Kat i męczennik

Kat i męczennik

Białoruski Iwieniec szczyci się dwoma Polakami: Feliksem Dzierżyńskim i błogosławionym o. Achillesem Puchałą

Na Białorusi Dzierżyński kojarzy się dobrze. Mińsk obdarował jego nazwiskiem i pomnikiem jedną z głównych ulic. Granitowy Feliks Edmundowicz ma tam za sąsiada piwny bar, z którego mężczyźni wynoszą kufle z wysoką pianą, a potem przysiadłszy u stóp pomnika, popijają, nieniepokojeni przez wszechobecnych milicjantów. Kilka przecznic dalej oficerski klub służb wewnętrznych też firmuje Dzierżyński. Jego muzeum, wciąż czynne w niedalekim Iwieńcu, było mekką partyjnych pielgrzymów oraz VIP-ów z oficjalnych delegacji zagranicznych, które obowiązkowo tutaj ciągnęły. Dzisiaj miasteczko ma drugi powód do chluby zapisany nazwiskiem Polaka – błogosławionego Achillesa Puchały.
– Dzierżyńsk to teraz dziura zabita dechami, gdzie pod okiem Feliksa Edmundowicza dobrze żyją tylko księża – mówi z pogardą Dymitr, emerytowany pracownik kolejowy spotkany na dworcu w Mińsku. – Dawniej było po co się tam pchać, ale teraz? Nawet kolej nie dochodzi, ledwo do Kojdonowa. Nic prostym ludziom Feliks Edmundowicz nie zostawił w spadku, no mówię – nic!
– Ciszej, Dima – gromi go żona, też emerytka. – Jak chcą do Dzierżyńska, niech jadą, ich sprawa, a ty się tak nie wydzieraj, jeszcze kto usłyszy – kobieta rozgląda się bojaźliwie po peronie i ciągnie męża za rękaw. Odchodzą.
Elektryczny do Kojdonowa odjeżdża z opóźnieniem. Zatłoczony niemiłosiernie, jedzie ponad godzinę. Od stacji do centrum Dzierżyńska kawał drogi. Przez starannie obsiane pola, sady, podwórka.

Dwie wiązanki kwiatów

Krzysztof Bukowski, zakonnik z Dzierżyńska, leżącego niespełna 60 km od Iwieńca, mówi, że nie mógł ścierpieć, gdy po ślubie młodzi zawozili tutejszym obyczajem wiązankę pod pomnik Dzierżyńskiego. – Zostawcie Matce Boskiej te kwiatki – prosiłem. Tłumaczyłem, że to głupio tak Panu Bogu świeczkę i diabłu ogarek. I teraz nawet zostawiają, ale wiem, że w samochodzie mają schowaną drugą wiązankę, żeby cichcem położyć ją Dzierżyńskiemu.
Szukając polonusów, docieramy do Polki ze Związku Polaków na Białorusi. Wymiguje się od spotkania. – W Iwieńcu Polaków nie ma – przekonują chłopaki, pijąc piwo na środku chodnika. Zrobili sobie akurat przerwę w robocie. Budują… Dom Polski w Iwieńcu.
W miasteczku uwagę zwraca inny budynek – świeżo otynkowane na pomarańczowo Muzeum Dzierżyńskiego. Sobota, dzień świąteczny, ale Białorusin Aleg Romanowski, malarz i rzeźbiarz, cały personel postawił na nogi. – Moją ambicją, dyrektora Muzeum Dzierżyńskiego w Iwieńcu, jest, żebyście taki świat drogi przejechawszy, jedyne na świecie i jedyne w całym dawnym Sojuzie miejsce zobaczyli – mówi z patosem, ale oczy mu się śmieją kpiąco. Gdy wypijemy potem flaszkę łozowki (po naszemu krzakówa) pod pomidora pokrojonego przez damski personel mekki Feliksa Edmundowicza, Aleg wyzna, że wcale o takiej posadzie nie marzył. – To było zło konieczne. Mogłem iść w politykę, wylądować na tym zadupiu albo zdychać z głodu. Bo z malarstwa nie wyżyję.
Mówiąc to, prowadzi do malutkiej izby na końcu korytarza. – To moja pracownia, a to moje dzieła – macha ręką, jakby chciał ogarnąć wszystkie obrazy stojące, leżące i rozpięte na sztalugach. Wśród nich portret starej kobiety. Tak samo gorzko uśmiechniętej jak Aleg.
Syn Alega też jest artystą, rzeźbiarzem, pokierował się jednak trochę lepiej niż ojciec. Wprawdzie zaczepił się na pół etatu przy muzeum, lecz swoje świszczące ptaszki, naszyjniki i amulety sprzedaje w Europie. – Byłem w Niemczech, w waszym Mrągowie i w ich Moskwie – podział świata Romanowskiego juniora jest czytelny.
Stary Romanowski precyzyjnie oddziela przyjaźń od interesów – żeby zacząć zwiedzanie mekki Feliksa Edmundowicza, musimy kupić bilety. Kasjerka otwiera z trzaskiem okienko, przybija pieczątki na małych karteczkach, inkasuje białoruskie ruble.

Jedyne muzeum na świecie

– Staram się najpierw wyczuć, jakie nastawienie do Dzierżyńskiego ma ktoś, kto przyjeżdża do muzeum. W zależności od tego nastawienia oprowadzam – zastrzega Halina Sobolewska, Polka z pochodzenia (rodzina w Poznaniu). – To jedyne na świecie Muzeum Feliksa Dzierżyńskiego, a nie muzeum imienia Dzierżyńskiego – podkreśla.
Dla towarzyszy z KGB to było kultowe miejsce. Obowiązkowo każdy musiał je zaliczyć, a także pobliskie Dzierżynowo, gdzie „Miecz i płomień proletariackiej rewolucji” się urodził. Odbywały się tam przysięgi nowych członków KGB. Dlatego do przysiółka, gdzie teraz jest jedna chałupa i trochę ruin schowanych wśród lasów, prowadzi doskonała droga.
Aleg Romanowski martwi się, że iwienieckiemu muzeum odcięto prąd za niepłacenie rachunków. Dług wynosi 264 tys. rubli białoruskich (1 dol. = 1745 rubli). Mrok spowija odlew maski pośmiertnej Czerwonego Kata, lampę naftową, cytrę, fotel, portrety z poetą Gorkim, matką, siostrą i braćmi, którzy tak dobrze zapisali się w pamięci okolicznej ludności. W czasie II wojny żona Kazimierza, brata Feliksa, pracująca w niemieckiej komendanturze, wynosiła informacje partyzantom. Razem z mężem ostrzegała ludzi, którym groziły wywózka lub rozstrzelanie. Folwark w Dzierżynowie był schronieniem dla partyzantów, pomagał przeżyć najbiedniejszym ludziom z okolicy. W odwecie Niemcy spalili folwark, Kazimierza i żonę Łucję rozstrzelali, a jego brata Władysława zabili w obozie w Radogoszczy.
Sobolewska zdradza, że w piwnicach muzeum zachowano 12 tys. dokumentów i pamiątek po Dzierżyńskim. Są też księgi pamiątkowe, do których wpisują się goście. Oglądamy ostatni polski wpis. Jest z 2001 r.: „Dziękujemy za możliwość zwiedzenia tak wspaniałej kolekcji”. Pod spodem kilka zamaszystych podpisów.
Na dziewięciotysięczny Iwieniec żadne splendory za światową sławę muzealną nie spłynęły. Jedyne fabryczki – ceramiczna i cukierków – ledwo zipią, ścieki spuszczane prosto do stawu śmierdzą jak klozet w zrujnowanym hotelu opodal. Nawet nie ma gdzie zjeść. Administratorka hotelu, Tatiana Kapeda, też z pochodzenia Polka, w plastikowej misce przynosi trochę gotowanych kartofli. – Jak tu przyjedziecie następnym razem, będzie gotowy Dom Polski, z noclegami i restauracją – zapewnia. – Ogromne pieniądze tam walą – dodaje z zazdrością. – Ja nie wiem z czyich to pieniędzy, ale chyba od katolików z Zachodu – domyśla się Kapedowa.

Nocleg u Feliksa Edmundowicza

Aleg Romanowski jest dyrektorem muzeum szósty rok, zarabia 80 dol., w tym połowa to dodatki. Ale nie za szkodliwość radiacyjną, chociaż – jak twierdzi – należy się wszystkim mieszkańcom Iwieńca. – Chmurę radioaktywną, która szła na Mińsk, rozbijali akurat nad rejonem Iwieńca i teren jest mocno skażony – opowiada Romanowski. – W niedalekim kołchozie Kamień, do którego was zawiozę, jak skombinuję jakieś auto, pasą się krowy, ludzie orzą pola, a radiacja taka, że Łukaszenka kazał prędko asfaltem drogę pokryć. Ale dodatki radiacyjne cofnął.
– Ludzie w Mińsku mówią, że porządek zrobił, nawet w najgorszych dzielnicach jest bezpiecznie.
– Bo milicjant na milicjancie! Podoba się wam taki milicyjny system? – czerwienieje z oburzenia Romanowski.
– A kim jest dla pana Dzierżyński?
Dyrektor zastanawia się chwilę, po czym mówi: – Postacią… historyczną.
Na cmentarzu iwienieckim, na mogile Kazimierza Dzierżyńskiego i jego żony leżą świeże kwiaty. Halina Sobolewska zapala świeczkę.
– Ród Dzierżyńskich to ciekawy ród. I tragiczny – uważa Romanowski.
Syn Romanowskiego zabiera nas do czerwonego bmw, rocznik 1992. Kupił go za 1000 dol., które zarobił na glinianych rzeźbach sprzedanych w Niemczech. Jedziemy do Dzierżynowa, filii iwienieckiego muzeum.
Droga ciągnie się wśród lasów. Jest rzeczywiście równa jak stół. I pusta. Wszelki ruch ustał tuż za skażonym radioaktywnością kołchozem Kamień.
W drewnianej chałupie w Dzierżynowie, stojącej w miejscu dawnego folwarku Dzierżyńskich, porozwieszane są jedynie kopie dokumentów „z epoki”. Najciekawszy okazuje się piec z białych kafli, na którym można spać, nakrywszy się wyleniałym kożuchem (też eksponat z epoki Dzierżyńskiego?).
Z chałupy służącej za muzeum, malowniczo położonej na śródleśnej polanie, Romanowski chce zrobić hotelik. Znalazł nawet firmę gotową zająć się „turyzmem”. – Byłyby pieniądze na utrzymanie muzeum w Iwieńcu, na prąd – marzy Aleg. Okolica sielska, w rzece są raki, a w lasach mnóstwo grzybów. Obok filii muzeum zachowane z archeologicznym pietyzmem resztki murów folwarku rodziny Feliksa. Widać, gdzie były chlewiki, piwniczka, obora.

Po ruinach dawnego folwarku Dzierżyńskich nie oprowadzi nas dzisiaj Michał Grzyb, kolejny Polak z pochodzenia, kustosz filii. Michał przyoruje akurat kartofle koło domu pożyczonym na parę godzin koniem. Poznaliśmy się osiem lat temu, gdy byliśmy tu po raz pierwszy.
– Jak żyjesz, Michał? – zamiast odpowiedzi Michał łzy ociera z radości, konia wiąże do wiśni i do chaty prosi. Łozowkę na stół stawia, córce, cośmy jej osiem lat temu lalkę kupowali, jaja sadzić każe. Po chwili żujemy wygłodniali na wpół surową słoninę. Na zakusku. Romanowski stakańczyk łozowki zakąsza surowym jajem. Tylko jego syn ani grama nie wypije. – Łukaszenki zakony twarde, prawo jazdy mogę stracić – mówi.
Stary Romanowski wydyma wargi. – Łukaszenka ni ojca, ni co. Rządził kołchozem, kołchoz upadł, rządził firmą – splajtowała. Teraz rządzi Białorusią… On prawosławnyj komunist. Finansuje prawosławnych, ale podlizuje się katolikom, dając zgodę na coraz liczniejsze kościoły. Byle zachować spokój.
– Żeby temu Łukaszence Bóg dał zdrowie – mówi któregoś wieczoru Rufina Banderewicz, popijając z nami szklaneczkę piwa na iwienieckim rynku. – On powyrzucał urzędników, którzy nam, starym, zamiast emerytur gołe zaliczki dali. I teraz my dostajemy emerytury regularnie – podkreśla babcia Rufina.

Męczennik Puchała z Kosiny

– O rodzinie Feliksa Dzierżyńskiego złego słowa nie powiem ani ja, ani nikt w Iwieńcu – zastrzega o. Walerian Sokołowski z miejscowego klasztoru Franciszkanów.
W poczuciu życiowej misji wiezie nas do wioski Pierszaje, gdzie najchlubniejsza polska historia zatacza koło. W tamtejszej parafii w czasie II wojny proboszczem był o. Achilles Puchała z Kosiny pod Rzeszowem. Gdy w lipcu 1943 r. hitlerowcy prowadzili ludzi z Pierszajów na rozstrzelanie, proboszcz i drugi franciszkanin, o. Herman Stępień z Wilna, poszli razem z nimi, chociaż oprawcy chcieli oszczędzić zakonników. Torturowano ich, a potem spalono na skraju wioski Borowikowszczyzna.
O. Walerian: – Gestapowcy, zamordowawszy kapłanów, ludność oszczędzili. Posłali wszystkich na przymusowe roboty do Niemiec. A zwęglone szczątki księży dwa tygodnie później ludzie odważyli się po kryjomu zebrać. Zakopali je koło kościoła w Pierszajach.
Roger Świderski, proboszcz w Pierszajach, pokazuje złoconą trumienkę z relikwiami obu błogosławionych. O. Walerian klęka i cicho się modli. Tak samo modlił się do o. Achillesa o zdrowie dziecka znajomych z Polski, dotkniętego białaczką. – Wyzdrowiało. Drugie polskie dziecko z białaczką też jest zdrowe, a lekarze nie dawali mu żadnej nadziei – mówi o. Walerian. Cud uzdrowienia zdarzył się też, jak twierdzi rodzina o. Puchały mieszkająca pod Rzeszowem, u krewnej zakonnika. Kobieta miała raka piersi. Któregoś dnia znajoma zakonnica powiedziała jej: „Módlcie się, gospodyni, do ojca Achillesa. Na pewno zostanie świętym”. Kobieta dożyła 83 lat. Zmarła w 1994 r.
O. Walerian z Iwieńca od razu zastrzega – żeby nie było niedomówień – że on Białorusin, a tylko kształcony w Łodzi. Na rozmowę umawia się poza klasztorem. Gdy drepczemy w ciemnościach po mieścinie przycupniętej na końcu komunikacyjnej mapy Białorusi, zwierza się: – Widzicie, czasy się zmieniły i do Muzeum Dzierżyńskiego coraz mniej ludzi przyjeżdża. Ja bym chciał relikwie błogosławionego Achillesa Puchały do Iwieńca sprowadzić. On czyni cuda – sam jestem świadkiem. Byłby Iwieniec cudami słynący, pielgrzymki by do nas znowu jeździły…

***

Przed złoconą trumienką z relikwiami o. Achillesa pali się wieczna lampka.
W niedalekim Dzierżyńsku pod pomnikiem Feliksa Edmundowicza uczennice szkoły podstawowej kładą kwiaty. Zapytane, komu je kładą, odpowiadają: – To jest Lenin! – mówi pierwsza. – Coś ty, głupia, to polski kniaź – poprawia ją druga. Trzecia twierdzi, że nie wie, kim jest ten pan, bo ich teraz w szkole o tym nie uczą.


Feliks Dzierżyński (1877-1926) urodził się w Dzierżynowie w rodzinie drobnego szlachcica, z zawodu nauczyciela. Już w liceum związał się z litewską socjaldemokracją. Trzy razy zsyłany przez władze carskie na katorgę, trzy razy uciekał z zsyłki. Po rewolucji bolszewiccy przywódcy powierzyli mu obowiązek bronienia „zdobyczy rewolucji”, co czynił z całą potwornością bezprawia. Nie tylko masowo zabijał bez zbędnych dociekań, lecz także brał na siebie wszystkie mordy mające miejsce w tych latach. Dzierżyńskiego bali się Lenin i Trocki. Jednak był im potrzebny, bo trzymał w terrorze cały kraj. Po śmierci Lenina (Dzierżyński był przewodniczącym komisji ds. balsamowania zwłok wodza) rozgorzała walka o schedę po nim. Dzierżyński, który miał wielką szansę na przywództwo, wolał poprzeć swoim krwawym autorytetem Stalina. Obaj czuli się ze sobą szczególnie związani: obaj obcokrajowcy, jednakowo nienawidzili Lenina i Rosjan. Ponadto Stalin wiedział, że jedynie przy pomocy Dzierżyńskiego i jego oprawców może utrzymać władzę.


O. Achilles Józef Puchała urodził się 18 marca 1911 r. jako jedno z siedmiorga dzieci Franciszka i Zofii z Olbrychtów. Ukończył pięć klas szkoły w Kosinie. W 1924 r. wstąpił do Małego Seminarium oo. Franciszkanów we Lwowie. 21 września 1927 r. rozpoczął życie zakonne. 5 lipca 1936 r. przyjął w Krakowie święcenia kapłańskie. Skierowano go do pracy duszpasterskiej do Grodna, a potem do Iwieńca (diecezja pińska). W czerwcu 1999 r. papież Jan Paweł II wyniósł go na ołtarze w gronie 108 męczenników ostatniej wojny.

 

Wydanie: 23/2004

Kategorie: Obserwacje

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy