Kłamstwo jest prawdą

Rzeczywistość zamienia się w krainę fikcji. Redaktor berlińskiej gazety, który popełnił książkę o tym, że atak na wieżowce Manhattanu był tylko wymysłem CIA, sprzedał już sto tysięcy egzemplarzy tego dzieła. Były minister poprzedniego rządu niemieckiego, pan Aleksander Buelow, wydał podobną pozycję, pod tytułem „CIA i 11 września”. W tym opasłym tomie radykalnie rozprawił się z wersją, jakoby to islamiści bin Ladena storpedowali wspomniane budynki za pomocą porwanych samolotów pasażerskich, ponadto zaś trzecim taki obiektem latającym uderzyli w Pentagon. Według wersji byłego pana ministra, rozmowy telefoniczne, jakie prowadzili z rodzinami pasażerowie trzeciego samolotu, na tle arabskich głosów, zostały sfingowane, zaś sam Pentagon doznał szkód jedynie dzięki filmowej animacji. Aczkolwiek rzetelne media po prostu wyśmiewają brednie tego rodzaju, wedle badań opinii publicznej jedna piąta (!) Niemców jest przekonana, że 11 września żadnego ataku nie było, a jeśli nawet coś tam było, to zamachowcami były amerykańskie służby specjalne.
Na ogół nie uświadamiamy sobie, że dziewięćdziesiąt procent wiedzy, jakie otrzymujemy, nie pochodzi z bezpośredniej obserwacji otoczenia i zdarzeń. Większość tego, co wiemy o zajściach na świecie, siłą rzeczy zawdzięczamy informacjom z drugiej ręki, podawanym przez telewizję, prasę czy Internet. Zresztą wspomniany autor książki „CIA i 11 września” oświadczył, że dane, na jakich opiera teorię, jakoby za wszystkimi zamachami nie stali terroryści Al Kaidy, lecz mordował Amerykanów ich własnymi samolotami amerykański wywiad, pochodzą właśnie z Internetu.
Autorzy podobnych banialuk, zarabiający pieniądze za pomocą robienia ludziom mętnej wody z mózgu, stosują systematycznie zabezpieczenia w tekstach ogłaszanych, dzięki którym nie mogą być oskarżeni o szerzenie kłamstw wyssanych z palca. Nie piszą oni mianowicie, że było tak, a nie inaczej, lecz tylko poprzedzają opisy skrytobójczych działań CIA słowami „jakoby”, „rzekomo”, a wszystkie czasowniki wyposażone są w formę warunkową. Skoro zatem nie piszą o tym, co się stało i jak naprawdę było, ale o tym, co nie wiadomo kto, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo w jaki sposób naplótł, stają się nietykalni pod względem prawnym. Zarazem szerzeniu kłamstw mogą bezkarnie zawdzięczać spore dochody, ponieważ wydawcy ich są zainteresowani wyłącznie sprzedażą książek, a nie weryfikacją prezentowanych wersji wydarzeń.
Jest to bardzo niebezpieczne wlewanie do środowiska mediów wielkiej ilości pomyj, które zdają się walczyć o pierwszeństwo z najbardziej nawet wypchaną dziwolągami science fiction. W ten sposób korzystający ze źle pojętej wolności słowa potrafią robić z ludzi idiotów, a sobie napełniać kieszenie. Jest rzeczą pouczającą, że dementowanie tych bzdur, nawet w poczytnych i opiniotwórczych pismach jak „Spiegel”, wcale nie zmniejsza pokupności takich obłąkanych książek. Jak widać z tego, nie tylko cenzura działa szkodliwie, ale równie niebezpieczna i niezdrowa społecznie może być całkowita i niekontrolowana wolność słowa.

środa, 14 sierpnia 2003

 

Wydanie: 35/2003

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy