Kłamstwa gen. Gerszona

Kłamstwa gen. Gerszona

Wstydzę się, że jestem obywatelem Izraela

Korespondencja z Tel Awiwu

Gdy po obejrzeniu w izraelskiej telewizji jak ciężkie czołgi roztrącały ambulanse palestyńskiego Czerwonego Półksiężyca na ulicach zdobytego miasta Tulkarem, po raz kolejny z rzędu – i obawiam się, że nie po raz ostatni – dopadł mnie wstyd z powodu mojego izraelskiego paszportu pilnowanego w szufladzie biurka, z powodu izraelskiego dowodu osobistego noszonego w kieszeni, izraelskiego prawa jazdy, izraelskiego adresu w Tel Awiwie i telefonu, izraelskiej karty kredytowej i konta w izraelskim banku, izraelskiego numeru rejestracyjnego na samochodzie, pisania w izraelskich gazetach, przynależności do izraelskiej kasy chorych i wszystkiego, co izraelskie, aż po skrzynkę pocztową P.O. Box, trzymaną przeze mnie w budynku izraelskiej poczty przy ulicy Mendele, 50 m od nadmorskiej plaży, po której dopiero co biegał mój izraelski pies imieniem Boni i oszczekiwał po hebrajsku wygrzewających się na piasku Żydów.
Ale najbardziej dokuczała mi świadomość, że na gwoździu wbitym w ścianę obok półki z książkami nadal wisi w charakterze pamiątki moja wojskowa lekko zardzewiała blacha z numerem rejestracyjnym 3862696, podobna do blaszki noszonej przez Boniego i świadcząca o przynależności do dawidoarmiejców przetaczających się po ambulansach czołgami Merkawa 3 o wadze 60 ton, sprawdzających szybkostrzelność karabinu maszynowego MAG kalibru 0,3 cala na palestyńskich lekarzach, sanitariuszach i kierowcach.
Wątłą pociechą jest przypomnienie o charakterze technicznym: numery wybite na żołnierskich identyfikatorach powinny być takie same i koniecznie dwa, by na wypadek ustrzelenia nosiciela blachy jego koledzy mogli odłamać połowę, z jednym numerem, a drugą część tej blaszanej wizytówki pozostawić na łańcuszku okalającym szyję nieboszczyka, żeby pułkowy rabin i jego brodaci pomocnicy wiedzieli, kogo grzebią. Żeby nie musieli wracać na cmentarz, raz jeszcze otwierać grobu i posyłać do badań DNA szczątki tego, co już zostało złożone w ziemi z modlitwą „El male rahamim” („Bóg pełen litości”), jak w wypadku 12 komandosów morskich poległych w Libanie. Ale moja blacha z powodu niechlujności roboli wybijających cyfry i tumiwisizmu tubylców nosi dwa różne numery, u góry mój, na dole cudzy, nawet nie wiem, czyj. Chciałbym wierzyć, że incydent z rozstrzelanymi ambulansami Czewonego Półksiężyca też przynależy do izraelskiego bałaganu, a nie do robaczywej osobowości moich rodaków.
Tłumienie powstania zawsze wygląda tak samo. Latem 1944 r. żołnierze niemieccy strzelali do sanitariuszek AK biegnących na pomoc rannym, a powstańcy, wychodzący gęsiego z ruin i rzucający karabiny na jedną stertę, wyglądali tak samo na niemieckich kronikach filmowych, jak w izraelskiej telewizji prezentowali się onegdaj palestyńscy obrońcy miasta Tulkarem, wychodzący z okrążenia i oddający się w niewolę zwycięskim oddziałom wyborowej dywizji Golani generała Gerszona Icchaka. Oni też rzucali kałasznikowy pod ścianę i stali z rękami podniesionymi do góry.
Wystarczało mi pamięci i nie musiałem sięgać po album zdjęć z powstania warszawskiego, żeby porównać długie szeregi palestyńskich więźniów cywilów, prowadzone przez izraelskich żołnierzy do bazy wojskowej Ofer, do warszawiaków pędzonych do obozu w Pruszkowie. Twarze pokonanych i upokorzonych zawsze są szare i zawsze wyglądają tak samo. I byli jeszcze palestyńscy więźniowie wyprowadzeni z Tulkarem i siedzący na ziemi z zawiązanymi oczami i rękoma skrępowanymi z tyłu przy pomocy izraelskiego wynalazku – plastykowych kajdanek wciskających się w przeguby. Izraelski komentator telewizyjny nie zapomniał o poczynieniu uwagi, że identycznie wyglądali żołnierze arabskich armii, wzięci do niewoli w 1967 r., podczas wojny sześciodniowej, a także jeńcy syryjscy i egipscy w czasie tzw. wojny Sądnego Dnia w roku 1973. Przypomnienie nieszczęsnej wojny Sądnego Dnia było głupawym strzałem komentatora do własnej, żydowskiej bramki, ponieważ izraelscy jeńcy, nieogoleni i w podartych mundurach też siedzieli skrępowani w podobny sposób, kiedy ich żony i matki w Izraelu starały się rozpoznać ich twarze na ekranach telewizyjnych i zdjęciach gazetowych dostarczanych przez Agencję Reutera z Kairu i Damaszku.
Zdaniem generała Gerszona Icchaka, zdobywcy otwartego miasta Tulkarem, pogromcy pobliskiego obozu uchodźców palestyńskich i dowódcy jednostki, której dotąd kibicowałem, ambulanse Czerwonego Półksiężyca zostały zniszczone wraz z załogą „za przewożenie broni i terrorystów palestyńskich”. Dziwnym zbiegiem okoliczności, panie generale, z podziurawionych jak rzeszoto ambulansów nie wywleczono ani jednego terrorysty, niech pan zatem nie kłamie, jak kłamał pan po zburzeniu domów w obozie uchodźców palestyńskich w Rafijah, które według pana „były opuszczone i niezamieszkane przez nikogo, a Palestyńczycy, starcy, kobiety i dzieci, fotografowani w nocy, na deszczu, kiedy starali się wygrzebać z ruin naczynia kuchenne, odzież i połamane meble, przywiezieni zostali na miejsce na potrzeby CNN”.
Niech pan nie potęguje mojego wstydu, panie generale, żebym nie musiał odesłać panu mojego blaszanego identyfikatora wojskowego, pamiątki z dwóch wojen Izraela i 17. lat biegania z karabinem w charakterze rezerwisty.
crx@barak-online.net

 

 

Wydanie: 11/2002

Kategorie: Świat
Tagi: Edward Elter

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy