Kłamstwo wyborcze

Prezydent RP może stracić urząd ze względu na swój stan zdrowia. Ale taki stan musi najpierw uznać Zgromadzenie Narodowe, czyli Sejm i Senat, głosując razem. Większością dwóch trzecich ustawowej liczby członków Zgromadzenia. Czy stan zdrowia obecnego prezydenta doprowadzi do tak wielkiej, wymaganej zgodności?
Oczywiście, że nie. PiS ma większość w Senacie i z koalicjantami większość w Sejmie. Stan zdrowia prezydenta pozwala mu jakoś urząd sprawować. Ku uciesze zagranicy i coraz bardziej niechętnego prezydentowi kraju.
Wszyscy już wiedzą, że wystarczy prezydenta zestresować, już swoje zdrowie i zdolności do zawodowych czynności traci. Najskuteczniej, czego dowiedli ostatnio Niemcy, zaatakować go polityczną, hardcorową satyrą. Wyobraźmy sobie, że prezydent RP, Lech Aleksander, ma jechać na spotkanie z prezydentem Putinem. Od miesięcy zapowiadane, dowodzące ogłoszonego już przez pracowników prezydenta „Przełomu” w stosunkach Polska-Rosja. Szczyt powinien odbyć się jesienią i na dwa, trzy dni przed nim w którejś z rosyjskich gazet ukazuje się antyprezydencki paszkwil. Mimo zarządzonych już w MSZ i Kancelarii Prezydenta barier w dostępie głowy państwa do stresujących lektur agent obcego wywiadu albo głęboko zakonspirowany kret poprzedniego Układu podrzuca na prezydenckie biurko ów paszkwil. Prezydent pęcznieje z oburzenia, stresuje się, układ pokarmowy odmawia mu posłuszeństwa. Do szczytu nie dochodzi, bo proponowany w zamian premier Kazik jest za granicą traktowany równie poważnie jak w Polsce.
Groteska, operetka? Tak, ale niedaleka obecnej rzeczywistości. Opinia publiczna nadal nie wie, co było powodem ostatniej prezydenckiej choroby i na co prezydent nagle zaniemógł. Dlaczego nie uczestniczył w szczycie weimarskim, dlaczego nie było go na obchodach rocznicy kieleckiego pogromu. Nie wiadomo też, czy w przyszłości nie nastąpią nawroty prezydenckiej choroby. Za to coraz liczniejsi, nawet pro-PiS-owscy publicyści polityczni przyznają, że prezydent Lech Aleksander zwyczajnie nie lubi zagranicznych wyjazdów, kontaktów międzynarodowych. Bo nie zna języków obcych. Bo nie zna Europy ani świata. Bo lubi spotkania jedynie w wąskim, kameralnym gronie ludzi, których zna, do których ma zaufanie. Wtedy jest podobno czarującym, dowcipnym, niezwykle ujmującym człowiekiem.
Niestety, kontakty międzynarodowe to ważna, znacząca część prezydenckich zajęć. Czemu liderzy PiS wysunęli kandydaturę Lecha Aleksandra Kaczyńskiego na prezydenta, skoro wiedzieli, że kontaktów międzynarodowych on zwyczajnie nie znosi? Przecież już w czasie prezydentowania miastu Warszawie Lech Aleksander robił wszystko, by wymigać się od rutynowych spotkań z ambasadorami? Spychał ten obowiązek na swych zastępców. Irytowało to ambasadorów, spekulujących, czemu prezydent Warszawy obniża rangę spotkania do poziomu wiceprezydenta miasta?
W czasie kampanii kandydat Lech Aleksander zapowiadał, że więcej czasu poświęci na sprawy kraju, może dlatego, że już wtedy przewidywał redukcję swej roli w kontaktach zagranicznych. Ale jego choroba ogranicza mu również działalność w kraju.
W czasie niemocy prezydenta gazeta „Rzeczpospolita” podsumowała inne kłamstwo wyborcze PiS – hasło „taniego państwa”. Otóż miało być 5 mld oszczędności i ich nie będzie. Będą wydatki, bo mamy najwięcej od 1990 r. ministerstw i rozrost biurokracji. Minister Ziobro obiecywał zaostrzenie kar i walkę z przestępczością. Może wprowadzić do kodeksu karnego sankcje za „kłamstwo wyborcze”? PiS aż się prosi o ukaranie.

Wydanie: 28/2006

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy