Kanclerz bez boskiej pomocy

Kanclerz bez boskiej pomocy

Różne oblicza Olafa Scholza

Korespondencja z Niemiec

8 grudnia Olaf Scholz został zaprzysiężony na kanclerza Niemiec. Przysięgi nie opatrzył dodatkiem „Tak mi dopomóż Bóg”. Jest pierwszym bezwyznaniowym kanclerzem w powojennej historii swojego kraju. Niektórym może się wydawać bezbarwny, część obywateli nazywa go złośliwie Scholzomatem. Ale czy rzeczywiście jest pozbawionym charyzmy, nudnym urzędnikiem? A może to potrafiący okiełznać emocje profesjonalista? Jaki jest Olaf Scholz?

Młody socjalista

Urodził się 63 lata temu w Osnabrück. W politykę zaangażował się, mając 17 lat, gdy dołączył do Młodych Socjalistów (Jusos), młodzieżówki SPD. Wkrótce wstąpił na Uniwersytet w Hamburgu, gdzie rozpoczął studia prawnicze. Specjalizował się w prawie pracy. Jako 24-latek został wybrany na przewodniczącego Jusos i sprawował tę funkcję przez kilka lat. Trzeba zaznaczyć, że nie jest to mała organizacja. W 2017 r. miała 70 tys. członków. Jest więc liczniejsza od całej wchodzącej dziś w skład koalicji rządowej Partii Wolnych Demokratów (FDP), do której należy nieco ponad 60 tys. osób.

W latach 80. Olaf Scholz nosił bujną fryzurę, którą mógł konkurować z niejedną gwiazdą rocka. Przez dwa lata był wiceprzewodniczącym Międzynarodowej Unii Młodych Socjalistów. W tamtym okresie wspierał marksistowskie skrzydło organizacji i nawoływał do „przezwyciężenia gospodarki kapitalistycznej” , a także krytykował „imperialistyczną politykę NATO”. Dzisiaj komentuje: „Dobrze, że kiedyś popełniłem prawie wszystkie swoje błędy. Mam to za sobą”.

Z takim postawieniem sprawy mógłby się nie zgodzić niedawny przewodniczący Jusos, Kevin Kühnert, który domagał się wywłaszczenia i uspołecznienia producenta aut BMW. Jego postawa została zresztą nagrodzona przez wyborców – w grudniu 2021 r. otrzymał mandat deputowanego do Bundestagu i został wybrany na sekretarza generalnego „dorosłej” SPD. Istnieje zatem pewne prawdopodobieństwo, że część bazy partyjnej będzie naciskać na kanclerza Scholza, by odkurzył młodzieńcze ideały.

Zakochany parlamentarzysta

Podczas posiedzenia Bundestagu, na którym wybierano Olafa Scholza na kanclerza Niemiec, jego żona, Britta Ernst, obserwowała przebieg wydarzeń z trybun dla gości. Siedziała w jednym rzędzie z rodzicami Scholza oraz byłym kanclerzem Gerhardem Schröderem, któremu towarzyszyła Kim So Yeon, piąta małżonka.

Olaf z Brittą poznali się jeszcze w latach 80. Ona także była działaczką Jusos. W latach 90. podjęła studia i specjalizowała się w ekonomii społecznej. W tym okresie Scholz, który został przyjęty do palestry jeszcze w 1985 r., założył kancelarię specjalizującą się w prawie pracy. Przez osiem lat, do momentu wyboru na posła, był prawnikiem Centralnego Związku Spółdzielni Spożywców. Ale to Britta pierwsza została deputowaną. W 1997 r. wybrano ją do Parlamentu Hamburskiego. Rok później Olaf Scholz, w wieku 40 lat, wygrał wybory do Bundestagu. Wtedy też ich partia objęła władzę w Niemczech, po raz pierwszy w koalicji z Zielonymi. Oboje zajmowali stanowiska z powszechnego wyboru, partia szła po władzę, a oni od ponad dekady żyli w związku nieformalnym. Postanowili wziąć ślub i zrobili to jeszcze w tym samym 1998 r.

Jednak ci, którzy dziś liczą, że po 16 latach rządów Angeli Merkel na okładkach kolorowych czasopism pojawi się niemiecka pierwsza dama, mogą się rozczarować. Britta Ernst zawsze powstrzymywała się od komentarzy na temat ambicji politycznych męża. Uprzejmie, ale stanowczo blokowała wszelkie dociekania na temat życia prywatnego. Rozwijała swoją karierę polityczną i zawodową odrębnie. Od 2017 r. jest ministrą szkolnictwa Brandenburgii, a od 2021 r. przewodniczącą Konferencji Ministrów Edukacji krajów związkowych. Scholz zapytany, czy w związku z jego wyborem na kanclerza RFN małżonka zrezygnuje z funkcji, energicznie zaprzeczył. To jej niezależna praca polityczna.

Na swojej stronie internetowej kanclerz napisał, że żona znaczy dla niego wszystko. A w „Spieglu” wyznał, że „najważniejszą rzeczą w życiu jest miłość” i dlatego cieszy się, że od dziesięcioleci ma udany związek z Brittą. Małżeństwo Scholzów jest bezdzietne.

Neoliberalny menedżer

W 2001 r. Olaf Scholz na krótko został członkiem Senatu Hamburga, czyli miejskiej egzekutywy. Hamburg jako państwo-miasto ma status oddzielnego landu. Będąc hamburskim odpowiednikiem ministra spraw wewnętrznych, Scholz zatwierdził decyzję o przymusowym użyciu środków wymiotnych wobec podejrzanych o handel narkotykami. To wywołało protesty m.in. hamburskiej Izby Medycznej.

W 2002 r. Scholz ponownie został posłem do Bundestagu, równolegle sprawował funkcję sekretarza generalnego SPD. To czasy ofensywy polityki neoliberalnej na całym świecie. Partie lewicowe, uwierzywszy w fałszywą formułę „końca historii” Francisa Fukuyamy, zdradziły swój tradycyjny elektorat ze świata pracy. Głosi się wówczas ostateczne zwycięstwo systemu kapitalistycznego i liberalnych demokracji jako gwarantujących szczęście i dobrobyt. Wybory polityczne przestają mieć zatem znaczenie, nie ma już co wybierać – ideał został ustalony, pozostaje tylko sprawny management. Zachodnie partie socjaldemokratyczne wybierają tzw. trzecią drogę, będącą syntezą prawicowych koncepcji gospodarczych i centrolewicowej polityki społecznej. De facto oznacza to brutalne reformy wolnorynkowe, dla których listkiem figowym jest opowieść o zapewnianiu równych szans. Promotorami tego trendu są politycy związani z partiami socliberalnego centrum: w USA Bill Clinton, w UK Tony Blair, w Polsce Leszek Miller, a w Niemczech Gerhard Schröder.

Sztandarowym przykładem tej neoliberalnej polityki staje się w Europie strategia lizbońska. A w Niemczech Agenda 2010 ogłoszona przez rząd SPD i Zielonych. Główne cele programu to promocja wzrostu gospodarczego, obniżenie bezrobocia, wzrost konkurencyjności kraju na arenie międzynarodowej. Narzędzia Agendy? Cięcie podatków dla bogatych i wydatków publicznych dla reszty, drastyczne obniżenie świadczeń emerytalnych i zasiłków dla bezrobotnych. Nowe deregulacje wywołały olbrzymie protesty pracowników. Jednak ówczesny rząd nie zamierzał słuchać związków zawodowych – słuchał „rynków”, finansistów i bankierów.

Notowania partii spadały i trzeba było kogoś poświęcić. Olaf Scholz został odwołany z funkcji sekretarza generalnego partii, choć sprawował ją od niedawna. Uważał to za niesprawiedliwość. Wcześniej jednak tak gorliwie bronił polityki szefa rządu, że zyskał miano „nadwornego śpiewaka kanclerza”. Potem będzie się mówić, że tracąc stanowisko, był jedną z pierwszych ofiar Agendy 2010. Inni oceniają, że musiał polecieć, bo był zbyt apodyktycznym, niechętnym krytyce technokratą o buchalteryjnym nastawieniu – to wówczas zapracował sobie na przezwisko Scholzomat.

Tak, Scholz był jedną z twarzy neoliberalnego programu. Do tego twarzą mało sympatyczną. Przybrał na wadze i mocno się zaokrąglił. Szybko łysiał, ale nie chcąc się z tym pogodzić, wciąż nosił coraz rzadszą kępkę włosów nad czołem. Przypominał chodzący stereotyp partyjnego sybaryty, który innym narzuca politykę cięć, a sam pasie się na urzędzie i prowadzi niezdrowy tryb życia.

Partyjny bicz

To Britta przekonała go, że musi coś ze sobą zrobić. Program osobistej naprawy Scholz zaczął od joggingu. W szkole nie lubił ćwiczeń fizycznych, więc na początku szło mu niesporo. Obecnie, w szóstej dekadzie życia, uprawia sport regularnie, dwa-trzy razy w tygodniu biega, wiosłuje, jeździ na rowerze. I, jak podkreśla, sprawia mu to autentyczną przyjemność.

Drugi rząd Gerharda Schrödera nie dotrwał do końca kadencji. Po przyśpieszonych wyborach do Bundestagu większość miejsc otrzymała prawica. Mimo to SPD spadła na cztery łapy i utworzyła z CDU Wielką Koalicję (GroKo). Na kanclerza Niemiec wybrana została Angela Merkel – pierwsza kobieta w historii na tym stanowisku. Scholz odnowił mandat poselski i został naczelnym whipem SPD, czyli osobą odpowiedzialną za to, by członkowie partii głosowali zgodnie z linią kierownictwa (ang. whip – bicz, pejcz). Jeśli pamiętacie Franka Underwooda z pierwszego sezonu serialu „House of Cards” – to właśnie była jego robota. Scholz w tej funkcji współpracował blisko ze swoim odpowiednikiem w CDU i skutecznie zarządzał działaniem GroKo pod rządami nowej kanclerz.

W 2007 r. Scholz został ministrem pracy i spraw socjalnych. „Mam wrażenie, że jestem teraz we właściwym miejscu”, komentował. Wcześniej przygotował projekt reformy ustawy regulującej strukturę przedsiębiorstw i opracował koncepcję partycypacji pracowników w zyskach ich firm. Teraz chciał powalczyć o wprowadzenie płacy minimalnej. Czy to oznaki przemiany?

Zanim w 2015 r. została wprowadzona ustawowo ogólnokrajowa płaca minimalna, batalia z koalicjantami z CDU toczyła się o każdą branżę z osobna. Scholz mógł się prezentować jako prosocjalny minister, a koalicjantów stawiających opór oskarżać o neoliberalizm. Walką o płace minimalne osłaniał się przed gniewem związków zawodowych i krytyką swojej bazy partyjnej, sam bowiem wciąż bronił zasadności wprowadzenia w życie Agendy 2010. Funkcję ministra pełnił do 2009 r. Mandat poselski złożył w roku 2011, by objąć stanowisko burmistrza Hamburga. To pod jego wodzą SPD odbiła władzę w mieście z rąk CDU, która wcześniej rządziła przez 10 lat.

Hanzeatycki burmistrz

Wolne Hanzeatyckie Miasto Hamburg, jedno z największych europejskich centrów logistycznych i finansowych, stało się dla Olafa Scholza bramą do międzynarodowej rozpoznawalności. Jako narzędzie dyplomacji wykorzystał m.in. hamburską tradycję organizowania 24 lutego wielkiej uczty z okazji Dnia Świętego Macieja. Wśród kilkuset uczestników bankietu zawsze są goście honorowi z zagranicy. Scholz zasiadał więc do stołu m.in. z premierami Francji, Wielkiej Brytanii i Kanady.

Popularność burmistrza rosła na salonach, ale wcale nie malała wśród elektoratu. W 2015 r. pod jego kierownictwem SPD ponownie wygrała miejskie wybory i utworzyła koalicję z Zielonymi. Mimo tego Scholz nie potrafił przekonać mieszkańców, że w epoce narzuconych cięć ubieganie się o organizację Igrzysk Olimpijskich 2024 jest dobrym pomysłem. Podobnie jak rok wcześniej krakowianie mieszkańcy Hamburga w 2015 r. odrzucili w referendum możliwość organizacji imprezy. Wniosek do MKOl został wycofany. Lecz największą porażką Scholza był szczyt G20 w 2017 r.

To, co miało być ukoronowaniem jego ówczesnej kariery, paradą najpotężniejszych przywódców świata, przerodziło się w organizacyjną katastrofę. W mieście obok pokojowych protestów wybuchły potężne zamieszki, a najbardziej radykalna frakcja przeciwników szczytu siała chaos, systematycznie podpalając linie kolejowe i auta, demolując i plądrując sklepy. Policja pacyfikująca zamieszki nie przebierała w środkach. Regularne bitwy uliczne trwały kilka dni. Rannych zostało 230 policjantów oraz nieustalona liczba demonstrantów. Straty oszacowano na 12 mln euro. Scholz publicznie wyznał, że jest mu wstyd, i przeprosił, ale odmówił podania się do dymisji.

Niewzruszony buchalter

Spokoju obecnego kanclerza nie jest za to w stanie zakłócić inna sprawa z okresu sprawowania władzy w Hamburgu. Dotyczy ona odprysku wielkiego międzynarodowego dochodzenia w sprawie transakcji cum-ex. W tym skomplikowanym finansowym oszustwie chodziło w wielkim skrócie o manipulacje akcjami w taki sposób, aby uzyskać wielokrotny zwrot podatku od zysków kapitałowych, choć de facto został on zapłacony tylko raz. Straty budżetów państw europejskich są szacowane na 55 mld euro, w tym samych Niemiec na 32 mld. Przed wyborami we wrześniu 2021 r. wznowiono jedno ze śledztw. Ma ono ustalić, jak to się stało, że bankowi Warburg pozwolono na zatrzymanie 47 mln euro z nielegalnie uzyskanych zwrotów podatkowych i czy mógł mieć na to wpływ włodarz miasta. Scholz twardo zaprzecza.

A jest jeszcze afera Wirecard, seria skandali księgowych, które doprowadziły do niewypłacalności niemieckiego operatora płatności i dostawcy usług finansowych. W czerwcu 2020 r. firma złożyła wniosek o upadłość po ujawnieniu, że „zaginęło” 1,9 mld euro. Przeciwnicy polityczni starają się obarczyć Scholza odpowiedzialnością polityczną za skandal. Według nich jako federalny minister finansów zaniechał on działań kontrolnych. Dotychczas żaden z zarzutów nie przylgnął do Scholza ani niczego mu nie udowodniono. Komentatorzy sugerują, że skandale, które ewentualnie mogłyby obciążyć konto polityka, były zbyt skomplikowane, aby zmartwić wyborców.

Finansowy wicekanclerz

Po wyborach ogólnokrajowych w 2017 r. negocjacje koalicyjne przeciągały się w nieskończoność. Ostatecznie rząd GroKo został zaprzysiężony w marcu 2018 r., a wraz z nim Olaf Scholz, który objął tekę ministra finansów. Został również wicekanclerzem, prawą ręką Angeli Merkel.

W ciągu pierwszych dwóch miesięcy Scholz zobowiązał się do kontynuowania polityki swojego poprzednika, Wolfganga Schäublego. Ten był symbolem pouczania, jak w imię „dyscypliny budżetowej” zaciskać pasa oraz ciąć wydatki publiczne na edukację, opiekę zdrowotną i mieszkalnictwo. Słowem, Scholz chciał dalszego ciągu znienawidzonej na lewicy polityki austerity, gnębiącej społeczeństwa od czasu kryzysu finansowego w 2008 r. Nawet prezydent Francji Emmanuel Macron wezwał Niemcy do porzucenia fetysza konserwatyzmu fiskalnego, ostrzegając, że ta polityka zawsze była prowadzona kosztem innych krajów. Olaf Scholz nie słuchał krytyk. Przyjął strategię prezentowania cnoty oszczędności, cenionej przez dużą część niemieckiego społeczeństwa. W stosunku do poprzednika zmienił jednak ton, nie zamierzał już nikogo pouczać, zwłaszcza w relacjach międzynarodowych. Wydaje się, że to zadziałało na jego korzyść. W krótkim czasie po objęciu funkcji ministra stał się jednym z najpopularniejszych polityków Niemiec, ze wskaźnikiem akceptacji sięgającym 50%.

Prawdziwego zwrotu minister Scholz dokonał jednak dopiero pod wpływem ataku pandemii COVID-19. Przemiana była wprost bajkowa. Przygotował bezprecedensowy pakiet ratunkowy dla kraju na grubo ponad 100 mld euro, dzięki czemu Niemcy unikają masowych zwolnień i zamykania zakładów pracy. Na arenie europejskiej nadzorował wdrożenie unijnego programu ratunkowego na sumę 750 mld euro, którego podstawą jest emisja euroobligacji, na co żaden rząd Niemiec latami się nie zgadzał. Emisja wspólnego unijnego długu od dekad rozbijała się o konserwatywny mur. Zmiana stanowiska niemieckiego ministra finansów w tej materii to przełom. Euroobligacje „stanowią fundamentalne zmiany – mówił Scholz – być może największe od czasu wprowadzenia euro”. Wspólne obligacje zwiążą ze sobą państwa unijne silniej niż traktaty.

Niespodziewany kanclerz

Popularność Scholza nie przełożyła się jednak na popularność jego partii. Rok przed wyborami do Bundestagu notowania SPD szorowały po historycznym dnie, oscylując w okolicach 8%. Również on w roli kandydata na kanclerza nie rokował wielkich szans. Wiosną 2021 r. najkrótszy żart w Niemczech brzmiał: „Olaf Scholz zostanie kanclerzem”.

Jego przeciwnicy popełniali jednak gafy podczas kampanii. Główny rywal, Armin Laschet z CDU, typ zawsze uśmiechniętego wujaszka, jowialny, starający się zjednać otoczenie żartem – przeholował i został uchwycony przez kamery, gdy śmiał się podczas odwiedzin na terenach zniszczonych powodziami, gdzie życie straciła ponad setka osób. Mocno zaszkodził mu też konflikt wewnętrzny we własnej partii. Spora część członków ugrupowania nie pogodziła się z tym, że kandydatem nie został jego konkurent z Bawarii, Markus Söder. Na ostatecznym wyniku zaważył również odpływ elektoratu, który, jak się okazało, głosował nie na CDU, ale na Merkel. Gdy jej zabrakło, wyborcy ruszyli szukać kogoś, kto będzie ją najbardziej przypominał. A przynajmniej uosabianą przez nią stabilność w niepewnych czasach. Okazało się, że tą osobą jest jej wicekanclerz z SPD. Doświadczony, kierował już gabinetem pod nieobecność Merkel, gdy ta samoizolowała się na wypadek zakażenia wirusem. Podczas debat wyborczych wyglądał na pewnego siebie. Spokojny, pragmatyczny, nieunoszący się, o umyśle transakcyjnym – jak mówią, typ hanzeatycki.

Nowy kanclerz na pewno nie jest człowiekiem znikąd. Ma zalety Angeli Merkel, np. spokój w konfrontowaniu się z kryzysami. Z drugiej strony jest wolny od jej podstawowej wady, która uwidoczniła się szczególnie podczas ostatniej kadencji w postaci braku planu dla Niemiec i wizji przyszłości Europy. Zmiana w Berlinie to szansa na wyciągnięcie Europy z impasu. Wiele jednak zależeć będzie od europejskich partnerów, a przede wszystkim od wyniku kwietniowych wyborów we Francji. Pozostaje otwarte pytanie, czy będą to ukryte pod fasadą progresywizmu zmiany na (neo)liberalną modłę, czy autentyczne socjalne przemiany w duchu sprawiedliwości klimatycznej.

Fot. Reuters/Forum

Wydanie: 52/2021

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy