Kapitalizm i Kościół dostają zadyszki, a lewica w Polsce śpi

Kapitalizm i Kościół dostają zadyszki, a lewica w Polsce śpi

Konserwatywna prawica i Kościół w Polsce wciąż nie mogą uwierzyć, że na zdecydowanym oporze wobec ingerencji Kościoła w życie publiczne można uzyskać niezły wynik w wyborach. Pojawienie się na Wiejskiej Palikota z jego drużyną spowodowało ruchy wyprzedzające ze strony hierarchów kościelnych. Z ich ust padła propozycja dobrowolnego opodatkowania się obywateli na rzecz Kościoła w wysokości 1% podatku. Medialnie zabrzmiało to obiecująco i przez moment powiało pewną świeżością. Niektórzy myśleli nawet, że to przejaw pokory i samoograniczenia apetytu finansowego funkcjonariuszy kościelnych. Ale nic z tego. Okazało się, że w zamian ma być zlikwidowany tylko skompromitowany Fundusz Kościelny (ok. 100 mln rocznie z budżetu państwa), a wszystkie pozostałe wydatki na Kościół, liczone w miliardach, pobierane z kieszeni podatników, mają pozostać. Propozycja episkopatu jest dość bezczelna i oczywiście dobrze skalkulowana. Zamiast dostawać 100 mln, można oskubać budżet państwa z 1% podatków obywateli, co daje jakieś 600 mln, i dalej wyciągać środki na religię w szkołach, utrzymanie kościelnych uczelni, licznych kapelanów w służbach mundurowych, o ulgach podatkowych nie wspominając. Publiczna debata o finansowaniu Kościoła to jednak i tak nowość w postfeudalnej Polsce. Kropla drąży skałę. Może nawet doczekamy się kulturowo-politycznego Oświecenia kilkaset lat później, niż to miało miejsce w Europie Zachodniej.

W Europie i w świecie wchodzimy natomiast w kolejny etap kompromitacji neoliberalnego kapitalizmu. Bankowcy stają się powoli coraz bardziej uniwersalnym i znienawidzonym symbolem niewydolności systemu kapitalistycznego. Kiedy jednak na świecie protestują miliony, w Polsce na ulicę wyszła grupa kilkuset demonstrantów. I zamiast dyskusji o problemach społecznych, przeciwko którym ta niewielka część młodych ludzi protestowała, rozpoczęło się medialne piętnowanie i rozliczanie. Z ust prawicowych komentatorów usłyszeliśmy, że to dzieciaki z dobrych domów i w dobrych ciuchach. Oberwało się też posłowi Kaliszowi za jeżdżenie jaguarem. Pomijając populizm takich oskarżeń, warto się zastanowić nad mizerią protestów w Polsce i blokadą dla działań w sferze obywatelskiej.
Tak się już składa, że rewolucji dokonują zazwyczaj nie ci, którzy są na samym dnie, ale ci, którzy mają świadomość tego, że można żyć inaczej, a istniejący porządek jest tylko jednym z wielu możliwych. Dlatego pierwszy wniosek jest taki, że ze świadomością obywatelską jest bardzo krucho w Polsce. Bum edukacyjny wbrew zapewnieniom kolejnych ekip rządowych nie zmodernizował kraju i wykształcił nie aktywnych obywateli, lecz biernych konsumentów, którzy łatwo chłoną oficjalne przekazy.

Druga refleksja, jaka się nasuwa, jest banalna: kiedy ktoś żyje w biednym kraju pod ciągłą presją finansową, nie ma ochoty ani czasu na jakąkolwiek aktywność społeczną poza ciągłą pracą i staraniami o zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego. Aby móc się zastanowić nad ochroną środowiska, sensownością istniejącego porządku, prawami kobiet czy szansą na stworzenie sprawiedliwszego społeczeństwa, trzeba mieć trochę więcej wolnego czasu, który można poświęcić na inne działania niż codzienna harówka i bieganina. Wolny czas stał się w kapitalistycznej Polsce towarem deficytowym. Podobnie jak społeczne zaufanie, ludzka solidarność i myślenie nieskrępowane finansowymi kalkulacjami.
Po trzecie, brak odpowiednich środków finansowych (niski kapitał finansowy) idzie w parze z niskim kapitałem społecznym i kulturowym. Poziom czytelnictwa w Polsce pozwala sądzić, że większość mieszkańców kraju nad Wisłą to wtórni analfabeci, którzy wiedzą o świecie tyle, ile pokaże im skomercjalizowana telewizja. A ta robi ludziom kompletną sieczkę z mózgu – np. „Fakty” TVN obrazek z masowych protestów na świecie przeciwko cięciom socjalnym i nierównościom społecznym ozdobiły komentarzami tzw. ekonomistów, którzy stwierdzali, że ludzie słusznie domagają się stabilizacji systemu gospodarczego i dlatego konieczne są szybkie ograniczenia niepotrzebnych wydatków na cele społeczne. Mistrzostwo neoliberalnej propagandy.
Zazwyczaj jednak na świecie jest tak, że edukacją obywatelską zajmują się ruchy społeczne i organizacje polityczne. To one rzucają światło na ignorowane problemy i pomijane w mediach tematy. Ruch pracowniczy w XIX i XX w. poza polepszaniem sytuacji życiowej ludzi zajmował się jednocześnie zmianą mentalności i świadomości klas niższych.

Obecnie poobijana lewica w Polsce wciąż zajmuje się tym, czym potrafi najlepiej – samą sobą. Nie zabiera głosu w sprawach, które dzieją się dookoła, tylko dokonuje publicznej wiwisekcji na własnym, poranionym organizmie i daje się wpuszczać w kłótnie powyborcze. Nie ma tam jednak miejsca na spory ideologiczno-polityczne, są wyłącznie czysto personalne rozgrywki. Tylko że niedługo niewielu to już będzie obchodziło, a media też znajdą sobie ciekawsze tematy. A szkoda, bo rzeczywistość za oknem aż się prosi o mądre propozycje zmiany i oczekuje odważnych debat o sprawach zasadniczych. Nie tylko polska prawica nie ma dobrych odpowiedzi, również prawica europejska całkiem się pogubiła w sytuacji krachu obecnego systemu. Lewica w Europie szuka jednak nowych rozwiązań i dzięki temu wzbudza nadzieje społeczne – dlatego prawdopodobnie wygra najbliższe wybory w Niemczech, we Francji czy Włoszech. U nas na razie po lewej stronie nie ma ani fermentu intelektualnego, ani pozytywnej energii, która mogłaby pozwolić spojrzeć na nowo na stare problemy.

Wydanie: 43/2011

Kategorie: Felietony, Piotr Żuk
Tagi: Piotr Żuk

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy