Szekspir jest milczeniem

Szekspir jest milczeniem

Przenieść Szekspira na ekran tak po prostu? Nie da się. Każda ekranizacja to już interpretacja. Zwykle nudna i głupia. Nie szkodzi! Na klasyka rzucają się nowi śmiałkowie

Na ekrany wchodzi właśnie „Makbet” inscenizowany przez australijskiego reżysera Justina Kurzela z Michaelem Fassbenderem. Co obiecuje? Przez pierwszy kwadrans rozmach „Braveheart” (ostatecznie ta sama Szkocja). Sceny ostro cięte, jest slow motion – gdyby latały kule, toby pewnie przystawały w powietrzu. Taka moda. Po czym okazuje się, że scenom masowym bliżej jednak do „Gry o tron”. Bo gdy u Szekspira słała się mgła i gęstniał mrok, oznaczało to tajemnicę. A tutaj to tylko zmiana warunków meteorologicznych. W ślad za tym podąża tytułowy bohater. W tekście źródłowym miotały nim kolejno: żądza władzy, mord i wyrzuty sumienia. Tu nic nim nie miota. Fassbender monologuje z coraz bardziej ponurą miną, jakby popadał w byronowską melancholię. Albo w kliniczną depresję. Dramatu moralnego nie uświadczysz. Nie napiszę, że film trwa 153 minuty, bo to nieprawda. On się ciągnie przez prawie trzy godziny.

Makbet unplugged

A przecież tegoroczny „Makbet” jest co najmniej 35. „Makbetem” na ekranach. To i tak niewiele w porównaniu z 50 „Romeami” i 80 „Hamletami”. Więc to tylko cegiełka w gmachu ekranizacji szekspirowskich wznoszonym od 120 lat. Na każdy nowy film dobrze byłoby mieć świeży pomysł, żeby nie kręcić bryku dla gimnazjalistów. Że nie takie to proste, świadczą choćby polskie przykłady.
Jeden tylko Andrzej Wajda do „Makbeta” startował kilka razy, w tym dwukrotnie z kamerą. W 1961 r., u szczytu formy, jako cudowne dziecko „polskiej szkoły filmowej”, nakręcił „Powiatową lady Makbet”. Wspomógł się opowiadaniem Nikołaja Leskowa oraz jugosłowiańską ekipą filmową. Nie na wiele to się zdało: „W pracy nad »Powiatową lady Makbet« brak mi było wyraźnego pomysłu, filmowego chwytu”.

Szkoda, bo nieźle się zapowiadało. Makbet to świniopas, który wychędożył córkę zamożnego gospodarza, a jej się od tego przejaśniło. Powstawszy z betów, zgładziła teścia satrapę trutką na szczury, a męża rzuciła na pożarcie świniom. Gładko poszło. Gorzej, że jej awansowany świniopas nie poczuwał się do głównego miejsca za stołem. Wyszedł z chlewa i tam rad był wrócić. A jeszcze gorzej, że świniopas okazał się świnią. Baba, która ciągle popychała go w górę, zaczęła go wkurzać. Wziął więc sobie taką, co niczego od niego nie chciała. Ot i cała parafraza! Opowiedziane kroczek po kroczku, wykładniczo, no i zabrakło napięcia, prądu. Niemal czuje się, że to rosyjska wieś sto lat przed elektryfikacją.

Osiem lat po opisywanych wypadkach Wajda do roli Makbeta w Teatrze Telewizji wypożyczył sobie Tadeusza Łomnickiego. A na jego żonę Magdę Zawadzką. I widz miał uwierzyć, że Zawadzka jest demonem zła, podczas gdy wszyscy wiedzieli, że to Baśka z „Pana Wołodyjowskiego”. Zwłaszcza że Łomnicki był tuż. I byłby niechybnie identyfikowany jako Wołodyjowski, gdyby nie ta kozia bródka starszego kancelisty. Skutkiem tego został więc zidentyfikowany prawidłowo jako Henryk Sienkiewicz.

Jedyny zauważony przez świat „Makbet” (i Szekspir w ogóle), który wyszedł spod polskiej ręki, to „Tragedia Makbeta” (1971) Romana Polańskiego. Jego Szkocja – kraina tańca, zabawy i biesiad – mieni się kolorami jak średniowieczny gobelin. Ludzie tu mili, życzliwi, rubaszni. Do czasu. Bo szybko się okazuje, że to marionetki w rękach demonów, które czają się po okolicznych jaskiniach. Z tym że demony to nie ujmujące w sumie wiedźmy od dziadka Szekspira, które ostrzegają przed nieszczęściem, a potem rozwiewają się we mgle. To twardzi dyktatorzy w typie Hitlera i Stalina. Wskazują, kogo, kiedy i jak zabić, a gdy zabójca wykona robotę, pozbywają się go jak śmiecia. Żadnego przebaczenia, przywracania ładu moralnego jak u klasyka. Szekspir swoje, a Polański swoje.

Strony: 1 2 3

Wydanie: 48/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy