Końskim targiem

Końskim targiem

Od 600 lat do Skaryszewa zjeżdżają handlarze końmi

– Dwa trzysta – mówi zdecydowanie sprzedawca konia. – Dwa – targuje się kupujący i z dużą siłą uderza otwartą dłonią w jego dłoń. Rolnik przez chwilę waha się, ale na dłuższe zastanowienie nie pozwala mu tłum, który już zdążył zebrać się wokół nich i niecierpliwi się. W końcu dochodzi do ugody, a sprzedający i nabywca przybijają jeszcze raz, ostatecznie, ręka w rękę. W tym roku na skaryszewskich targach koni doszło do ponad 400 transakcji tego typu.

W poniedziałek po wstępnej niedzieli

Dwudniowe targi końskie w podradomskim Skaryszewie nazywa się często także wstępami, bo zaczynają się w poniedziałek po wstępnej niedzieli, czyli pierwszej po środzie popielcowej. Mają swoją wielowiekową tradycję, bo już w 1433 r. Władysław Jagiełło nadał Skaryszewowi lokację na prawie magdeburskim i zezwolił na organizowanie końskiego targu. Od tamtego czasu co roku do miasta przyjeżdżają hodowcy i handlarze z całej Polski, a od kilku lat także z zagranicy, głównie z Włoch, Niemiec i Holandii.
– W tym roku na sprzedaż wystawiono ponad tysiąc koni – mówi Józef Witold Nagrodzki, burmistrz Skaryszewa. – Cudzoziemcy kupują zwierzęta przede wszystkim na rzeź, choć na obecnych targach wzrosła liczba sprzedawanych kucyków i koni do hippiki.

Włos z grzywy

Pierwsi handlarze przybywają do miasteczka już ok. godz. 3 nad ranem, bo chcą zająć jak najlepsze miejsca. Potem rozstawiają się właściciele straganów, od których można kupić nie tylko akcesoria końskie, ale także wyroby rękodzieła ludowego (dominują oczywiście drewniane koniki!), rzemiosło kowalskie oraz kasety… z najnowszymi przebojami disco. O godz. 10, gdy następuje oficjalne otwarcie targów, na wąskich uliczkach Skaryszewa panuje już prawdziwy tłok. Na scenie zaczynają się występy zespołów folklorystycznych, ale mało kto przysłuchuje się muzyce. Najważniejsze są przecież konie. Stoją jeden obok drugiego, podobne do siebie, bo przeważają konie rasy zimnokrwistej. Są też jednak wśród nich wielkopolskie, małopolskie i półkrwi szlachetne. Wszystkie mają duże zady i mocno umięśnione szyje, na które spadają dorodne grzywy. Zaczyna się handel. Sprzedawcy zachwalają towar, kupujący zaglądają zwierzętom w zęby, obserwują ich chód, temperament i dobijają targu.
Słychać krzyki, nawoływania i co chwila charakterystyczny odgłos klaśnięcia dłoni o dłoń – najpewniejszy znak, że transakcja zakończyła się sukcesem.

Gorzałka na wozie

Większość kupców, którzy uczestniczą w targach, stara się przestrzegać skaryszewskich tradycji. Nikogo nie dziwi wyrywanie pojedynczego włosa z ogona lub grzywy konia na znak jego nabycia. Prawie nikt nie przepuszcza również okazji do tzw. litkupa – dawny zwyczaj nakazywał kupującemu postawić sprzedawcy chłopską gorzałkę. Współcześnie kończy się na wypiciu od razu na wozie lub później w lokalu ogólnie dostępnych trunków alkoholowych.
– Pilnujemy, by targi przebiegały w odpowiedniej atmosferze. Na naszej imprezie można nie tylko kupić konia, ale również obejrzeć przygotowany program artystyczny czy zjeść tradycyjne, polskie potrawy – zachwala Józef Nagrodzki.
Najdroższy podczas tegorocznych targów okazał się ogier zarodowy, którego sprzedano za 12 tys. zł. Czeroletnie konie można już było kupić za 8 tys. zł, klacze za 4 tys. zł, kuce za 3,5-2,5 tys. zł, a źrebaki za nie więcej niż tysiąc złotych. Bardziej niż w latach ubiegłych zadbano o zaplecze weterynaryjne. Wjazdu do miasta strzegły cztery bramki, przy których sześciu lekarzy sprawdzało świadectwa zdrowia i pochodzenia zwierząt. Na głównym placu targowym postawiono też cztery rampy do załadunku koni.
– Czuwamy nad bezpieczeństwem i humanitarnym traktowaniem zwierząt. Chcemy, by wszystko było w porządku, bo te targi to chluba naszego miasta – dodaje Józef Nagrodzki.

Wydanie: 8/2002

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy