Koszty koronakryzysu poniosą najsłabsi

Koszty koronakryzysu poniosą najsłabsi

Nie będzie w Polsce apokalipsy i głodu, ale gorszy rynek pracy i większe nierówności – już tak

Dr hab. Ryszard Szarfenberg – badacz polityki społecznej oraz problematyki ubóstwa i wykluczenia. Profesor na Wydziale Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW, jest przewodniczącym European Anti Poverty Network w Polsce. Autor licznych publikacji o problematyce państwa opiekuńczego.

Na podstawie najnowszych danych przypomniał pan, że w ostatnich latach najbardziej wzrosły realne dochody najuboższych Polaków. I że ten wzrost przypadł na minione pięć lat.
– Gdy porównamy rok 2019 do 2015, to zarówno dochody, jak i wydatki dolnych 20% Polaków wzrosły najbardziej w porównaniu z pozostałymi grupami dochodowymi. Szczególnie w latach 2016 i 2017. Jeżeli zestawimy początek i koniec kadencji rządów z lat 2007-2015, sytuacja była gorsza. Ale takie porównanie może sugerować, że za zmiany odpowiadają głównie rządy. A wiadomo nie od dziś, że w gospodarce nie wszystko zależy od polityków. W retoryce politycznej ten wpływ jest zresztą przeszacowany – albo w służbie propagandy sukcesu ze strony rządu, albo kontrpropagandy opozycji.

Powodów jest więcej?
– Wzrost zamożności najbiedniejszych jest, jak sądzę, dość oczywistą sprawą. Rodziny z dziećmi są bardziej narażone na ubóstwo, a to one dostały zastrzyk dochodowy z programu 500+. Te pieniądze można bez żadnych ograniczeń łączyć z zasiłkami rodzinnymi, które trafiają do biedniejszych. Z drugiej strony następowała stała poprawa na rynku pracy. Spadało bezrobocie, więc łatwiej było o pracę. I, co warto zaznaczyć, wprowadzono minimalną płacę godzinową. Z powodu dobrej koniunktury i ogólnej sytuacji gospodarczej pracodawcom łatwiej było spełniać te wymogi i zatrudniać oraz płacić więcej. W skrócie, na tę poprawę złożyły się: ekspansja świadczeń, bardzo dobra sytuacja na rynku pracy, dobra ogólna sytuacja gospodarcza. Wskutek tego klasa średnia i zamożni zyskiwali, ale więcej zyskali najbiedniejsi. To jest z mojej perspektywy najlepszy możliwy model wzrostu gospodarczego, bo najbardziej korzystają na nim ci, którzy są w najgorszej sytuacji.

Jeżeli zatem urzędujący prezydent w kampanii mówi, że poprawa losu najbiedniejszych to jego i rządu zasługa, ma rację?
– Częściowo. Gdyby nie było 500+, kolejnych świadczeń finansowych i godzinowej płacy minimalnej, spadek ubóstwa, z jakim mieliśmy do czynienia, byłby mniejszy. Ale również by był, zaczął się już w 2015 r. Niskie bezrobocie i nacisk na płace pomogły ubóstwo zredukować. Chęć polskich rodzin do podejmowania pracy i korzystania z możliwości wzrostu gospodarczego także się do tego przyłożyła. Polityka społeczna państwa ma wpływ na ubóstwo, ale oczywiście nie tylko ona. Jaka w tym rola i zasługa prezydenta, to już osobne pytanie.

Częstym argumentem przeciwko płacy minimalnej jest to, że jej podniesienie uderzy w najbiedniejszych, ograniczy możliwość zatrudnienia, wykluczy najsłabszych z rynku pracy, bo nikt za większą stawkę ich nie zatrudni. Czy te obawy – przynajmniej zanim uderzyła pandemia – się potwierdziły?
– To znany katalog obaw, ale dane z ostatnich lat raczej ich nie potwierdzają. Dopiero w tym roku będzie inaczej – bo na rynku pracy będą widoczne skutki i kryzysu zdrowia publicznego, i gorszej koniunktury, i możliwości obniżania płac wynikającej m.in. z tarczy antykryzysowej. Mieliśmy dużą podwyżkę płacy minimalnej, a jednocześnie będzie dużo mniej miejsc pracy np. w turystyce, gastronomii, hotelarstwie, gdzie liczba osób zatrudnionych za taką płacę może być większa. Trudno jednak będzie oddzielić wpływ dużej podwyżki od wpływu innych, dużo silniejszych czynników.

Czy w roku 2020 jesteśmy, a przynajmniej u progu kryzysu byliśmy, społeczeństwem bardziej egalitarnym? Bo toczyły się i dalej toczą ciekawe spory o nierówności.
– Są dwie szkoły. Jedna mówi, że współczynnik nierówności w Polsce konsekwentnie spadał. I dopiero teraz, w 2018 i 2019 r., nieco wzrósł. Tu podstawą są GUS-owskie badania budżetów gospodarstw domowych. Druga szkoła, nowsza, zagląda do zeznań podatkowych i wskazuje, że jest znacznie gorzej, niż myśleliśmy, a nierówności w Polsce są niezwykle duże, nawet jedne z największych w Europie.

A panu która szkoła jest bliższa?
– Jeżeli porównamy realne przeciętne dochody na osobę w dolnych i górnych 20%, to różnica między nimi wzrosła o 6% w 2018 r. Przy wydatkach wzrosła o 3% w 2019 r. Może to sugerować, że w tych latach następuje odwrócenie trendu zmniejszania się nierówności. Proponuję też spojrzeć na ubóstwo. W 2016 r. nastąpił spadek ubóstwa, i to spory, w 2017 r. również, choć mniejszy. A w 2018 r. ubóstwo nieco się zwiększyło, nawet w wypadku dzieci i ubóstwa skrajnego. Intuicja podpowiada więc, że sytuacja się poprawiała, ale z tendencją coraz słabszą. Pamiętajmy jednak, kogo badania GUS nie ujmują prawie wcale – czołówki z setki najbogatszych ankieter nie zastanie w domu. A nawet jeśli zastanie, to nie namówi na wypełnianie ankiet, książeczek budżetowych, gdzie trzeba wpisywać dochody i wydatki przez miesiąc. Stąd ten krok w kierunku danych administracyjnych z urzędów skarbowych.

Czy państwo polskie przesuwa się więc, jak mówią niektórzy, w bardziej solidarystycznym, a nawet lewicowym i socjalnym kierunku, czy pozostaje w modelu, na jaki zdecydowano się u początków III RP, tylko dokłada do niego instrumenty pomocy finansowej dla obywateli?
– Tak naprawdę doganiamy wzorzec europejski – nie lewicowy czy prawicowy, tylko ogólnie przyjęty w powojennych gospodarkach na zachodzie Europy. Od początku lat 90. realizowaliśmy model nazywany neoliberalnym, wrogo nastawiony wobec transferów do osób w wieku produkcyjnym – świadczeń i zasiłków innych niż te dla najbiedniejszych z biednych. Ruszyliśmy się w lewo w tym sensie, że powszechne świadczenia trafiają także do klasy średniej. Dotychczas łatwo było ją buntować: że tylko płaci podatki, nic w zamian nie dostaje, na dodatek finansuje socjal innym. Jest jeszcze inne ciekawe zjawisko…

Poza narzekaniem na nieróbstwo?
– Gdy klasa średnia uważa świadczenia społeczne za zbyt małe, bo np. inflacja pożera 500+, albo jakość usług publicznych za niewystarczającą, pojawia się presja na zwiększenie wydatków społecznych, na podwyższenie świadczeń i poprawę jakości usług. A na tym korzystają najubożsi, ich dzieci i rodziny. W interesie wszystkich jest więc to, by klasa średnia nie uciekała z systemu usług publicznych, tylko domagała się doinwestowania, rozwoju, większych nakładów.

Cały tekst można przeczytać w „Przeglądzie” nr 22/2020, dostępnym również w wydaniu elektronicznym.

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 27/2020

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy