Kadrowcy

Kadrowcy

Jak zniszczyli polski Kościół

Polski Kościół od pontyfikatu Jana Pawła II bezwzględnie opiera się na zasadzie „kadry decydują o wszystkim”. Zapowiedzią takiego kursu było już namaszczenie przez kard. Stefana Wyszyńskiego na swojego następcę biskupa bez właściwości, własnego sekretarza – Józefa Glempa. Ale on przynajmniej sprawiał wrażenie wierzącego i pobożnego. Potem było już tylko gorzej, nudniej i bezbarwniej. Dwóch nijakich ludzi, Józef Kowalczyk i Stanisław Dziwisz, zostało więc kościelnymi kadrowcami 40-milionowego kraju w środku Europy na prawie pięć dekad. Sami w sobie bierni, ale wierni, dodreptali do szczytów kościelnej kariery, jeden jako nuncjusz, prymas, arcybiskup gnieźnieński, drugi – kardynał i metropolita krakowski. Przez cały ten czas zasilali Kościół podobnymi sobie. Kowalczyk wyświęcił osobiście 12 biskupów, w konsekracji kolejnych 10 brał udział, a do 80% wszystkich nominacji się poczuwał. W tej masie biskupiej nikt się niczym nie wyróżniał, niczego nie podważał, nie krytykował, nie zadawał pytań, nie pisał ważnych książek, nie głosił znaczących kazań, nie zabierał głosu, kiedy należało, a kiedy zabierał, to nie było czego słuchać ani o czym myśleć; pomnażał majątek i wpływy, a gdy trzeba było, milczał lub krętaczył i umywał ręce. Mówi o tym wprost ks. prof. Andrzej Kobyliński: „Polski episkopat ma twarz prymasa Kowalczyka (był prymasem w latach 2010-2014 – przyp. red.). I przez kilka najbliższych dziesięcioleci jego ludzie będą mianować nowe pokolenia podobnych sobie biskupów”.

Przez dekady podsuwali papieżowi kandydatury, potem papiery do podpisu, a on podpisywał i nie pytał. Kościół jest w kryzysie, coraz mniej osób w Polsce można nazwać wierzącymi i praktykującymi. Wskaźniki są bezlitosne – tak źle jeszcze nie było, dzieciaki masowo wypisują się z religii, powołań nie ma, tylko majątek i ambicje polityczne rosną. Wygląda na to, że nadchodzi czas na wypicie piwa, którego nawarzyli „kapciowy” z nuncjuszem.

Podobnie jak to było w USA, Irlandii, Chile, katalizatorem możliwych radykalnych zmian takiego stanu rzeczy może być wątek ukrywania pedofilii przez hierarchów, a także ich osobista odpowiedzialność za podobne czyny. W USA całe diecezje bankrutowały, gdy zasądzano odszkodowania dla skrzywdzonych. A kiedy chodzi o majątek i pieniądze Kościoła – żarty się kończą.

Watykan rzutem na taśmę, tuż przed zgonem 97-letniego kard. Henryka Gulbinowicza w 2020 r., zakomunikował, że odebrano mu prawo do nabożeństwa pogrzebowego w katedrze i pochówku w katedrze. Czy do Gulbinowicza dotarło, co mu odczytano przy łóżku szpitalnym? Nie wiadomo, był już w fatalnym stanie. A było to wydarzenie bez precedensu, pierwszy taki wyrok kanoniczny na polskiego biskupa. Gulbinowicz zaś jest ważny w tej historii od samego początku aż do dzisiaj.

W czerwcu br. przybył do Polski specjalny wysłannik papieża Franciszka kard. Angelo Bagnasco, emerytowany arcybiskup Genui, były przewodniczący Konferencji Episkopatu Włoch. Nuncjatura w Warszawie w oficjalnym komunikacie przyznała, że „celem wizyty była weryfikacja sygnalizowanych zaniedbań kard. Dziwisza”. W październiku do Rzymu na wezwanie papieża pojedzie cały episkopat Polski. I choć sam episkopat w oficjalnym komunikacie zapewnia, że „podstawowym celem wizyty ad limina Apostolorum jest umocnienie jedności między biskupami a Katedrą św. Piotra”, wiadomo, że krytyczny raport na temat działań polskich hierarchów przygotował dla Franciszka nuncjusz abp Salvatore Pennacchio. Standardowo biskupi mają pół roku na przygotowanie się do takiej wizyty i do złożenia wyjaśnień. Tym razem dostali o połowę mniej czasu.

W powietrzu wisi scenariusz chilijski: przed trzema laty, po krytycznym raporcie papieskiego wysłannika, Franciszek wezwał do Rzymu cały episkopat i wówczas wszyscy biskupi, co do jednego, podali się do dymisji – biorąc odpowiedzialność za zaniedbania.

Polski kontekst tuszowania przestępstw i nadużyć o charakterze seksualnym wobec dzieci ma w sobie bombę z opóźnionym zapłonem. To odpowiedzialność najbliższych współpracowników Jana Pawła II oraz, co już dzisiaj bezsprzeczne, jego samego – świętego Jana Pawła II. Wśród hierarchów ponoszących główną odpowiedzialność za proceder ukrywania przestępstw i przestępców w sutannach są dwaj najbliżsi Janowi Pawłowi II ludzie Kościoła: kard. Dziwisz i były nuncjusz apostolski Kowalczyk. Abp Kowalczyk od miesięcy jakby zapadł się pod ziemię, jest nieuchwytny i nieobecny. Najprawdopodobniej zaszył się w swoim luksusowym watykańskim mieszkaniu. Kiedy wcześniej trwała watykańska procedura przeciw abp. Józefowi Wesołowskiemu, który został wydalony ze stanu kapłańskiego za wykorzystywanie nieletnich w Dominikanie, zdążył on umrzeć w ukryciu w Watykanie, zanim jego wyrok się uprawomocnił. Pochowano go później w Czorsztynie – pochodził z pobliskiej wsi. Uroczystościom przewodził bp Jan Szkodoń, uczestniczyło w nich kilkunastu duchownych i kilkaset osób. Tamten wyrok się nie uprawomocnił, bo Watykan, kiedy Wesołowski trafił do szpitala, „nie chciał zaogniać sytuacji” – a „duchownym jest się wiecznie”.

Tym razem wygląda jednak na to, że wielkimi krokami nadchodzi kres kardynalsko-biskupiej kamaryli Dziwisza/Kowalczyka.

Jak wygląda początek takich niesłychanych karier jak te Głódzia, Kowalczyka, Dziwisza? Dobrze być sekretarzem jakiegoś biskupa czy kardynała albo jego kierowcą (Głódź woził Gulbinowicza), mieć odpowiednich kolegów na studiach (Kowalczyk studiował razem z Głódziem) oraz wspólnego patrona, który wyśle za granicę na dalszą edukację. Tak Głódź z Kowalczykiem wylądowali w Rzymie, a po chwili dołączył do ekipy Dziwisz, „kapciowy” polskiego papieża. I już się nie rozstali, mając decydujący głos we wszystkich sprawach kadrowych polskiego Kościoła. Do dziś.

Kowalczyk, wówczas szeregowy ksiądz, dostał od Jana Pawła II zadanie stworzenia sekcji polskiej watykańskiego Sekretariatu Stanu. Do pomocy wziął sobie ks. Tadeusza Rakoczego, który został w 2021 r. ukarany zakazem udziału w celebracjach i spotkaniach publicznych za zaniechania w sprawach pedofilskich. O wszystkich kwestiach personalnych decydował w latach 1978-1989 Kowalczyk (nuncjatury wówczas w Polsce nie było), który podsuwał papiery do podpisu Dziwiszowi, a ten przedkładał je papieżowi Polakowi. Kiedy w 1989 r. papież mianował Kowalczyka nuncjuszem w Polsce, ten błyskawicznie podsunął kandydaturę Głódzia na biskupa polowego, a Rakoczemu pomógł zostać biskupem i papież wydzielił z istniejących diecezji dodatkową: bielsko-żywiecką. Nie pierwszy ani nie ostatni raz, takie są kulisy powstawania nowych diecezji – kolega potrzebuje mieć swoją, jest przecież biskupem. To się ją powołuje do istnienia.

Przez prawie 40 lat Józef Kowalczyk, posiłkując się bardzo często sugestiami personalnymi Gulbinowicza, zabiskupił Polskę. Wśród takich zasuflowanych nominatów znaleźli się m.in.: bp Jan Tyrawa, ukarany w tym roku przez Watykan za tuszowanie przestępstw pedofilskich; bp Stefan Regmunt, który po zakazie publicznych wystąpień afiszował się podczas pielgrzymki na Jasną Górę organizowanej przez Radio Maryja; bp Edward Janiak z diecezji kaliskiej, również ukarany za tuszowanie przypadków pedofilii.

Kowalczyk, równie sprawnie i skutecznie jak podsuwał przez Dziwisza papiery z nominacjami, nie dopuszczał do adresata korespondencji, która informowała o nieprawidłowościach w polskim Kościele. Dość wspomnieć tu o dwóch sztandarowych sprawach: abp. Stanisława Wielgusa, mianowanego metropolitą warszawskim, którego oskarżono o współpracę ze Służbą Bezpieczeństwa, i abp. Juliusza Paetza. Dokumenty w sprawie Wielgusa Kowalczyk zataił, a kiedy podejrzenia się potwierdziły, papież Benedykt XVI przyjął rezygnację Wielgusa w dniu ingresu. Jednak dużo bardziej skandalicznym działaniem było to wszystko, co Kowalczyk zrobił przy okazji ciągnących się latami afer o charakterze nadużyć seksualnych (wobec kleryków) abp. Paetza. Współodpowiedzialny za ukrywanie skandali seksualnych Paetza jest także abp Marek Jędraszewski, jeden z jastrzębi polskiego fundamentalistycznego Kościoła, obecnie metropolita krakowski, wcześniej, za czasów Paetza, biskup pomocniczy w Poznaniu.

Osoby usiłujące doprowadzić do wyjaśnienia afery Paetza często poddawane były naciskom i pozbawiane głosu. Przykładem jest choćby historia byłego wykładowcy poznańskiego seminarium duchownego ks. prof. Tomasza Węcławskiego, który w efekcie odszedł ze stanu duchownego i został pracownikiem naukowym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Wśród nielicznych duchownych i publicystów mających odwagę komentować ten węzeł gordyjski zawiązany na szyi polskiego Kościoła, są tacy, którzy wypowiadają się bardzo mocno. Warto zauważyć choćby konstatację ks. prof. Alfreda Wierzbickiego, z Katedry Etyki na Wydziale Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, który w książce „Bóg nie wyklucza” napisał: „Kościół jest tak zniszczony, że można zapytać, czy jest w nim jeszcze chrześcijaństwo”. Jako jeden z niewielu polskich duchownych zabrał głos przeciw nagonce na środowiska LGBT – wykluczającym słowom płynącym wprost od przedstawicieli polskiego rządu czy jego macierzystej uczelni, z której przecież wywodzi się obecny minister edukacji.

Taka polityka kadrowa musiała się przełożyć na realne działania i politykę uprawianą przez biskupów. Kluczowy jest tu aspekt relacji Kościół-państwo i nieustanne zwiększanie znaczenia Kościoła, co można obserwować na przykładzie 20-letniej historii komisji majątkowej, teoretycznie rządowo-kościelnej, praktycznie walczącej o interes KK. Inną próbą ognia była sprawa dopuszczalności aborcji i tutaj działania Kościoła zostały odebrane przez społeczeństwo jako radykalna ingerencja w prywatność i prawa kobiet. Wyrok zależnego od rządu i władzy Trybunału Konstytucyjnego umocnił to przekonanie. Prof. Rafał Matyja, politolog i historyk, zauważył, że stoimy na progu zmiany ustrojowej, w tym konieczności zredefiniowania stosunków państwo-Kościół. Komentując inne aktywności biskupów (dzieło Kowalczyka/Dziwisza), stwierdził, że „Kościół stał się organizacją toksyczną, poprzez próby zapewnienia sobie bezkarności w różnych sprawach, także poprzez brak reakcji na zamienianie dyskursu religijnego na mowę nienawiści”.

Ceniony watykanista John L. Allen, analizując pozycję papieża Franciszka w oczach episkopatów, bardzo wysoką miarę nieufności przypisał polskim hierarchom: „W Polsce każdy papież startuje z deficytem zaufania tylko dlatego, że nie jest Janem Pawłem II, a niektórzy Polacy postrzegają Franciszka jako tego, który w niektórych aspektach zwija dziedzictwo poprzednika”. Chwilami można było odnieść wrażenie, że dla polskich biskupów projekt papież wyczerpał się wraz z odejściem Jana Pawła II, co by tłumaczyło ten kościelno-ludyczno-pomnikowy wymiar kultu jednostki. Kiedy 20 lutego 2019 r. podczas audiencji w Watykanie papież Franciszek pocałował rękę Marka Lisińskiego, który był molestowany przez księdza jako dziecko, nie słychać było głosów zrozumienia ze strony polskich biskupów. Ten gest był dla nich za trudny. Być może dlatego też był taki ważny.

Bez wątpienia została przerwana tama milczenia wokół przewin i przestępstw polskich duchownych i strukturalnej niemocy oczyszczenia się przez sam Kościół z afer pedofilskich i skandali z ich ukrywaniem.

Otworem stoi problem ocenienia na nowo roli i odpowiedzialności za podobne nadużycia, ale w skali globalnej, Jana Pawła II, dla Polaków wciąż „bohatera wszech czasów”, teraz jeszcze na dodatek świętego. Na świecie, w przeciwieństwie do naszego kraju, nie obowiązywał zakaz krytyki papieża z Polski. Ta fala dotarła już i tutaj i nie da się udawać, że nic się nie stało. Świętość Karola Wojtyły nie wytrzymuje próby konfrontacji z krzywdami dzieci, o których Jan Paweł II wiedział i których sprawców krył, nagradzał i promował, a krytyków uciszał.

Fot. Stanisław Kowalczuk/East News

Wydanie: 38/2021

Kategorie: Kościół

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy