Wulkan pod Warszawą i inne mikrowyprawy

Wulkan pod Warszawą i inne mikrowyprawy

Turystyka alternatywna zdobywa serca młodych Polaków. Dlaczego wolą Milanówek od Mediolanu?

Najpierw trzeba jechać krętą ścieżką rowerową wzdłuż trasy szybkiego ruchu. Po drodze, schowana za ekranami akustycznymi, znajduje się kolonia drewnianych domków, kawałek Dzikiego Zachodu, którego mieszkańcy nieśpiesznie wywieszają pranie, gdy my rozjeżdżamy kołami rowerów niekoszone i bujne trawniki. Potem wjazd do lasu, który gęstnieje z każdym metrem, zabierając letnie światło i tłumiąc warkot samochodów. Asfaltowa droga w końcu ustępuje leśnej, ta zwęża się do wydeptanej ścieżyny, na końcu i tak wygrywają wysokie do pasa chwasty, samosiejki z niewidocznych stąd pól, uparta ni to miejska, ni to leśna flora. Na końcu ścieżki czeka prześwit, wydeptana ziemia i resztki spękanych betonowych płyt – geometryczny kształt i kąty proste podpowiadają, że to nie polana. Powietrze nabrało nieprzyjemnego zapachu. Jesteśmy na miejscu, u stóp niedostępnego i groźnego wulkanu.

Tak naprawdę to wysypisko śmieci na warszawskim Radiowie. Z wulkanem ma wspólnego tyle, że i z niego unoszą się toksyczne wyziewy – mieszkańcy skarżyli się na nie latami. Przy odrobinie wyobraźni i wystarczająco powolnym tempie pedałowania, w towarzystwie wygadanych przewodników, wycieczkę do Radiowa można zmienić w długą i ekscytującą eskapadę. Na tym polegają mikrowyprawy – sposób podróżowania i spędzania wolnego czasu, który ma „zaczarować” Polskę i wywołać nową modę na zapomniane krajoznawstwo.

Na razie powoli, choć skutecznie, zdobywa serca młodych Polaków i Polek.

Po kolei

Na wulkan Radiowo – „ekspedycję wokół magicznej góry” – wybrałem się w wakacje 2016 r. zachęcony przewrotnym opisem planowanej przygody. Organizatorzy – Towarzystwo Krajoznawcze Krajobraz i projekt Post-turysta – obiecywali „księżycowy krajobraz”, „przedzieranie się przez dzikie warszawskie lasy” i dotarcie aż pod „okryty wieloma tajemnicami i niedostępny dla zwykłego człowieka najwyższy wulkan stolicy”.

„Zbadanie lokalnych wierzeń i legend związanych z wulkanem Radiowo to jeden z naszych celów. Obecnie znamy je jedynie z zapisków antropologów. Liczymy, że w trakcie wyprawy uda się nam spotkać przedstawicieli rdzennych plemion zamieszkujących te tereny. Na razie nie wynajęliśmy jeszcze tłumacza”, opowiadał Szczepan Żurek, członek Krajobrazu i przewodnik wyprawy do Radiowa, na stronach „Gazety Wyborczej”.

Ironiczne? Owszem. Kpiarskie? Niekoniecznie. Cała wyprawa na „wulkan” była trochę żartem z turystycznej konwencji, języka przewodników i przymusu doznawania „egzotycznych” wrażeń zza murów strzeżonego hotelu w Tunezji. Ale idea mikrowypraw i turystyki alternatywnej nie jest zgrywą. Ich uczestnikom i organizatorom chodzi raczej o pokazanie, że konwencjonalna, masowa, komercyjna turystyka sama jest często kpiną – podwożeni busikami z lotniska do hotelu, rozpieszczani przez profesjonalną kadrę, karmieni pizzą i kebabem na „egzotycznych” wczasach nie doświadczamy wszak żadnej egzotyki. A przygoda czeka, dosłownie, tuż za rogiem.

Mikrowyprawy – w przeciwieństwie do wczasów all-inclusive – nie mają precyzyjnej definicji. W najbardziej ogólnym sensie chodzi o to, by odkrywać coś, co najbliższe i czasami zapomniane, by kreować przygodę, zamiast kupować ją w agencji turystycznej. By zwiedzać na małą skalę, poświęcając czas na poznanie jednego górskiego szczytu, zgłębić historię jednej miejscowości czy gminy, przewędrować jedną ulicą bądź wybrać się wzdłuż linii dawnej kolei. W praktyce mikrowyprawą może być niemal każda wycieczka, która zakłada poznawanie danego miejsca, o ile organizuje się ją własnym wysiłkiem, z szacunkiem dla przyrody i mieszkańców.

Środek lokomocji? Dowolny: rower, kajak, kolej podmiejska. Odległość i czas trwania – bez znaczenia, choć oczywiście najpopularniejsze są miejsca, do których można dotrzeć w weekend i bez kosztownych przygotowań. „Południowy biegun Warszawy”? Do podmiejskiego browaru lub nad zalew? Szlakiem półzapomnianych muzeów lub z wizytą w wiejskiej świetlicy? Proszę bardzo.

Wydany przez Towarzystwo Krajoznawcze Krajobraz i Pracownię Badań i Innowacji Społecznych Stocznia przewodnik „Po kolei” zachęca – zgodnie z tytułem – do odwiedzenia miejscowości na trasie Warszawskiej Kolei Dojazdowej i w promieniu kilkudziesięciu kilometrów od stolicy, wszystkich w zasięgu regionalnych kolei. Bliskich nie znaczy jednak znanych – autorzy i autorki przewodnika opisują i polecają owiane złą sławą Tworki i tamtejszy szpital psychiatryczny, proponują wycieczkę do leżącego w otulinie Kampinosu Błonia (sławnego niegdyś z fabryki zegarków) czy zachęcają do poznania architektury Skierniewic.

Wokół stolicy tworzy się nowy obieg turystyczny – reprezentacyjne muzea i pełne atrakcji klubowo-kawiarnianych Śródmieście przyciągają przyjezdnych, a miejscowi coraz częściej uciekają poza Warszawę, najpierw w najbliższe okolice metropolii, potem dalej w Mazowsze i w Polskę.

Hipsterzy i romantycy

Dzisiejsze mikrowyprawy i polska krajoznawcza turystyka alternatywna są dzieckiem tradycji sięgającej zaborów. Z tamtych czasów wzięło się też powiedzenie „Cudze chwalicie, swego nie znacie” – motto zarówno XIX-wiecznego, narodowego i patriotycznego krajoznawstwa, jak i dzisiejszych mikrowypraw. Za czasów zaborów pionierzy krajoznawstwa, krzewiciele edukacji i patriotyczne elity widzieli w turystyce wspólny cel: zwiększanie świadomości narodowej poprzez poznawanie Polski i upowszechnianie wiedzy o ziemiach ojczystych. Polskie Towarzystwo Krajoznawcze powstałe w 1906 r. przyjęło dewizę: „Przez poznanie kraju do jego umiłowania, przez umiłowanie do czynów ofiarnych”.

Dziś nie trzeba działać w konspiracji ani kamuflować swojej działalności, by podróżować po Polsce i poznawać dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze kraju. Jednak uderzające jest pewne pokrewieństwo ideowe – ruch krajoznawczy i dzisiejsi zwolennicy mikrowypraw promują nie podróżowanie dla podróżowania, ale pewien program społeczny i edukacyjny.

„Mieli już dość narzekania na to, jak brzydko i nieciekawie jest w Polsce. Wykonują różne zawody: jest wśród nich fotograf, grafik komputerowy, animator kultury, psycholożka, filmowiec, socjolog, dziennikarka. Pracują w budżetówce, sektorze prywatnym i w NGO. Są z Warszawy – pisała w magazynie „Kontakt” o startującym w 2016 r. Krajobrazie Joanna Mikulska. – Ale tak naprawdę bardziej interesuje ich to, jak Polska wygląda poza nią i poza dużymi ośrodkami. W swojej pracy często odwiedzają i wspierają małe miejscowości – współpracują z domami kultury, bibliotekami i lokalnymi stowarzyszeniami”. Jeśli w tym opisie pobrzmiewają nuty inteligenckich tradycji, romantycznego zafascynowania Polską i pozytywistycznej wizji samokształcenia, nie jest to przypadek.

Towarzystwo Krajoznawcze Krajobraz organizowało warsztaty dla młodzieży i mobilne muzeum – w przyczepie kempingowej! – które zwiedzało Polskę. Cykliści zgromadzeni wokół grupy Nowe Dynasy objeżdżają Mazowsze, promując inicjatywę wskrzeszenia dawnego toru kolarskiego na warszawskiej Pradze. Projekt Sąsiadujemy we Wrocławiu odkrywa dla mieszkańców mniej znane i uczęszczane dzielnice, takie jak Ołbin. Miejscy aktywiści w Cieszynie czy Ostrowcu Świętokrzyskim organizują wycieczki śladem dawnej kultury żydowskiej w ich miastach i zapomnianych tradycji wielokulturowości. Bo jakkolwiek niewinna byłaby weekendowa wycieczka, dla wielu także to, gdzie i jak spędzają wolny czas, jest politycznym wyborem i rodzajem manifestacji.

Polska dla upartych

Polska została w XXI w. turystycznie osierocona. Jej obywatele – co nie dziwi – zachłysnęli się możliwością wyjazdów zagranicznych i obietnicą tropikalnych upałów pod piramidami w cenie wczasów nad Bałtykiem. Podróże zagraniczne taniały i wakacje w Egipcie czy Tunezji stały się normalnym elementem życia klasy średniej. Ostatnia dekada zrobiła zaś z turystyki zagranicznej doświadczenie prawdziwie masowe.

O ile na początku tego dziesięciolecia liczbę Polek i Polaków wybierających się na urlop za granicę szacowano na około miliona, dziś jest ich prawie dziesięciokrotnie więcej. Wciąż zdecydowana większość z nas deklaruje w badaniach gotowość wydania na wakacje ekwiwalentu kilkuset euro – ale to już wystarczy, by udać się do Tunezji, Egiptu albo i na tańsze wczasy w Hiszpanii. Nawet Majorka i popularne Kanary powoli przestają być synonimami luksusu. Jeden z dyskontów spożywczych, który właśnie wszedł na rynek turystyki w Polsce, oferuje wypoczynek na hiszpańskich wyspach w (podobno) czterogwiazdkowym hotelu za niewiele ponad 1,5 tys. zł.

W tym samym czasie najpopularniejsze wakacyjne miejscowości wypoczynkowe w Polsce drożeją, a tania i przystępna infrastruktura turystyczna przez ostatnie 30 lat często niszczała lub była bardziej czy mniej udolnie prywatyzowana. Ubywało osób korzystających z wczasów pracowniczych. A i sama ich idea, na fali odrzucenia wszystkiego, co peerelowskie, stała się obciachowa.

W związku z likwidacją lokalnych połączeń kolejowych i katastrofą międzymiastowego transportu autobusowego coraz więcej miejsc w Polsce zostało podwójnie wykluczonych transportowo – ich mieszkańcom trudniej było wyjechać, a przyjechać mogli wyłącznie ci, którzy mieli samochód. Dzisiejsi promotorzy krajoznawstwa i mikrowypraw zwracają uwagę, że właśnie trudność, nierzadko wręcz absurdalne skomplikowanie, poruszania się po Polsce bardziej niż cokolwiek innego szkodzi krajowej turystyce.

Polacy uwierzyli także w negatywny autostereotyp – że w Polsce jest brzydko i nudno. To również nie dziwi, bo Polska widziana z okien samochodu na trasie szybkiego ruchu to rzeczywiście koszmar przestrzenny i urbanistyczny: reklamy i szyldy projektu domorosłych grafików, kurioza architektury gastronomii kebabowo-zapiekankowej i bryły niezbornie zaprojektowanych kościołów.

Odszukanie w tym wszystkim piękna i przygody wymagało przekory. Stąd zapewne wzięła się nowa popularność krajowej turystyki w wielkomiejskiej klasie kreatywnej. W rzeczywistości, w której Polska kojarzy się obciachowo i przaśnie, a w mediach dominuje wizerunek prowincji konserwatywnej i zaściankowej, jak z „Rancza” i „Ojca Mateusza”, trzeba pewnego samozaparcia, żeby ów obraz odkłamać i nie pójść na turystyczną łatwiznę. Jest więc w tym wszystkim element, wcale nie skrywanej, kontestacji.

Czyste przyjemności

I jeszcze jeden fakt, od którego uciec się nie da. Ekologiczny koszt turystyki masowej. Szacunki naukowców wskazują, że turystyka odpowiada za od 5% (w wersji zachowawczej) do 8% (według najnowszych badań) globalnej emisji gazów cieplarnianych – przede wszystkim z powodu coraz częstszego wyboru samolotu jako środka transportu. Przyczynia się też do rozrzutnej gospodarki wodnej (choćby utrzymywanie pól golfowych) w krajach, gdzie i tak wody nie ma pod dostatkiem. Choć tradycyjnie uważa się turystów za czysty zysk dla popularnych miast i miejscowości, coraz częściej mówi się o kosztach, jakie ponoszą mieszkańcy: rosnących czynszach i mniejszej podaży mieszkań, konieczności kosztownych inwestycji w infrastrukturę, zanieczyszczeniu i rosnącym zapotrzebowaniu na energię.

Gdyby wszystkich wyjeżdżających w celach turystycznych za granicę potraktować jak obywateli osobnego państwa, byłby to jeden z najludniejszych krajów na świecie (z ponad 1,2 mld obywateli porównywalny z Chinami i Indiami) i piąty w kolejności truciciel. Wszystkie te fakty nie oznaczają, że zwolennicy innego modelu turystyki chcą raz na zawsze zakazać wyjazdów zagranicznych i wczasów all-inclusive. Ale w pokoleniu, dla którego – jak przekonujemy się raz po raz – świadomość ekologiczna i kwestie zmian klimatu są niezwykle istotne, wpływ turystyki na środowisko jest niemożliwy do zignorowania. A co może być bardziej przyjazne środowisku niż lokalne, zaplanowane w skali mikro i niskobudżetowe wyjazdy? Wszystkie trendy kulturowe podpowiadają, że wkrótce safari w Afryce będzie obciachem, a weekend w domku na Mazurach szczytem szyku.

Tę zmianę dobrze zresztą odzwierciedlają publikacje na blogach poświęconych podróżom i stylowi życia (lub razem: podróżniczemu stylowi życia). Turystyka ekologiczna, zrównoważona czy zero-waste, czyli niewytwarzająca żadnych odpadów, dołączają do nowego kanonu. Dyskusja o tym, czy indywidualne wybory konsumenckie rozwiążą problem zanieczyszczenia generowanego przez turystykę, to temat na inną opowieść. Jednak faktem jest, że presja ekologiczna zaczęła już powoli zmieniać ofertę branży turystycznej i priorytety klientów.

Oczywiście w całym tym zjawisku tkwi pewien paradoks. Mikrowyprawy, alternatywna turystyka i zrównoważony model podróżowania są dziś tak atrakcyjne, bo pozostają wyborem mniejszości. To wszak, oprócz deklaracji politycznej, kwestia pewnego prestiżu. „Inna” turystyka jest tak pożądana, bo nie stała się jeszcze masowym dobrem.

Na razie warto tym trendem się cieszyć. Bo jest czym.

Fot. Krzysztof Chojnacki/East News

Wydanie: 30/2019

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy