Komputer e-przyszłości

Komputer e-przyszłości

Wszystko to, z czym będziemy mieć do czynienia w przyszłości, będzie jedynie udoskonaloną wersją tego, co już znamy

Za każdym razem, gdy na świecie pojawiało się nowe medium, “tradycyjnym” metodom komunikacji wróżono rychły koniec. Wynalazek druku raz na zawsze położyć miał kres mozolnej pracy benedyktynów, telefon unicestwić miał wiekową tradycję epistoły, początek ery radia wyznaczać miał koniec ery prasy, podobnie jak początek ery telewizji wyznaczać miał koniec ery radia. Do dziś tymczasem posługujemy się piórem, telefon to wciąż nie to samo, co list i zarówno radio, jak i telewizja mają się całkiem dobrze. Czy jest więc coś, co pozwalałoby nam, wraz z nadejściem “nowej e-ry”, ogłosić koniec tradycyjnych form komunikacji?
Trzeba być ostrożnym w roztaczaniu apokaliptycznych wizji, gdyż każda z owych form posiada swe indywidualne zalety. Prasa to

miejsce rzeczowej analizy,

radio to medium kameralne i jednocześnie niezwykle elastyczne, natomiast telewizja to wszechobecny przepych i bombastyczność. Wierne rzesze ich fanów są najlepszym dowodem na to, iż oferują one to, czego ludzie oczekują. Nie jest jednak powiedziane, iż e-przyszłość nie może zaoferować im tego samego. Już dziś, jak grzyby po deszczu, wyrastają internetowe rozgłośnie radiowe i stacje telewizyjne, oferujące wszystko to, co ich tradycyjne odpowiedniki, tyle że znacznie więcej.
Można wyobrazić sobie, iż, gdy tylko przepustowość sieci na to pozwoli, podobnie jak sieci kablowe wyparły drut z balkonów, zintegrowane sieci komputerowe wyprą z naszych domów nie tylko klasyczne komputery PC, ale i telewizory, radioodbiorniki i telefony. Zastąpią je tanie terminale, wyposażone jedynie w kartę sieciową i podstawowe urządzenia peryferyjne (monitor, klawiatura, mysz, głośniki, drukarka etc.), całością zadań obliczeniowych obarczające centralny (osiedlowy, miejski) serwer. Rozwiązanie takie posiada wiele zalet: użytkownik korzysta zawsze z najnowszych, znajdujących się na serwerze wersji oprogramowania, zniknąłby problem niewystarczającej mocy obliczeniowej procesorów (do terminala docierałyby jedynie dane finalne: obraz, dźwięk oraz ewentualnie dane wyjściowe dla np. drukarki) czy braku przestrzeni dyskowej. Wszystko to klient otrzymywałby za cenę porównywalną z miesięcznymi kosztami abonamentu sieci kablowej, co, zważywszy na to, iż terminal ten byłby jednocześnie odbiornikiem radiowo-telewizyjnym i aparatem telefonicznym, byłoby rozwiązaniem niezwykle oszczędnym. W “jednym pudełku” zamykałyby się funkcje wielu urządzeń (…). Producenci oprogramowania otrzymywaliby tantiemy uzależnione od popularności oraz stopnia złożoności ich produktu (inne dla twórców gier, inne dla twórców

specjalistycznego oprogramowania

np. typu CAD), tak, by produkcja ich kolejnych wersji była opłacalna. Położyłoby to raz na zawsze kres pladze piractwa, pozwalając jednocześnie na bardzo ścisłe tworzenie profili użytkownika, dających bardzo dokładny obraz oczekiwań klientów.
Wydaje się, iż to czysta futurologia, wystarczy jednak, iż przełamana zostanie magiczna bariera przepustowości sieci (maksymalna ilość danych przesyłanych do pojedynczego terminala byłaby stała, plus niewielki margines dla danych wysyłanych do drukarki czy ze skanera) i mocy obliczeniowych superserwerów, a wizja ta stać się może wcale nie taka odległa. Podobna propozycja, dotycząca terminali internetowych, jaką przed kilku laty wysunął “informatyczny guru”, Larry Ellison (założyciel i prezes firmy Oracle), nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem. Dlaczego? Być może sam Internet to za mało; być może, choć branża informatyczna to wciąż stosunkowo młoda gałąź rynku, możemy mówić o pewnych przyzwyczajeniach, które w przyszłości trudno może być przełamać…
O ile więc “forma sprzętu”, w jakiej w przyszłości otrzymywać będziemy dane, jest wciąż sprawą otwartą, o tyle kwestia “formy treści” wydaje się być rozstrzygnięta. Kończą się zmysły, na które media są w stanie oddziaływać: komputery angażują wzrok i słuch, wirtualna rzeczywistość wspomagana przez aktywne manipulatory dogadza zmysłowi dotyku; pojawiają się nawet pierwsze próby cyfrowej transmisji zapachu. Cóż więc jeszcze byłoby w stanie nas zaskoczyć? Wydaje się, że niewiele, przeto można by wysnuć śmiałą tezę, iż wszystko to, z czym będziemy mieć do czynienia w przyszłości, będzie jedynie udoskonaloną wersją tego, co już dziś dobrze znamy. Pewne rzeczy stać się mogą bardziej poręczne czy zwyczajnie ładniejsze; to, jakie będą i do czego dałoby się je wykorzystać, już dziś jest jednak dość dokładnie przewidywalne…
Tak więc już niedługo meksykański pracownik australijskiego działu słoweńskiej firmy e-future.com, który swego bezpośredniego zwierzchnika, Boliwijczyka, w życiu

na oczy nie widział,

siedząc przez 8 godzin dziennie przed monitorem swego domowego e-terminala, zajmować się będzie opracowywaniem baz danych dla etiopskiej fermy drobiu e-chicken. Po południu oddawać się będzie swej ulubionej rozrywce – grze w Quake’a 536 – oraz osobliwemu hobby, jakim jest kolekcjonowanie starych systemów operacyjnych. Szczególną pozycję w jego zbiorach zajmuje egzemplarz z serii Windows 95 z rzadkim błędem ograniczenia wielkości pliku do 500 megabajtów. Interesujące hobby…
E-przyszłość? Byle nie e-para-noja…

Wojciech Fenrich, II miejsce w konkursie w kategorii uczniów szkół średnich

Wydanie: 18/2001

Kategorie: Nauka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy