Feministyczny problem Nowej Lewicy

Feministyczny problem Nowej Lewicy

Lewica sięgała po kobiety w czasach kryzysu, ale nie wywiązywała się z obietnic oddania im większej władzy w ugrupowaniu

To kobiety mają wyciągnąć Nową Lewicę z kryzysu. A przynajmniej chce w to wierzyć partia, która boryka się z kryzysem przywództwa i ma problem z poparciem w sondażach – zatrzymało się na 7-8% i nie chce rosnąć. Czy jednak pomysł postawienia na kobiety, polityczki i wyborczynie, rozwiązuje problemy Nowej Lewicy, czy tylko rzuca na nie jeszcze ostrzejsze światło? Dobre pytanie.

Dziś parlamentarzystki wszystkich trzech ugrupowań koalicyjnych lewicy, łącznie dziesiątka, jeżdżą po Polsce i odwiedzają mniejsze miasta pod hasłem „Zrobimy to lepiej!”. Posłanki Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, Paulina Matysiak, Katarzyna Kotula czy wicemarszałkni Senatu Gabriela Morawska-Stanecka obiecują w piknikowej atmosferze rozmawiać z Polakami o ważnych sprawach. Ot, plan na kampanię w sezonie ogórkowym. To kolejny, po konwencji programowej prowadzonej wyłącznie przez kobiety, pomysł Nowej Lewicy z tego nurtu. Merytoryczne polityczki, zajmujące się prawdziwymi problemami, mają przeczyć wizerunkowi partii, która zajmuje się wyłącznie sprawami tożsamościowymi, a na jej szczytach trwa walka samców o władzę.

Jednak geneza pomysłu na wakacyjny piknik jest mało przyjemna. Nowa Lewica wystawiła kobiety do pierwszego szeregu, by przykryć wywiad Gabrieli Morawskiej-Staneckiej dla „Gazety Wyborczej”, w którym ta oskarżała przewodniczącego Czarzastego o werbalną przemoc i groźby. Wtedy lewicowe polityczki, także te, które dziś razem z Morawską-Stanecką jeżdżą po Polsce, nie domagały się dymisji czy kary dla przewodniczącego. Samokrytyka Nowej Lewicy ograniczyła się do lakonicznych sformułowań o tym, że „nie ma zgody na seksizm”. Czarzasty przetrwał tamten wizerunkowy kryzys, tak jak na razie radzi sobie z buntem w partii. A złośliwy los chciał, że polityczki wywodzące się z Wiosny i Razem w sporze o kierownictwo i zjednoczenie Nowej Lewicy znalazły się w obozie, który gra na Czarzastego i jego zwycięstwo. I w ten sposób lewicowe polityczki, choć udzielają mediom wywiadów, w których obiecują nowy format kobiecego liderstwa, fotografują się potem w trasie z Markiem Dyduchem czy Andrzejem Szejną. Czyli sojusznikami Czarzastego, od których z kolei próbują się odcinać, gdy są zapraszane do studia TVN 24 czy TOK FM. To wszystko zaś w kontekście sondaży mówiących o radykalnym wzroście poparcia dla lewicy wśród kobiet i gdy badania potwierdzają, że elektorat lewicy od kilku lat się feminizuje.

Nowa Lewica znalazła się w feministycznej pułapce, którą sama na siebie zastawiła, z pomocą życzliwych jej publicystów. Partia widzi, że największe szanse na sukces wiążą się z postawieniem na młodych wyborców, przede wszystkim na młode kobiety. Jednocześnie kolejny rok z rzędu promuje mężczyzn, często niemłodych. Lewicą rządzą Czarzasty, Zandberg i Biedroń. Ten ostatni był także kandydatem na prezydenta, a gdy przyszło zaprezentować Polsce własną propozycję rzecznika praw obywatelskich, wystawiono Piotra Ikonowicza. A nie np. Agatę Nosal-Ikonowicz. W wyborach na przewodniczącego obie frakcje przedstawią kandydatury mężczyzn, znów Biedronia i Czarzastego.

Były premier Leszek Miller, który publicznie gra na osłabienie Czarzastego, siedzi w Brukseli i zaśmiewa się w głos. „Podziwiam panie z lewicy, bo nie boją się ścierać z policją na ulicach, ale w partii jak duży kocur prychnął, to myszki się rozbiegły”, drwił w wywiadzie dla Gazeta.pl. Dziś każdemu, nie tylko Millerowi, łatwo wytknąć Nowej Lewicy hipokryzję, bo publiczne deklaracje posłanek i posłów nie pokrywają się z rzeczywistością. Lewica kilkakrotnie sięgała po kobiety w czasach kryzysu – gdy trzeba było ratować wizerunek partii w trakcie kampanii prezydenckiej Biedronia albo teraz – ale nigdy nie wywiązywała się z obietnic oddania im większej władzy w ugrupowaniu.

Lewicowe publicystki i publicyści, zakochani w Agnieszce Dziemianowicz-Bąk czy Paulinie Matysiak, tylko im szkodzą. Tworzą fałszywy wizerunek wpływowych polityczek, które są gotowe objąć najważniejsze stanowiska nie tylko w partii, ale i w państwie. Ich sympatycy czytają takie teksty, a potem są rozczarowani, gdy się okazuje, że to nie Dziemianowicz-Bąk gra pierwsze skrzypce w partii.

Na razie im bardziej Nowa Lewica mówi, że stawia na kobiety, tym więcej ludzi widzi, że ma z tym problem.

j.dymek@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Piotr Molęcki/East News

Wydanie: 33/2021

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy