Komputer czy ordinateur?

Komputer czy ordinateur?

Francuzi rozpaczliwie walczą z inwazją angielskiego. Niemcy już skapitulowali

Emeryt Claude Koch rozsierdził się nie na żarty. W jednym z paryskich domów towarowych wytropił ekspres do kawy z etykietą “Made in Poland”. Później, w bistro, kelner wręczył mu jako prezent długopis z chińskim napisem. Claude skrupulatnie zanotował te “szokujące incydenty” w notatniku i złożył “zawiadomienie o przestępstwie” w Inspektoracie Gospodarczym.
Czujny emeryt jest członkiem ruchu “Le droit de comprendre”, (“Prawo do Rozumienia”), liczącego około 6 tys. “patriotów”. Aktywiści tej organizacji pilnie baczą, aby ustawa o języku francuskim była należycie przestrzegana. Prawo to wprowadzone zostało latem 1994 r. z inicjatywy ówczesnego ministra kultury, Jacquesa Toubona. Minister, zwłaszcza w krajach anglosaskich, zdobył smutną sławę fanatycznego purysty. Pewnego razu oświadczył nawet: “Język francuski musi mieć pierwszeństwo nawet, jeśli ktoś nie ma nic do powiedzenia”. “Loi Toubon”, czyli

prawo Toubona,

nakazuje używanie języka francuskiego w mediach i w reklamach. Angielskie slogany reklamowe muszą być tłumaczone – literami tej samej wielkości. Rozgłośnie radiowe zostały zobowiązane do nadawania przynajmniej 40% francuskich piosenek. Językoznawcy z Akademii Francuskiej pracowicie wymyślali rodzime słowa, które powinny zastąpić cudzoziemskie terminy. Tak więc restauracja Fast Food nazywa się teraz “restauration rapide”, walkman – “balladeur”, a faks – “telecopie”. Nawet “komputer”, występujący w prawie wszystkich językach świata, nad Sekwaną to “ordinateur”. Zapał strażników ojczystej mowy nie zawsze przynosił oczekiwane rezultaty. Niektóre, zaproponowane przez Akademię Francuską, słowne dziwolągi wywołały drwiny. Jak bowiem nie śmiać się, mówiąc “mais soufflé” (rozdęta kukurydza) zamiast “popcorn”?
Aby pobudzić językowy patriotyzm Francuzów, literaci i profesorowie założyli w 1996 r. inicjatywę “Prawo do Rozumienia”, która została uznana za stowarzyszenie użyteczności publicznej i uzyskuje państwowe dotacje. Członkowie tej organizacji doprowadzili do wszczęcia 1200 postępowań karnych. W ich wyniku skazano 15 wielkich przedsiębiorstw na wysokie grzywny. Winowajcy odmówili bowiem przetłumaczenia na francuski haseł reklamowych, znakomicie brzmiących jedynie po angielsku, jak “DO YOU YAHOO? ”, amerykańskiej firmy Yahoo, oferującej przeglądarkę internetową. Internet (przepraszam – “le réseau internationale”) jest solą w oku dla strażników języka znad Sekwany. W globalnej sieci króluje angielski. Pojawiły się więc radykalne projekty, by umożliwić Francuzom dostęp tylko do tych serwerów, które przynajmniej 30% swych stron oferują w ich ojczystym języku. Te mocno pachnące cenzurą zapędy nie zostały zrealizowane, za to stowarzyszenie podało do sądu amerykański uniwersytet Georgia Tech., mający filię w Metzu w Lotaryngii. Na uczelni tej studiują młodzi ludzie z 22 krajów. Tylko dla 1/3 z nich francuski jest językiem ojczystym. Oskarżyciele domagali się jednak, aby internetowa strona uniwersytetu sporządzona została w języku Balzaka. Sprawa przeszła

przez wszystkie instancje

aż do Sądu Kasacyjnego. Rektor uniwersytetu, Hans Püttgen, uznał proces za czystą szykanę. “Nasza strona internetowa zaadresowana jest do odbiorców na całym świecie. Daremnie usiłowałem wytłumaczyć francuskim sędziom, że Internet jest medium nie związanym z terytorium narodowym”. Ostatecznie do wyroku nie doszło z powodu błędów w procedurze.
O ile Francuzi rozpaczliwie usiłują przeciwstawić się inwazji anglicyzmów, o tyle Niemcy już skapitulowali. “Nasi wschodni sąsiedzi nie mają szacunku dla języka Goethego. Język niemiecki został pożarty przez angielski. Nad Łabą szaleje wirus Denglish”, napisał złośliwie “Le Figaro”. (Denglish, czyli nowy język, będący połączeniem angielskiego z niemieckim). I rzeczywiście, słowa angielskie przyjmują się nad Renem błyskawicznie.

Nawet kanclerz Schröder,

podobnie jak Bill Clinton, mówi “jobs”, mając na myśli miejsca pracy.
Rodzinna telewizja, Super RTL, nadaje reklamę lalek Barbie w modelowym języku denglish: Diese GIRLS sind echt COOL, jede ist ein STAR (coś jak: te dziewczyny są naprawdę szałowe, każda jest gwiazdą). Autor tego artykułu, nie będący bynajmniej fanatykiem czystości języka, zdębiał, przeczytawszy w “Der Spiegel”, że prezydent Clinton “jeten”. Oto dziennikarz “Spiegla” radośnie utworzył nowe słowo – “jeten”, pochodzące od angielskiego “jet” czyli odrzutowiec. Chodziło o to, że Clinton leciał samolotem… Niemcy tak uwielbiają obce wyrazy, że wymyślają na wzór angielski słowa, których w prawdziwym angielskim nie ma. Tak np. telefon komórkowy nad Łabą to “handy”, podczas gdy w USA nazywa się “cellular phone”.
W RFN istnieje wprawdzie Stowarzyszenie na rzecz Zachowania Języka Niemieckiego, ale władze nie popierają jego wysiłków, bowiem, zdaniem wielu Niemców, walka z inwazją obcych słów nie ma sensu. “Po raz pierwszy w dziejach ludność świata ma swoją lingua franca, (język powszechny), a jest nią angielski. To prawda, że liczba terminów anglosaskich w niemieckim słownictwie wzrasta we wszystkich dziedzinach, ale komu to szkodzi? To proces naturalny, dotyczący także innych języków”, mówi profesor germanistyki, Rudolf Hoberg z Wiesbaden.

 

Wydanie: 20/2000

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy