Kogo boi się Kaczyński

Kogo boi się Kaczyński

Agora, TVN, Polsat solą w oku liderów PiS

Bez echa minęła zapowiedź pozwu o ochronę dóbr osobistych wydającej „Gazetę Wyborczą” spółki Agora przeciw Jarosławowi Kaczyńskiemu. Premier w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” stwierdził, iż „związki finansowe Agory z układem oligarchicznym w Polsce też istnieją”, co wzburzyło reprezentującego interesy prawne spółki mecenasa Piotra Rogowskiego.
Podobnie rzecz się ma z przeciekami na temat niejasnych związków właścicieli: Polsatu – Zygmunta Solorza oraz ITI – Jana Wejcherta i Mariusza Waltera ze służbami specjalnymi PRL. O których podobno ma być obszernie w drugiej części raportu z likwidacji WSI przygotowanej przez Antoniego Macierewicza.
Z rozmów, które prowadziłem z politykami Prawa i Sprawiedliwości, wynika, że kierownictwo partii i rządu bardzo interesuje się historią i dniem dzisiejszym finansów największych polskich koncernów medialnych, upatrując w tym „miękkie podbrzusze” prasowych i telewizyjnych „oligarchów”.

Idź za pieniądzem

11 września br. radio RMF FM podało, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego bada okoliczności wydania koncesji dla telewizji Polsat. – Przekazałam dokumenty dotyczące Polsatu z 1994 r. To były notatki UOP. Uznałam, że zawierają interesujące informacje z uwagi na bezpieczeństwo państwa. Jedna z nich podważała podstawy finansowe działalności Zygmunta Solorza, a druga mówiła, że dysponuje on pieniędzmi mafii włoskiej – przyznała w rozmowie z RMF przewodnicząca Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, Elżbieta Kruk.
Jednak tego samego dnia rzeczniczka agencji, Magdalena Stańczyk, zaprzeczyła, by ABW zajęła się sprawą, i bąknęła coś, że „materiały, o których mówi Elżbieta Kruk, zostały przekazane innym, właściwym organom państwa”. Natychmiast pojawiły się spekulacje, że chodzić może o Agencję Wywiadu.
Cios był celny. Polsat, w przeciwieństwie do Agory, nie jest spółką giełdową i nie musi być „transparentny”. Tymczasem od lat wokół interesów Zygmunta Solorza narastały kontrowersje. Pod koniec kwietnia 2004 r. Prokuratura Rejonowa Warszawa Praga Południe umorzyła śledztwo w związku z doniesieniem współpracującej z poznańskim biznesmenem Piotrem Bykowskim firmy Pro-Market na zarząd kontrolowanego przez Solorza Invest-Banku.
Pro-Market uważała, że zarząd banku nie uwzględnił w bilansie opiewających na pół miliarda złotych weksli. Prezes Solorz zaprzeczał temu, lecz w uzasadnieniu prokuratury znalazło się zdanie, że istnienie owego zobowiązania wekslowego jest niewątpliwe.
Sprawa tych walorów, plus kłopoty kontrolowanej przez właściciela Polsatu spółki Elektrim, plus sprawa zespołu elektrowni Pątnów-Adamów-Konin, które rząd chciałby przejąć, dają w ocenie liderów PiS asumpt, by przyjrzeć się interesom „oligarchy”.
Zwłaszcza że, ich zdaniem, sam Solorz i kilku jego najbliższych współpracowników wyczerpują obowiązującą dziś w Polsce definicję agentury. W raporcie z likwidacji WSI opublikowanym w lutym br. Antoni Macierewicz stwierdził, że Polsat był inspirowany przez służby wojskowe. Oskarżył też o współpracę ze służbami wojskowymi współzałożyciela stacji, Piotra Nurowskiego, a ze służbami cywilnymi – Solorza (Polsat i Nurowski wytoczyli Macierewiczowi proces).
To nie przypadek, iż główny doradca premiera Jarosława Kaczyńskiego ds. bezpieczeństwa, prof. Andrzej Zybertowicz, poświęcił Polsatowi referat wygłoszony na zjeździe socjologów. Dowodził w nim, że jednym z ważnych źródeł sukcesów firm Zygmunta Solorza były nieformalne powiązania ze specsłużbami.
Cel tych zabiegów jest jasny. Z jednej strony – wywarcie nacisku na Polsat, by nie angażował się otwarcie w krytykę poczynań rządu PiS. Z drugiej – chodzi o lekko już zapomnianą układankę biznesową, której celem było „wejście”, a raczej przejęcie telewizji Polsat przez niemal otwarcie propisowski niemiecki koncern prasowy Axel Springer. 4 grudnia 2006 r. Niemcy parafowali umowę kupna 25,1% akcji Polsatu, Zygmunt Solorz zaś zapowiedział, że kolejne 15-20% w 2008 r. trafi na giełdę. Springer, kupując udziały w Polsacie, umocnił tym samym swoją obecność na polskim rynku, gdzie wydaje już gazety „Fakt” i „Dziennik”, tygodnik „Newsweek”, miesięcznik „Forbes” i kilka innych tytułów. Analitycy giełdowi zaczęli się zastanawiać, czy Niemcy nie zdetronizują w ten sposób Agory.
Na początku tego roku ruszyła rządowa operacja „walki z korupcją w piłce nożnej” i „układem Listkiewicza”. Tłem zmagań była kwestia praw do transmisji meczów ekstraklasy. Dziś ma je Canal+, a mógłby mieć np. Polsat Sport – czyli w przyszłości Axel Springer.
„Walka z korupcją” zakończyła się kompromitacją. Latem wydawać by się mogło, że Niemcy stracili zainteresowanie polskim rynkiem. Platforma Obywatelska dominowała w sondażach, a PiS szło w dół.
Wydawany przez Springera „Dziennik” nie wygrał bitwy o rząd dusz z „Gazetą Wyborczą”. Jego wpływy reklamowe stanowią niewielki procent tego, co pozyskuje Agora, no i zapewne niemiecki koncern musi dopłacać do gazety. Warszawę obiegły plotki, że Axel ma nawet zamiar zamknąć tytuł, lecz ostatnio wraz z widoczną dominacją PiS na scenie politycznej pojawiły się wieści, iż wszystko zostaje po staremu, a „temat przejęcia Polsatu jest nadal aktualny”.
Ostatnia decyzja prezesa Solorza o odsunięciu Tomasza Lisa od kierowania programem informacyjnym Polsatu – „Wydarzeniami” oraz przekazaniu kierownictwa nad programem redakcji TV Biznes zdaje się to potwierdzać. W TV Biznes za informacje i publicystykę odpowiada Dorota Gawryluk, mająca wyborne notowania u polityków PiS.
Kolejny ruch, jakiego możemy oczekiwać po wyborach – jeśli wygra je PiS – to zwiększenie wpływów Springera w Polsacie i powolna marginalizacja Solorza.

Orka na Agorze

W 2005 r. polskim rynkiem prasy niepodzielnie władała Agora. Dwa lata temu przychody koncernu z reklam osiągnęły 1,2 mld zł i były znacznie wyższe od przychodów Axela Springera. Niemcy mieli zaledwie 450 mln zł.
Pojawienie się na rynku w roku ubiegłym „Dziennika”, konieczność obniżenia ceny „Gazety Wyborczej” do 1,50 zł oraz nieudana próba wydawania własnej bulwarówki „Nowy Dzień” kosztowały dużo. Agora przyznała, że tylko z powodu konieczności dostosowania ceny „Wyborczej” do poziomu konkurenta jej wpływy zmniejszyły się o 100 mln zł. Do tego doszły zwiększone wydatki na reklamę.
W efekcie rok 2006 był jednym z najtrudniejszych w historii koncernu. Kurs akcji sondował dno w okolicach 30 zł, a był przecież czas, gdy płacono za nie ponad 150! Zysk Agory okazał się wręcz symboliczny, a opinie analityków domów maklerskich – delikatnie mówiąc – chłodne.
Ale spółka pokazała, na co ją stać. Od początku bieżącego roku sztandarowy produkt koncernu z ulicy Czerskiej – „Gazeta Wyborcza” – zaczął umacniać swą pozycję na rynku i choć nadal najlepiej sprzedającym się tytułem codziennym był wydawany przez Springera „Fakt” ze średnią dzienną sprzedażą ponad 488 tys. egzemplarzy, „Dziennik” tracił niemal z miesiąca na miesiąc.
W czerwcu br. średnia sprzedaż tytułu wyniosła ok. 178 tys. egzemplarzy dziennie i był to najgorszy w historii wynik. Dla porównania – w tym czasie „Gazeta Wyborcza” rozchodziła się wśród 416 tys. czytelników.
Nowy prezes Agory, Marek Sowa, który zastąpił na stanowisku Wandę Rapaczyńską, w sierpniu zapowiedział inwestycje w internet i telewizję oraz ekspansję zagraniczną. W cień usunął się Adam Michnik. Co prawda nadal jest redaktorem naczelnym, lecz realna władza w „Gazecie” przeszła w młodsze ręce.
Spodobało się to inwestorom i kurs akcji Agory ruszył w górę. Zwłaszcza że obecny rok zapowiada się rekordowo pod względem przychodów z reklam. W lipcu wpływy cennikowe „Gazety Wyborczej” wyniosły 68,8 mln zł, podczas gdy „Dziennika” zaledwie 10,3 mln zł. Przychody ze sprzedaży reklam grupy medialnej Agora wyniosły w II kwartale 230 mln zł. A wszystko to w sytuacji, gdy „Gazeta” postrzegana jest przez premiera Kaczyńskiego niemalże jako wróg publiczny numer jeden!
Siłą Agory po raz kolejny okazali się dziennikarze, którzy świetnie radzą sobie z konkurencją z „Dziennika” i „Rzeczpospolitej”. Oba te tytuły znalazły się w rękach „PiS-jonarzy” – jak nazwał ich niegdyś Tomasz Lis na łamach „Press” – publicystów o poglądach prawicowych i konserwatywnych, którzy mimo zaufania najwyższych kręgów władzy nie potrafią skutecznie przeciwstawić się „Michnikowszczyźnie”.
Nie oznacza to, że kłopoty Agory się skończyły. Janusz Kaczmarek, były minister spraw wewnętrznych i administracji, pod koniec sierpnia miał powiedzieć posłom z sejmowej Komisji Służb Specjalnych, że premier Kaczyński i minister Ziobro polecili prokuraturze i służbom przeszukiwanie archiwów. Szukano dowodów na nielegalne działania Polsatu, TVN i Agory.
Koncern z Czerskiej musi się liczyć z tym, że nieraz jeszcze będzie wskazywany przez rządzących jako siedlisko oligarchii i wszelkiego zła. Paradoksalnie owe supozycje skutecznie budują pozytywny wizerunek spółki. Mogą za to odbić się na przychodach z reklam. Wielkie koncerny, zwłaszcza te z udziałem skarbu państwa, zapewne rozważą, czy opłaca im się wspierać Agorę.
Co gorsza, gdyby plany Springera dotyczące przejęcia Polsatu zyskały mocne wsparcie prawicowego rządu, powstałby największy koncern medialny w Polsce.

TVN zbliża się

Z kręgów zbliżonych do szefa służby kontrwywiadu wojskowego, Antoniego Macierewicza, wiem, że autor raportu z likwidacji WSI interesował się związkami właścicieli telewizji TVN z tzw. służbami. Zwłaszcza w kontekście Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego. Wśród prawicowych polityków od lat krąży plotka, iż pieniądze Jana Wejcherta i Mariusza Waltera mają podejrzany rodowód. Nie jest to prawda.
Grupa ITI, w mojej ocenie, zawdzięcza swój sukces błyskotliwej inżynierii finansowej, prowadzonej często na granicy ryzyka, lecz, jak się okazuje, skutecznej. Otóż 25 listopada 2003 r. TVN sp. z o.o. z Grupy ITI sprzedała warte 235 mln euro obligacje. Termin ich wykupu upływa w 2013 r. W 2003 r. była to równowartość ponad 1,1 mld zł. Owe walory są oprocentowane na 9,5%. Przy okazji transakcji 131,5 mln euro zapłacono kontrolowanej przez Harry’ego Evansa Sloana SBS Broadcasting SA za 30,4% jego udziałów w TVN.
Innym źródłem finansowania spółek Grupy ITI, w skład której wchodzi TVN, były kredyty udzielane przez BRE Bank, na czele którego stał obecny prezes ITI, Wojciech Kostrzewa. 25 lipca 2002 r. „Rzeczpospolita” podała, że było to 130 mln zł. Moim zdaniem – więcej.
Rzecz ma związek ze spółką Optimus, którą w kwietniu 2000 r. kierowany przez Wojciecha Kostrzewę BRE Bank wspólnie ze znanym inwestorem giełdowym Zbigniewem Jakubasem nabył od Romana Kluski i jego małżonki za 261,2 mln zł.
Akcje Optimusa notowane wówczas na giełdzie kosztowały ok. 240-250 zł. Nabywcy zakładali, że uda im się „zaparkować” papiery „na krótko”, a następnie korzystając z „gorączki internetowej”, sprzedać inwestorowi strategicznemu ze znacznym zyskiem. Lecz balon internetowych spółek pękł i nowi właściciele Optimusa zostali z tracącymi z dnia na dzień walorami w ręku.
W listopadzie 2000 r. ogłoszono, że inwestorem strategicznym Optimusa zostanie notowany na giełdzie w Luksemburgu ITI Holdings. Za ok. 33% akcji, dających 70% głosów na walnym zgromadzeniu spółki, miano zapłacić rekordowe 471,5 mln zł. Prezes Kostrzewa w wywiadzie udzielonym Agencji Reutera zapewniał, że BRE Bank zarobi na tej transakcji od 70 do 100 mln zł. Czy zarobił? Raczej nie. W marcu 2001 r. strony porozumiały się, że będzie to nie 471,5 mln zł, ale 386,36 mln, a Jan Wejchert, prezes ITI Holdings, zapewniał, że interes dojdzie do skutku w założonym terminie.
Smaczek transakcji polegał na tym, że w gotówce BRE Bank otrzymał zaledwie 50 mln zł! Reszta to miały być obligacje zamienne na akcje. W ten sposób zamiast strat na akcjach Optimusa BRE Bank mógł się pochwalić niewielkim zyskiem.
Pytanie, z jakich powodów właściciele ITI weszli w ten dziwny interes, ma charakter retoryczny. Lecz nawet gdyby dziś prokuratorzy pod wodzą Zbigniewa Ziobry chcieli badać go pod kątem zgodności z prawem – nie znajdą nic. Mimo to w oczach PiS TVN świetnie rokuje jako kolejny po Prokomie, Polsacie i Agorze przykład „układu”.

Murdoch – dobry oligarcha

Jarosław Kaczyński wie, jaką wartość ma koncesja na nadawanie programu telewizyjnego. 27 czerwca br. Polskę odwiedził Rupert Murdoch, właściciel amerykańskiej telewizji FOX i jeden z największych magnatów w branży – prawdziwy „oligarcha”! Złożył wizytę u prezydenta Lecha Kaczyńskiego, zjadł kolację z premierem. Rynek medialny tego dnia obiegła wieść: TV Puls (w której udziały ma należąca do Murdocha spółka News Corporation) będzie mogła się ubiegać o nowe częstotliwości, co pozwoli jej zwiększyć zasięg i skuteczniej rywalizować z takimi gigantami jak Polsat czy TVN.
Sensacyjność informacji polega na tym, że Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji od lat twierdzi, że nie ma już wolnych pasm. Dziś wiemy, że są. I warte są setki milionów złotych! A dokładnie ile?
W 2000 r., gdy „pampersy” zbierały pieniądze na Telewizję Familijną, warszawska Kuria Ojców Franciszkanów, a konkretnie jej ekonom, o. Zdzisław Dzido, dysponowała dokumentem pt. „Wycena wartości rynkowej koncesji na emisję programu telewizyjnego o charakterze familijnym na dzień 31 grudnia 1998 roku” autorstwa renomowanej firmy audytorskiej PricewaterhouseCoopers. Zdaniem jej ekspertów, dziewięć lat temu Telewizja Familijna warta była aż 383,5 mln zł!
TV Puls to w prostej linii spadkobierca Telewizji Familijnej. Administracyjna decyzja KRRiTV o przyznaniu stacji dodatkowych częstotliwości zwiększy z dnia na dzień wartość stacji o setki milionów złotych. Wiedzą o tym właściciele TVN i Polsatu, wie gromiący „oligarchów” premier. I wie Rupert Murdoch.

Tzw. wolne media

Liderzy PiS, a zwłaszcza Jarosław Kaczyński, są przekonani, że mediami da się sterować ręcznie. Że przy ich pomocy można wygrywać wybory i rządzić latami. W imię budowy IV RP zawłaszczyli media publiczne, pomogli prawicowym publicystom zająć dwie duże redakcje gazet codziennych, spotykają się z Rupertem Murdochem… Wygląda na to, że w ich rozumieniu „wolność słowa” jest przywilejem polityków i nadawców, a nie dziennikarzy, telewidzów i czytelników. Media zaś należy traktować jak formacje polityczne – w ich oczach, obok PO, Lewicy i Demokratów czy Polskiego Stronnictwa Ludowego mamy też „partie” Springera, Michnika, Solorza i Waltera.
Nawet obecne kłopoty Ryszarda Krauzego mogą mieć podłoże medialne. Wszak dawny towarzysz partyjny Jarosława Kaczyńskiego, Wiesław Walendziak, zatrudniony w Prokom Investments na stanowisku wiceprezesa, jest jednocześnie prezesem spółki Polski Operator Telewizyjny, która chce tworzyć sieć nadajników naziemnej telewizji cyfrowej. W tym roku, 31 maja, POT uruchomił emisje testowe z dwóch nadajników DVB-T z dwóch lokalizacji – RTCN PKiN Warszawa na kanale 55 i RTCN Śrem na kanale 23.
Telewizja cyfrowa to wielka przyszłość. Ten, kto zajmie na rynku pozycję dominującą, zarobi miliardy. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś doszedł do wniosku, że Krauze i Walendziak nie są dostatecznie „godni”, by parać się tym biznesem. Bo zdaniem Prawa i Sprawiedliwości, „oligarchowie” nie mają czego szukać nad Wisłą. Chyba że pochodzą z Australii.

 

Wydanie: 39/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy