Kajuta jak więzienie

Kajuta jak więzienie

Dopiero premier RP wyasygnował z państwowej kasy pieniądze na powrót polskich marynarzy z Montevideo

Było już dawno po pierwszej gwiazdce, dochodziła godz. 21, ale Elżbieta Jurga ze Świnoujścia jeszcze nie podała kolacji wigilijnej. Czekała na męża – już ponad rok. Dopiero 23 grudnia dowiedziała się, że mąż wróci na święta do domu.
Ryszard Jurga od 34 lat jest związany z Przedsiębiorstwem Połowów i Usług Dalekomorskich „Odra” w Świnoujściu, od października ub.r. znajdującym się w stanie likwidacji. Pracował na trawlerze „Orleń” jako mechanik wachtowy. Swój ostatni rejs rozpoczął 7 grudnia 2001 r. Kiedy opuszczał Świnoujście, nawet mu do głowy nie przyszło, że wyrusza w najdłuższy i najbardziej stresujący rejs w swoim życiu.

Nieprzewidziany postój
Łowili kalmary. Połowy nie były zbyt dobre, więc i zarobki nie zapowiadały się najlepiej. – Rejs powinien zakończyć się 8 czerwca 2002 r. – wspomina Jurga. – 3 czerwca zacumowaliśmy „Orlenia” w basenie portowym w Montevideo. Bezskutecznie czekaliśmy na podmianę. Pierwsze pismo do Odry z pytaniem, co się dzieje, posłaliśmy już na początku lipca.
Już w sierpniu Elżbieta Jurga wspierała starania męża o powrót do kraju. Nie unikała dziennikarzy – o sprawie zaczęło być głośno w prasie, radiu i telewizji. Gdy interwencje nie odniosły skutku, w listopadzie napisała do Komitetu Helsińskiego. – Od zacumowania w Montevideo nie był to już przecież normalny rejs, ale przymusowy postój, jakby uwięzienie bez wyroku – mówi Ryszard Jurga. – A na domiar złego od września przestano nam wypłacać pensje. Nasze rodziny zostały pozbawione środków do życia. To był powód naszego narastającego zdenerwowania.
Sami nie mogli ruszać w stronę polskiego portu. Przedsiębiorstwo Odra, bankrut w likwidacji, tłumaczyło, że powrót będzie możliwy po sprzedaży statków, bo nie ma pieniędzy na bilety i opłacenie zmienników. Dopiero premier RP wyasygnował z państwowej kasy pieniądze na powrót marynarzy.

Byłaby okupacja ambasady
Problem dotyczył kilkunastu marynarzy z trawlerów „Orleń” i „Mustel”, które przez kilka miesięcy były zacumowane w basenie portowym w Montevideo. – Staliśmy na tzw. beczce – wspomina motorzysta z „Mustela”, Jerzy Matynia, który podobnie jak Ryszard Jurga wrócił do domu po prawie rocznej nieobecności. – Do miasta zabierała nas motorówka, najpierw dwa, a później tylko raz w tygodniu. My z „Mustela” nie mieliśmy pieniędzy nawet na telefon do domu, bo w ciągu roku wypłacono nam zaledwie 65 dol. Nie stać nas było na żadne zakupy w mieście, więc na wypadek, gdyby chciało się nam pić na lądzie, braliśmy ze statku przegotowaną wodę.
– Odwiedzaliśmy naszą ambasadę i dostawaliśmy tam gazety – opowiada Ryszard Jurga. – To był jedyny kontakt z krajem, choć z dwutygodniowym opóźnieniem. 18 grudnia wyruszyliśmy do ambasady z tobołkami, bo właśnie w tym dniu mieliśmy zacząć jej okupację. Chcieliśmy w ten sposób wywalczyć jak najszybszy powrót do domu. Ale na progu powitano nas wiadomością, że są bilety na 23 grudnia. Trudno wyrazić w słowach naszą radość.
Najpierw polecieli samolotem z Montevideo do Buenos Aires. Stamtąd do Frankfurtu i dalej do Berlina. Po drodze musieli czekać półtorej godziny na opóźniony samolot. Na lotnisku w Berlinie zaginęły ich bagaże. Trzy godziny trwało, nim się znalazły. Z opóźnieniem wyruszyli więc do Polski. – Koledzy ze Szczecinka i Polanowa mieli pociąg o godz. 19 – wspomina Ryszard Jurga. – Podejrzewam, że już na niego nie zdążyli i noc wigilijną przyszło im spędzić na dworcu w Szczecinie.
Ani Jerzy Matynia, ani Ryszard Jurga nie chcą opowiadać o tym najdłuższym rejsie w życiu. – Co tu mówić? Nerwy i straszna monotonia na statku. Ile razy można oglądać te same filmy, czytać stare gazety? Do tego nieznośny upał, jedzenie bez smaku i niepewność jutra.
Ryszardowi Jurdze największą ulgę sprawiały telefony do żony. Był dumny, że i ona walczy o ich powrót do domu, choć denerwował się, jak sobie radzi. Z kolei Jerzy Matynia biegał po pokładzie i w ten sposób rozładowywał napięcie. – My i tak nie mamy co narzekać – zauważa Jurga. – W naszych rodzinach nie wydarzyło się nic nadzwyczajnego. A u innych dramaty. Najbardziej żal nam było kapitana Pałysińskiego, któremu tuż przed świętami zmarł syn. Nie dostał pozwolenia, żeby opuścić statek i pojechać na pogrzeb. To nieludzkie.
Robertowi z Warszawy zamustrowanemu na „Mustelu” zdarzył się „tylko” atak kamieni żółciowych. Konieczna była operacja. Wykonano ją w Montevideo. A Władek wrócił wcześniej do domu z powodu dolegliwości sercowych. Kiedy już się pożegnał ze wszystkimi na statku, poprosił kolegów, by mu pomachali na pokładzie, gdy będzie przelatywał samolotem do Buenos Aires. I zszedł na ląd. – Parę godzin później – wspomina Ryszard Jurga – na widok samolotu machaliśmy i wrzeszczeliśmy. I nagle usłyszeliśmy głos Władka: „Co tak krzyczycie?”. Chłop spóźnił się na lotnisko i musiał zostać do następnego dnia. Dopiero wtedy opuścił Urugwaj.

Niepewność
Styczeń to trudny miesiąc dla Aliny Matyni, żony Jerzego. Pracuje w kadrach w Odrze i doskonale wie, że czeka ją wiele pracy. – Musimy przygotować świadectwa pracy dla 400 zwalnianych osób – mówi.
Odchodzący mają nadzieję, że w styczniu doczekają się wypłat zaległych wynagrodzeń. Ryszard Jurga liczy jeszcze na to, że wygra sprawę w sądzie pracy, bo zaskarżył Odrę o nieodpowiednie naliczanie dodatku dewizowego za ten najdłuższy rejs w jego życiu. – Będziemy szukać innej pracy – mówią Ryszard i Jerzy.

Wydanie: 2/2003

Kategorie: Reportaż

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy