Szacunek dla wszystkich jednakowy

Szacunek dla wszystkich jednakowy

Niektórzy nie mogą zrozumieć, że obojętnie jakiej ktoś jest narodowości i jakiego wyznania, jest przecież tak samo Polakiem

Gen. Zbigniew Ścibor-Rylski

Wiele razy widziałam gen. Zbigniewa Ścibora-Rylskiego na obchodach rocznicy powstania warszawskiego. Co roku brał udział w uroczystościach jako uczestnik powstania i prezes Związku Powstańców Warszawskich. Ale jego ubiegłoroczne wystąpienie było szczególne. Stał oparty na ramieniu harcerza – sam kiedyś był harcerzem i pokładał w tych młodych ludziach wielkie nadzieje. A właściwie był nie tyle oparty, podtrzymywany przez harcerza, bo o własnych siłach było mu trudno ustać. Ale nie chciał skorzystać z krzesła. Uważał, że oficerowi to nie przystoi.

Zawsze kiedy mógł zwracać się do zebranych, mówił więcej o przyszłości niż przeszłości. Zwracał się do młodych. Powiedział im, że wśród nich są ludzie, którzy przejmą odpowiedzialność za państwo. A na koniec zaapelował, by nie zapominali o jednej z najważniejszych rzeczy – o szacunku. – Polacy muszą mieć szacunek do wszystkich. Obojętne, jakich są poglądów, narodowości czy wyznania. Pamiętajcie, młodzi, jednakowy szacunek dla wszystkich – powiedział.

Te słowa, wypowiedziane przez przeszło 100-letniego generała, utkwiły mi w pamięci. W moich oczach wyrósł na autorytet, który wskazuje drogę. Czułam, że muszę go poznać, porozmawiać z nim, napisać o nim. Dowiedziałam się, że przebywa w domu opieki pod Warszawą. Zdobyłam numer jego komórki. Zadzwoniłam. Zgodził się na spotkanie. Jechałam, wyobrażając sobie okoliczności naszego spotkania. Kilkanaście lat wcześniej robiłam wywiad z filozofem prof. Stefanem Swieżawskim, wówczas 95-letnim. Pamiętałam tamto spotkanie: budynek domu opieki położony w starym sosnowym lesie, obszerny pokój z balkonem, promienie słońca przefiltrowane przez sosnowe gałęzie, dyskretna opiekunka, która pojawiła się bezszelestnie, żeby postawić na biurku talerz z owocami…

Generał był w białej koszuli. Siedział przy stoliku. Przywitał się serdecznie. Sprawiał wrażenie, że ucieszył się ze spotkania. Ze smutkiem skonstatowałam, że pokój nie przypomina tamtego ze wspomnień – był maleńki, bez balkonu czy możliwości zjechania wózkiem bezpośrednio do ogrodu. Jak na hołubionego bohatera powstania warszawskiego, warunki bardzo skromne.

Rozmawialiśmy długo, ale było to bardziej wzajemne poznawanie się niż wywiad. Mieliśmy się spotkać po raz kolejny, może nawet kilka razy. Nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego wydawało mi się, że mamy czas na te spotkania. Na tegorocznej rocznicy wybuchu powstania warszawskiego generała nie było. Sądziłam, że to jakaś chwilowa niedyspozycja. Dwa dni po rocznicy gen. Zbigniew Ścibor-Rylski zmarł. Poniżej fragment naszej rozmowy, która nie była publikowana.

Panie generale, pana słowa o szacunku bardzo zapadły mi w serce. Teraz w wielu kręgach stał się on niemodny, niestosowny, niepożądany.
– Powiedziałem to, co czuję, bo sytuacja tego wymagała. Nie piszę swoich wystąpień, bo jest mi trudno – mam zdrętwiałe palce (uśmiech). Mówię to, co w danej chwili, moim zdaniem, powinienem powiedzieć.

Ale co skłoniło pana do takich słów, bardzo istotnych – wydaje mi się – dla młodego pokolenia?
– Zawsze kiedy jestem w Muzeum Powstania Warszawskiego, szczególnie w Parku Wolności, przeżywam ogromne wzruszenie. Było bardzo dużo harcerzy, byli wolontariusze, powstańcy i rodziny powstańcze. Słuchałem przemówienia pana prezydenta, który mówił o bohaterstwie powstania – nie lubię używać tych słów, myśmy spełniali swój obowiązek, byliśmy żołnierzami, walczyliśmy o wolność i niepodległość ojczyzny. Nikt nie myślał o żadnych wynagrodzeniach czy awansach. Moje pokolenie było zupełnie inne, wychowane przecież w II Rzeczypospolitej. Skończyłem szkołę podchorążych lotnictwa o kierunku grupa techniczna. Wszyscy byliśmy piłsudczykami, zwolennikami Piłsudskiego, wychowani na Trylogii, historii powstań, w duchu patriotyzmu, walki o niepodległość.

Kiedy jestem w Muzeum Powstania Warszawskiego, widzę tablicę na Murze Pamięci, gdzie są wyryte nazwiska tylu moich koleżanek i kolegów, nawet ze szkoły, bo jest tam Staś Potworowski, który był troszkę młodszy ode mnie. Kiedy się przebywa w tej atmosferze, ogarnia człowieka ogromne wzruszenie i cała przeszłość staje przed oczami. A chciałbym zrobić wszystko, żeby to młode pokolenie było wychowane patriotycznie, w miłości do ojczyzny, nie tak strasznie komercyjnie. Dziś wszyscy walczą tylko o pieniądze. Pieniądze i polityka – tylko to jest ważne. Ja nigdy żadną polityką się nie zajmowałem. I dlatego moje słowa były cały czas skierowane do harcerzy, do tych młodych ludzi, którzy za 20-30 lat obejmą rządy. Przecież wśród tych, którzy byli w tym Parku Wolności, może byli przyszli ministrowie i premier, a kto wie, może prezydent. Nigdy nie wiadomo, życie jest tak skomplikowane. I nigdy nie wiadomo, do czego człowiek będzie predestynowany, do jakich stanowisk. Ja bardzo, bardzo bym pragnął, żeby chociaż cząstka moich uczuć, moich przeżyć wpłynęła na młode pokolenie teraz i na jego postępowanie w późniejszym życiu. To chyba najważniejszy cel mojego życia.

Dlaczego tak ważny jest szacunek?
– On jest najważniejszą rzeczą. Wszelkie rozmowy, które by się prowadziło bez szacunku jednych dla drugich, nigdy nie zakończą się porozumieniem. Właśnie szacunek jest drogą do uzyskania kompromisu. Jeżeli nie będziemy szanować wszystkich, obojętnie jakie mają poglądy, jakiej są narodowości, to rozmowy nie mają sensu. Bo człowiek jest tak skonstruowany, że wyczuwa, czy druga osoba ma dla niego szacunek. My przed wojną byliśmy wychowani w szacunku dla drugiego człowieka. Nigdy nie odczułem jakiejś pogardy ze strony innych ludzi, choć byłem w wojsku i stykałem się z wieloma charakterami. Znałem pana Sylwina Strakacza, sekretarza Ignacego Paderewskiego, znałem pana Znamięckiego, osobistość bardzo wysoko postawioną wówczas w rządzie, i widziałem, że wtedy ludzie mieli dla siebie wiele szacunku.

Pamiętam bal w hotelu Kalatówki w 1938 r. z okazji jego otwarcia. Miałem wtedy 21 lat, byłem sierżantem podchorążym. Zostałem zaproszony przez pana Strakacza, zaproszenie dostał też syn gen. Sosnkowskiego, który był w korpusie kadetów we Lwowie. Na balu był cały rząd. Widziałem, że wszyscy ludzie mieli dla siebie dużo szacunku. Utkwiło mi w pamięci, że właśnie osoby na tak wysokich wtedy stanowiskach odnosiły się do nas, młodych chłopaków, tak jakbyśmy byli im bardzo bliscy. W każdym razie z młodych lat wyniosłem takie przekonanie, że szacunek dla człowieka jest rzeczą fundamentalną. Jeśli nie będziemy szanować przeciwników, nigdy nie dojdziemy do żadnych wspólnych wniosków i porozumień, które dają pozytywny efekt dla ojczyzny. Bo przecież Polska jest jedna. My jesteśmy wielką rodziną. Nie mogą tego niektórzy zrozumieć, że obojętnie, jakiej ktoś jest narodowości, polskiej czy żydowskiej, i jakiego wyznania, prawosławnego, ewangelickiego czy katolickiego, to przecież jest tak samo Polakiem. Byłem wzruszony wtedy w Parku Wolności, bo jak się skończyły oficjalne obchody, podszedł do mnie przewodniczący mojżeszowego wyznania i uściskał mnie.

Najważniejsze jest właśnie to, żeby młodzież, przyszłe pokolenia, jakoś – nazwijmy to – dogadały się i żeby nie było żadnych starć, bo to niczego dobrego nie przynosi. Wszelkie takie awantury, jak teraz się słyszy, używanie przy tym niestosownych słów, dla mnie i dla całego mojego pokolenia to są rzeczy zupełnie niezrozumiałe. To źle, jeśli Polak do Polaka tak się odnosi.

Ale wiele osób uważa, że jak się ma siłę, jak w przypadku niektórych ugrupowań, bądź przewagę w Sejmie, szacunek nie jest potrzebny. Bo wszystko można narzucić. Ludziom się wydaje, że rozmowa czy szacunek świadczą o słabości.
– No właśnie, tak się niektórym wydaje. A przecież w Sejmie tak samo powinno się mówić ładnym językiem, nie używać niegrzecznych słów, nie rozdrażniać nikogo, bo potem tworzy się taka fatalna atmosfera. Przecież te wszystkie awantury są zupełnie niepotrzebne. Po co Polaków szczuć jednych na drugich? Wychowanie, wychowanie i jeszcze raz wychowanie. Harcerstwo… Ja byłem w harcerstwie. A najważniejsze ideały harcerza to miłość bliźniego i miłość ojczyzny, dla której wszystko można poświęcić.

Zależy panu na tym, aby młode pokolenie odpowiadało pana wyobrażeniom. A przecież kiedy człowiek ma 100 lat, może sobie powiedzieć: „Mam to w nosie, co mnie to obchodzi”.
– Jakby każdy powiedział, że to go nie obchodzi, toby było niedobrze. Wychowanie jest najważniejszą rzeczą. Ogromne znaczenie mają szkoła i dom rodzinny. Ale przede wszystkim w życiu ważne jest szczęście.

Ale na szczęście nie mamy wpływu.
– To prawda. A bez szczęścia naprawdę trudno dokonać tych rzeczy, które człowiek chciałby zrobić. Miałem trzy lata, jak ostatnim pociągiem spod Kijowa wróciliśmy do Polski. Od tego momentu mam szczęście. Cały czas. Całe moje życie to jest pasmo niebywałego szczęścia i bożej opieki. W to, co przeżyłem w czasie wojny, trudno uwierzyć, bo ja sam nie mogę w to uwierzyć. Tyle moich koleżanek i tylu moich kolegów zginęło. A dlaczego ja żyję? To bardzo trudne do zrozumienia: dlaczego jedni ludzie giną, a drugich kule omijają.

Wydanie: 33/2018

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy