się we wsi: 1. Już się nie chodzi 2 km do Kozłówka na przystanek. Została utwardzona droga wraz ze stworzeniem zatoczki i przystanku PKS; 8. Pomogłem w znalezieniu kilku etatów w Żwirowni Zagórki; 9. Zmalał wśród naszej młodzieży brak niewykształcenia. Do niedawna dzieci kończyły edukację na gimnazjum. Obecnie dość duża część uczęszcza do szkół średnich; 10. Kiedyś nieczystości płynęły szeroką rzeką na pobliskie pola, dziś mamy wydzielony plac ze zbiornikami; 12. Znajdujący się na naszej wsi stawek ppoż. został ogrodzony, a teren wokół wykarczowany. Cóż, wkrótce znaleźli się chętni do kradzieży okalającej ów stawek siatki; 13. Sławny w całej Polsce nasz „arizonowy” sklep przestał istnieć. A i wino nie sprzedaje się w tak zastraszających ilościach; 15. Zauważalne wśród nas stało się zatarcie przeświadczenia, że się nam wszystko należy; 23. Wstyd już się nie ciągnie za nami na dworcach, pośredniakach, słupskich szkołach. Dzięki upływowi czasu stopniowo zaniechano oględzin wioski i nas niczym małpy w zoo.
Lekturę przerywa pukanie. To obładowana w siaty kobiecina, zwana obwoźną. – Może pan coś kupi? – w siatach dźwiga papier, cukierki, płyn do naczyń. Ale dziś sołtys nic nie kupi. Choć płyn sprzedaje chrzczony, on ludzi rozumie: – Bo każdy chce zarobić. Sołtys uważa, że bohaterowie życia to są tacy, którzy sobie na co dzień radzą, jak nie potrafi to żaden bohater.
Franciszek Zarembski kilka razy dziennie przechadza się wzdłuż wiejskiej drogi i pilnuje porządku. To każe pozamykać kury w związku z ptasią grypą, zamieść liście przy posesji. Uczy ludzi o sobie myśleć, czego nie nauczył ich tamten system. Zarembski, były ranny stoczniowiec z Gdyni w wydarzeniach grudniowych 1970 r. i budowniczy Huty Katowice, w 1979 r. wystąpił z partii, potem trafił do Zagórek i od tego czasu zajmuje się małą polityką: zarośniętym rowem, zorganizowaniem wspólnoty mieszkaniowej dla tych, którzy wykupili mieszkania, czy wycięciem kasztanowca, który wrasta ludziom w piwnice.
Tuż za blokami, na boisku sportowym zrobionym z nieużytku, biega gromada dzieci i sfora psów. To tu dwa lata temu, po 50 latach marazmu, odbył się najprawdziwszy rekreacyjny festyn. Do dziś wioska go wspomina. Było 50 m kw. podłogi na występy, namiot dla orkiestry, stanowisko piwa, trzy pary butów na nagrody dla dzieci, nawet skoczek spadł z nieba. W pkt 17. sołtys napisał: „Niedawno jedyną tutejszą rozrywką było upojenie alkoholowe. Od niedawna organizujemy coroczne festyny, na których każdy do woli może dać upust rozpierającej go energii”.
Gdzie może, robi dojścia. To znajdzie sponsora na grilla w Dzień Dziecka, to na zabawę do rana w dawnej popegeerowskiej świetlicy, czy Wigilię dla emerytów. Wszyscy we wsi pamiętają też rok 2002. Wtedy do sołtysa zadzwoniła fundacja z Gdyni, że chcą pomóc. Zrobił listę najbiedniejszych mieszkańców, fundacja zrzuciła towar w świetlicy i rozdawała z listy: ryż, ubrania, buty, nawet karpie: – Mówię do żony, że kawę trzeba fundatorom zrobić, placek upiec – wspomina. – Żona wzięła nowy czajnik i przyszła. Na koniec powiedzieli: „Ale się sołtys nachapał, nawet dostał czajnik”. Nikt nie podziękował, bo każdemu się wydawało, że się należy.
Potem ci, którzy nie dostali, zaczęli pisać skargi, że żona pana Franciszka chodzi w białych bucikach, co na pewno dała fundacja, i wyniku małych donosów na miarę Zagórek współpraca się urwała.
Nadmiar jest tylko czasu

Jest tuż po 11, gdy ludzie wylatują z bloków jak na jakiś pożar. Właśnie czerwonym polonezem przyjechał listonosz z pocztą. Jest codziennie o tej samej porze. Nic w Zagórkach nie zaskakuje. Najlepiej jest tu tym, którzy się załapali u pana Krężla w Kobylnicy, który buduje drogi i chodniki. Jest ich we wsi ze dwudziestu. Jak mąż Małgorzaty Lorant, mechanik z pensją 2 tys. – Można w sumie powiedzieć, że nie jest mi źle – pani Małgorzata z regału wyciąga ciastka i stawia przy wazonie ze sztucznymi kwiatami. – Nie jest tak do końca luksus – rozgląda się naokoło, że wszystko powinno być już odmalowane, a nie jest. Jakie kapitalizm porobił między ludźmi przepaście społeczne na przestrzeni czterech klatek, widać gołym okiem. Borzęcka też weszła do pani Małgorzaty, gdy kręcili film. Porozmawiały, ale stwierdziła, że tu „typowej” biedy nie widać. Bo jak mąż wraca z pracy, siadają, odpalają satelitę, rozmawiają o szkole, żadna patologia. Podziękowała i wyszła. Można powiedzieć, że tu jest luksus. Jest u Lorantów telefon, jest komputer, są nowiutkie panele, terakota, dzieci mają komórki, dwa auta, bo w Zagórkach bez auta to bez pracy. Fizyczna zwykle jest na zmiany, a jak się dowiedzą, że 19 km od miasta i bez dojazdu, nie chcą nawet rozmawiać.
Kiedyś w pegeerze wydawała mleko. Teraz ma dużo czasu. Można powiedzieć, że jedyne, czego w Zagórkach jest w nadmiarze, to czas. Już czwórkę dzieci odchowała. Córka w Koszalinie wyszła za mąż za jedynaka i pracuje w sklepie mięsnym. Po maturze, ale nie poszła na studia, bo troje młodszych było jeszcze w domu, a wszystko dzisiaj kosztuje. Tu, za ścianą, kupiła mieszkanie synowi zatrudnionemu w Słupsku w Skanii, który ma narzeczoną i też jest pracująca. Średni uczy się na fryzjera, najmłodsza w gimnazjum. Od słowa „pracujący” zaczyna się każda charakterystyka. Praca wyznacza tu wartość człowieka.
Małgorzata Lorant głosowałaby na Cimoszewicza, gdyby nie zaszył się w puszczy. Jak zrezygnował, całą rodzina oddali głos na Tuska, ale nie liczą na zmiany: – Może wprowadzą te kary większe, bo patrzeć nie można w telewizji, jaki bandytyzm, jak te dzieci się katuje, ale nas to bezpośrednio nie dotyczy. Komuś, kto całe życie pracował w pegeerze i z niczym takim nie miał do czynienia, nie przeszkadza, czy ten rządzi, czy tamten – macha ręką. – Najważniejsze, żeby mieć pracę, żeby jakoś ciągnąć.
Wszystkim za „Arizonę” się dostało, nawet tym, którzy nie pili: – Teraz to już ludzie zapomnieli, ale z początku koszmar przeokropny – wspomina Małgorzata. – Zajeżdżam na pogotowie z dzieckiem, pielęgniarka spisuje miejscowość Zagórki i tak spogląda, że… A jak do autobusu się wsiadało z naszą tabliczką, to tylko gwizdy: „Pani z tej Arizony, co tam takie pijaństwo?” Pytam: „Widział mnie pan w filmie? Nie. Bo tam też są normalni ludzie”. A takich wszędzie się znajdzie, no bo w którym sklepie nie ma arizony. Najlepiej z człowieka zrobić małpę i tak go zostawić. Tyle nagród dostała, dlaczego nie pomogła?
Niejeden tu wyszedł na pijaka albo durnia. Jak Halina Rudnik, bratowa Małgorzaty z parteru, której czwórkę dzieci, plus jedno pożyczone od sąsiadów „telewizory” wsadziły do jednej wanny. Kazali wywiesić pranie i za aktorstwo dali 40 zł. Halina Rudnik śmieje się hałaśliwie z samej siebie. – Wtedy byłam inna, włosy, zeszczuplałam, w ogóle… Nie wiem, co człowieka skusiło, tak się dać podpuścić? Na dzieciach to się odbiło. Dziś mają po 17, 16, 13 i 12 lat. Nieraz się z nich brechały w szkole. Do tej pory wyrzucają: „Jak mama mogłaś pozwolić?” – Halina Rudnik leci zrobić coś do chleba dla synów, którzy o 12.02 pociągiem jadą do Słupska na drugą zmianę. Jeden uczy się na sprzedawcę, drugi na cukiernika. Dwójka młodszych wróci na 14 ze szkoły, potem z pracy mąż hydraulik, to zaraz trzeba nastawić szczawiówkę. Bo w Zagórkach pości się w każdy piątek. – Czy chcą dalej się uczyć? No, ta w gimnazjum nie chce nisko, tylko wyżej, ale jak nie będzie stać, to się nie puści – mówi jak oczywistość.
W Zagórkach tych, którzy awansowali wyżej, jest dwoje: chłopak, który wyuczył się na księdza, i jedna nauczycielka.
Wieczorem Halina Rudnik obejrzy serial „M jak miłość” i dzień się skończy.
Godzina 15. Z autobusu PKS wysiada kolejna tura dzieci i idzie wzdłuż drogi. Za nimi sfora ujadających psów. Autobus jeździ tylko w roku szkolnym. W te wakacje pierwszy raz udało się załatwić dwa kursy MZK Słupsk-Zagórki, żeby ludzie po wypłacie mogli jeździć do hipermarketu, oszczędzając na bilecie, bo PKS kosztuje 4,30 zł, MZK – 3,20, czyli 1,10 zł w kieszeni.

Żołądkowe Mocne Gorzkie

Za blokami Bogdan Kaniewski, ojciec czwórki dzieci (żona 340 zł przynosi z ogrodnictwa u prywaciarza) kopie rów w ramach roboty interwencyjnej. Kaniewski już drugi dzień ten rów kopie. – Jakbym chciał, to bym skończył szybko, ale muszę sfolgować, bo w końcu na akord się nie pracuje, ale za średnią krajową.
Jak Kaniewski skończy rów, to wygrabi liście, potem posprząta drogę przez wieś, znów nalecą liście, to wygrabi. Potem zima, to odśnieży. Aż do kwietnia.
Sikacza, zwanego tu gumisiem, już nie pije, choć ekonomiczny, bo dwie szklanki i do góry się człowiek przewraca. Żołądek na tym zmarnował w młodych latach, teraz woli piwo „dziabnąć”.
Pod ogólnospożywczym nikt nie wystaje. Ani jednego pijaka. Jakby wieś się zmówiła. Elegancki sklep, na drzwiach reklama dobrej kawy. Produkty wyższej potrzeby są na zamówienie, ale papierosy Mocne zawsze można dostać. Średnio na każdego po dwie paczki dziennie. Całą górną półkę zajmują tanie trunki: Cherry, Owoce Lasu, Żołądkowe Mocne Gorzkie. Arizony już nie ma, za to jest nowy hit, czyli Sołtys. Ale sprzedawca na winie interesu nie robi. Dziś zeszły trzy butelki. Pod sklepem też się nie wypije, bo mandat jest za to 100 zł. Jak chcesz, to na rowerek wsiadasz, zakupujesz, chcesz skosztować, to na swojej posesji. – Uczciwie powiem – pokazuje na górną półkę sołtys – że tego parę lat nie miałem w ustach. Ale nie ma cudu, każdy organizm potrzebuje ciut alkoholu. W tym miesiącu troszeczkę też wypiję, bo mam 67. urodziny. Mężczyzna to jest dla mnie ten, który dla zdrowia wypije. Z abstynentem nie dogadasz się za nic. A pijak dla mnie jest ten, kto leży w rowie.

Z Puziem o polityce

Adela i Józef Puziowie już byli na rentach, jak likwidowano PGR. Można powiedzieć, że nie mogą narzekać, kasetony na suficie nawet zrobili w tamtym roku. Puzio, zniszczony mężczyzna w przyciasnym garniturze, właśnie wrócił z podwórka. Dzień jak każdy. Trochę pośpi, potem pochodzi wzdłuż drogi, pooddycha, rozprostuje kości. Choć po zawale, tyle lat pracował, że nie poleży. Ale wtedy, po tej „Arizonie”, długo nie wychodził z domu ze strachu, bo najwięcej na ludzi nagadał. O Bartosiaku, że „czubek”, o sołtysie „dykciarz”. To z Puzia zrobili największego szpicla z medalami. A nikomu krzywdy nie zrobił, trzeba było do ORMO należeć, to należał, mówi uczciwie, jaka była prawda. Tę szklankę, co podstawiał w filmie do ściany, że niby podsłuchiwał sąsiadów, to do własnego pokoju.
Na ławie u Puziów rozłożone krzyżówki, przy których pani Adela, tutejsza inteligencja, zabija czas. 25 lat „straciła” w domu kultury, pilnowała 20 krzeseł, czterech stolików, jednego chodnika przez całą długość, sześciu żarówek, przy których ludzie pili oranżadę i wymieniali poglądy.
Puzio ożywia się na myśl o pegeerowskim życiu, rozplanowanym co do godziny: – Wychodziłem o 4 rano, przychodziłem na 11, o 13 już się leciało po paszę, a co drugi dzień jechało po melasę do Pruszcza Gdańskiego 140 km ciągnikiem, wieczorem jeszcze z mlekiem do Kończewa, wracało się i znów trzeba było paszy nakosić. Miałem w miesiącu 200 nadgodzin!
Brał na dzisiejsze 2 tys. i można było żyć, miał 25 arów swoich ziemniaków i deputat na mleko. – Oj, co się porobiło! – łapie się za głowę. – Ja tego Wałęsę to bym powiesił! 5,5 tys. PGR-ów zniszczyć! Tylu ludzi na pastwę wysłać!? – Puzio swoje przeżył i swoje wie. – A kto zrobił „Solidarność”? Gorbaczow, nie Wałęsa! Co on mógł zrobić?! Księża jeszcze popierali tego wariata i papież pieniądze słał. Bo za komuny nie dostawali ubezpieczenia, a teraz państwo płaci na nich 3 mln. Zabili Popiełuszkę? Po co się wtrącał w politykę? Niechby głosił o religii, a on solidarny się zrobił. Teraz go świętym chcą ogłosić! I to jest sprawiedliwe? Wierzę w Boga, ale księża to są pedały i babiarze za przeproszeniem, bo inaczej nie powiem. Ciągle słychać o tym w telewizji.Rozmowa schodzi na politykę, bo i sołtys, i Puzio obserwują scenę polityczną i jeszcze poprawy nie widzą, chleb wiejski nawet zdrożał o 25 gr. W Zagórkach i całej gminie wygrał Tusk. Najbardziej Tuska żałuje sołtys, bo całym sercem był za nim z tego względu, że obaj Kaszubi. – Nie powinni uderzać tym Wehrmachtem – zaciąga się mocnym. – Mogę od razu skomentować to na sobie, bo całą rodziną stałem przed plutonem egzekucyjnym, gdy byłem bajtek, jak dziadek nie chciał podpisać, że pójdzie do Niemców walczyć. A mało takich było, co podpisali, bo im przystawiali pistolety do głowy? Nie należy do tego wracać. To nic dobrego nie wróży, że bracia chcą rządzić w kraju. Czy wypali ten romans z Samoobroną? Osobiście mówię, że nie. Dwa lata temu był w Zagórkach Mojzesowicz mnie przekonywać. Mówię mu: „Awantury robicie, żeby zboże, które idzie dla narodu na chleb, sypać na tory!”. Oni tego nie rozumieją, a ja, normalny, skromny sołtys, rozumiem.
– Jak żeś durny, idź do urny – Puzio głosował na Tuska, ale widzi, że zmiany pójdą na gorsze. – Jak się kaczory trzyma w zagrodzie to, za przeproszeniem, zasrają całe podwórko. Tak samo zasrają Polskę. Prosta sprawa. K… i złodziej w naszym państwie rządzi, bo taka prawda.
Puzio tęskni za partią: – Z jednym facetem stałem ostatnio w kolejce w Słupsku. Mówi: „Panie, kiedyś jak miałem pięcioro dzieci i dyrektor mnie zwolnił z zakładu, to poszedłem do partii i z miejsca mnie przyjęli. A do kogo dzisiaj pójdziesz? Ile partii się narobiło, stanowisk?! Taka, siaka, gryzą się jak psy, a człowiek do diabła może się zwrócić!”.
Tuż po 17. W domach ludzie już czekają na Providenta. Jest zawsze w piątki. Wszyscy w Zagórkach są na kredycie.

Życie do śmierci

Przed domem na ganku siedzi Szydłowska, podtrzymując opuchnięty od przepukliny brzuch. Trzy lata temu musieli się przenieść z pegeerowskiego pałacu do pobliskiego Kuleszewa, bo tam zrobiła się ruina.
To Stanisław Szydłowski śpiewał przed całą Polską tę piosenkę „I napiłem ja się życia” z kartki, co mu ją dali „telewizory”. Trochę rzeczywiście się napił, bo nie wylewał, przyznaje żona. Teraz żołądek ma zniszczony i od czasu do czasu tylko „setuchnę” na rozruch wypije. Ale do lekarza nie chce. Mówi, że będzie żył aż do śmierci.
– Już bliżej jak dalej. Takie życie – wzdycha Szydłowska. Wnuczka pewnie najbardziej się boi tego „bliżej”. Ona bezrobotna, mąż też, opiekują się dziadkami i dziadkową emeryturą. – I tak sobie wspólnie żyjem – przykrywa babci plecy. 25-latka tylko raz w życiu przez miesiąc pracowała, pakując ziemniaki w firmie holenderskiej.
Teraz u Szydłowskich remont, podłączyli telefon, starych nawet nauczyli obsługiwać. – Dziadek mówi na ten remont: po co, na co? A co, na starość nic im się nie należy? – wnuczka szuka u mnie potwierdzenia. – Dzieci nie planujemy na tę biedę. Mam się kim opiekować. Dzięki Bogu, że dziadkowie są.


Oni wierzą tylko w pracę
Leszk Kuliński, wójt gminy Kobylnica, w której leżą Zagórki
– W gminie było dużo takich Zagórek…
– Tak. Tu były dwa duże kombinaty: PGR Sycewice, jedna z piękniejszych ferm w Polsce, którą otwierał Gierek w 1978 r., i PGR Kwakowo. Razem zatrudniały 2,5 tys. osób na 8 tys. mieszkańców. Pracowały tam całe wioski, Kwakowo, Kuleszewo, Kończewo, Zagórki, Zajączkowo, Wrząca, Kczewo, Reblino… Czasem dziesięć osób z jednej rodziny. Po zmianie ustroju Zagórki poszły na pierwszy ogień, bo nigdy nie miały szczęścia do kierowników i przynosiły największy deficyt. Zlikwidowano je jednym cięciem, pozbawiając ludzi wszystkiego, pracy i stałego źródła dochodów. Pracownicy PGR-ów to jedyna grupa społeczna zostawiona sama sobie. Górnicy czy stoczniowcy potrafili swoje wywalczyć. A oni nigdy nie byli zorganizowani.
– I co się z nimi stało?
– Najpierw dostali po 5 tys. odprawy. Każdy ma swoją wizję luksusu, chciałby mieć to coś. Byli i tacy, którzy pokupowali satelity, magnetowidy, kasety, po nocy siedzieli w fotelach, oglądali, wypili flaszkę, bo do pracy nie trzeba było wstawać. To była mentalność tych ludzi. Ale pieniądze skończyły się po dwóch miesiącach. Wtedy się budzili i trzeba było coś robić. Poczuli się opuszczeni i bezradni, nikomu niepotrzebny. Dla niektórych sposobem na życie stała się arizona.
– Można im jeszcze pomóc?
– Najgorsze nie jest to, że to pokolenie już nie da sobie rady, także ze względu na wiek i niskie wykształcenie, ale że patrzą na nich ich dzieci, na tę bezradność, życie z dnia na dzień. W ich świadomości utrwala się, że tak powinno się żyć. W szkołach wkładamy dużo wysiłku, żeby to zmieniać. Zanim rząd pomyślał o stypendiach, u nas były już dawno, żeby dzieci mogły kończyć szkoły średnie. Gdy kręcono „Arizonę”, niektóre z nich miały po 15 lat, dziś mają 22 i niezbyt dużo zmieniło się w ich świadomości. Większość nie pokończyła szkół, ale ci co chcieli, podjęli pracę.
– Czy ci ludzie wierzą politykom?
– Nie interesują się polityką. Zaledwie 10-15% zagórzan było w tym roku głosować, bo nie wierzą w zmiany, wierzą w pracę. Jak mają pracę, jadą, wracają, przynoszą pieniądze co miesiąc i na tym ich świat się zamyka. Staramy się pomagać im również psychologicznie, ale to nie przynosi efektów. Myślą ciągle, że im się należy. Jak się ich nie poprowadzi za rękę, nie zrobią nic. Pani Borzęcka jeszcze ich tak ukierunkowała: należy im dać, zero samodzielności. My jej reportaż odebraliśmy jako obśmiewisko. To było niesmaczne.


Odwrócono uwagę od tego, co istotne

Ewa Borzęcka, autorka „Arizony”
Tę nagonkę wokół filmu, że inscenizuję rzeczywistość, zrobiono wtedy, żeby odwrócić uwagę od tego, co istotne. Gdy kręciłam film, nie działo się tam nic innego, co się działo na co dzień. Nikt z mieszkańców się wtedy nie dziwił, bo tak wyglądała ich normalność. To film o ludziach prostych, naiwnych i dobrych, o pięknych solidarnych relacjach, sklepie na krechę, matkach, które młodszym dzieciom oddają ubrania po swoich, mężczyznach, którzy pożyczają sobie samochód, o tym, że o każdej porze można zapukać do kogoś pożyczyć cukier. Gdyby nie ta solidarność, nie przeżyliby. A jeśli giną kury, nie dlatego, że złodzieje, ale że głodne jest dziecko. Nie dostali nawet pozwolenia na uprawianie tej ziemi, wszystko przejęła Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa. Co zrobiła dla nich? Czy te 14 kontenerów wina jest w tym wszystkim najważniejsze? Znam dużo głupich ludzi, którzy mówią innym niż oni językiem i niekoniecznie piją arizonę, tylko dobre koniaki.

 

Wydanie: 48/2005

Kategorie: Reportaż
Tagi: Edyta Gietka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy