Komedie w ulewie skąpane

Komedie w ulewie skąpane

XII Ogólnopolski Festiwal Filmów Komediowych w Lubomierzu

Nie było organizatorom festiwalu polskich komedii w Lubomierzu do śmiechu w tym roku, kiedy pracowicie przygotowywane święto dobrego humoru w miasteczku Kargula i Pawlaka z „Samych Swoich” tonęło w deszczu. Jeszcze w czwartek pierwsi goście zdążyli zobaczyć miasto, scenę, kina i dziesiątki szykujących się atrakcji towarzyszących XII Ogólnopolskiemu Festiwalowi Filmów Komediowych (14-17 sierpnia) w słońcu. Od piątku, święta „cudu nad Wisłą”, wzdychano do rozlicznych miejscowych patronów w procesji odpustowej, licząc na cud pogodowy. Pastelowe kamieniczki, urodą i malarskością nieustępujące Kazimierzowi Dolnemu nad Wisłą, zamokły. Spływały strugami wody kocie łby na rynku, przyrdzewiały hełm wieży zegarowej miejskiego ratusza, znany z komedii Sylwestra Chęcińskiego „Sami swoi”, obmywały przez dwie doby hektolitry deszczu. – Festiwal jest cudem, to zryw powstańczy kilkudziesięciu wolontariuszy, dziesięciu organizatorów, pracujących dla idei od końca każdego poprzedniego festiwalu – mówi dyrektor artystyczny imprezy, Daniel Antosik, na co dzień dziennikarz i fotografik. Dwa tygodnie przed festiwalem

stracił głos,

Ewa i Tomasz, dwoje wolontariuszy asystentów, mówiło za niego. Pięcioletni syn Stasiek, kiedy złapał ojca, wtulał się i nie chciał stęskniony wypuścić, podczas gdy mama Ewa, pierwsza skrzypaczka Filharmonii Dolnośląskiej, między obsługą festiwalowych działań próbowała do uroczystego koncertu muzyki filmowej, zamykającego lubomierski festiwal.
Na Ołtarzu Kina w galerii Za Miedzą, którą Antosikowie prowadzą w XIX-wiecznym dawnym kościele ewangelickim w Lubomierzu, złożyli „swoje ofiary” festiwalowi goście i gwiazdy, spotykając się z publicznością, rozmawiając i rozdając autografy. Andrzej Grabowski, ulubieniec publiczności z zeszłego roku, dopiero teraz miał czas, by wpaść do Lubomierza po swój Kryształowy Granat. Joanna Trzepiecińska nagrodę dla najlepszej komediowej aktorki odebrała od razu – w ulewną sobotę na scenie na rynku. Publiczność, zmoczona do ostatniej folii w mieście, bo przeciwdeszczowe peleryny a 2 zł zostały jeszcze w piątek wykupione w całej okolicy, odwiedzała wiernie kino Raj, salę teatralną w części dawnego XIII-wiecznego klasztoru i galerię Za Miedzą. Bawiono się na dziesiątkach polskich komedii: produkcji „zależnych”, niezależnych, pokazach konkursowych i specjalnych.

Ci, co nie dali się deszczowi,

wędrowali po Lubomierzu w kapeluszach a la kowbojskie, jedli, pili, bawili się na koncercie Piersi i Pawła Kukiza i kabaretowej nocy ze szpicą polskich artystów. Mogli przyjrzeć się polskim aktorom w Filmowym Zaułku, położonym poniżej Muzeum Samych Swoich na ulicy Wacława Kowalskiego pod numerem 1. Aktorzy – tym razem Joanna Trzepiecińska i Piotr Skarga – odsłaniali marmurowe tabliczki ze swoimi nazwiskami. Delicje konsumowali widzowie wieczorami w Za Miedzą: koncert Strasznych Panów Trzech, świetnych polskich jazzmanów (Jagodziński, Łukasik, Szrom), oraz surrealistyczny i wzruszający Kabaret Olbrzymów Teatru Cinema. Ulotny, piękny interpretacyjnie, muzycznie niezwykły wieczór podarowała Joanna Trzepiecińska wespół z wybitnym jazzowym pianistą Bogdanem Hołownią. Do piosenek z Kabaretu Starszych Panów i nie tylko dorzucili filozoficzne półżarty, sympatię dla widzów i zrozumienie dla dzwoniącego telefonu komórkowego – wokaliza aktorki do dźwięku telefonu pokazała jej umuzykalnienie i dowcip. Pojawił się też Szekspir z sonetami w wykonaniu Chwili dla Willa. Nie zawiódł, jak zwykle, odtwórca słynnego Witii w „Samych swoich” i kolejnych częściach tryptyku Sylwestra Chęcińskiego, co to na kocie wrócił z targu, Jerzy Janeczek, oraz najstarszy polski czynny operator filmowy, Andrzej Ramlau, autor zdjęć do „Samych swoich”, wykładowca katowickiej filmówki. Razem z nimi Marzena Sztuka-Kipiel, Wojciech Dąbrowski i Dariusz Gnatowski szaleli na estradzie w konkursie między „swojakami” a aktorami w wieprza upolowaniu i smalcu przygotowaniu, warchlaków sprzedawaniu,

kabana pastowaniu

i ziemi workowaniu. W dogrywce, czyli w świni chrząkaniu, aktorzy w walce, o świński ryj zresztą, zwyciężyli.
Sobotnia „tortowa wojna” z udziałem 12 osób, w tym dyrekcji festiwalu i fanów słodkich pocisków, spływała deszczem i białymi kremami, bardzo smacznymi, z ciał i peleryn wojowników. W niedzielę łaskawie zaświeciło słońce, miasteczko polskiej komedii, Lubomierz, polskie Hollywood, pokazało w pełni urodę, a świński ryjek z plakatu festiwalowego przeciskał się już suchy między szczeblami z taśmy filmowej.
Twórcy filmów to festiwalowi „dostawcy wrażeń”, jak pięknie o sobie czytali na kartach akredytacyjnych. Pięciu jurorom deszcz specjalnie nie przeszkadzał, i tak siedzieli w kinie w ciemnościach, oglądając polskie kino komediowe. Pod wodzą wybitnego polskiego krytyka, Andrzeja Kołodyńskiego, od lat szefa miesięcznika „Kino”, autora książek o zjawiskach kina i tłumaczeń, fachowca również od horrorów i fenomenu kina Bollywood, Ogólnopolski Festiwal Filmów Komediowych zakończył się następującym werdyktem: Złoty Granat trafił do Piotra Matwiejczyka za „Kup teraz”, Srebrny Granat do Łukasza Palkowskiego za „Rezerwat”, a Brązowy – dla debiutanta w pełnym metrażu, Łukasza Kasprzykowskiego, za film „Jan z drzewa”. A wszystko to działo się również pod patronatem „Przeglądu”.

 

Wydanie: 35/2008

Kategorie: Kultura
Tagi: Beata Dżon

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy