Celem ministra jest pacyfikacja nauczycieli

Celem ministra jest pacyfikacja nauczycieli

Lex Czarnek to pakiet zmian prawnych, które mają ograniczyć autonomię szkół


Jarosław Pytlak – od 1990 r. dyrektor Szkoły Podstawowej nr 24 STO w Warszawie, od 2007 r. Zespołu Szkół. Biolog i pedagog, nauczyciel biologii, chemii i przyrody, harcmistrz. Odznaczony Medalem Komisji Edukacji Narodowej, Srebrnym Krzyżem „Za zasługi dla ZHP” oraz Złotą Odznaką Społecznego Towarzystwa Oświatowego. Autor bloga Wokół szkoły.


Ma pan komplet nauczycieli?
– Mam.

Szczęściarz z pana.
– Wiem. Ale jeśli ja mam, ktoś inny nie ma. Brak nauczycieli stał się zjawiskiem chronicznym, a nie czasowym, występującym wraz z początkiem roku szkolnego. Znajomi dyrektorzy mają kłopot, zatrudniają studentów. Nie jest tak, jak było jeszcze do niedawna: dajesz ogłoszenie i zatrudniasz.

Nauczyciele powinni być zadowoleni: poluje na nich praca, a nie na odwrót, płace mają wzrosnąć, biurokracja ma zmaleć…
– Pan minister Przemysław Czarnek mówi, co uważa za stosowne powiedzieć, i jeśli powie to wielokrotnie, część odbiorców uzna, że tak jest. Media, w których się wypowiada, nie są mediami czytanymi przez większość nauczycieli. Czytają je wyborcy obecnej władzy. Pewnie na jego miejscu robiłbym to samo. Gorzej, jeśli on w to wszystko wierzy. Ale nie mam aż tak złego zdania o intelekcie pana ministra, żeby wierzyć, że on w to wierzy. Uważam, że działalność ministra i to, co mówi, jest świadomą manipulacją. To polityk, który chce osiągnąć swoje cele, najlepiej jak najmniejszym kosztem.

Z drugiej strony nauczyciele i ich związki zawodowe też bywają zapętleni w swoich tłumaczeniach. Weźmy fundusz socjalny. Wśród różnych propozycji pana Czarnka zostało zapisane, że fundusz ma być na zasadach ogólnych. Tymczasem dziś jest dużo wyższy niż w innych zakładach pracy. Nauczyciel więc, czytając o podwyżkach, wie, że minister odbiera mu pieniądze z tego funduszu, przekłada z jednej kieszeni do drugiej. Nieznający zaś sytemu oświatowego odbiorca tego nie wie. Nauczyciele, opisując swoją niedolę, raczej nie wspominają, że mają wyższy fundusz socjalny.

Wyjaśnijmy sprawę systemu nauczycielskich wynagrodzeń, który jest skomplikowany do absurdu.
– Właśnie dlatego, że jest tak skomplikowany, każda próba racjonalizacji zostanie natychmiast oprotestowana. Tylko jednoczesne wrzucenie mnóstwa pieniędzy i skorygowanie absurdów mogłoby liczyć na w miarę powszechne poparcie. To naprawdę stajnia Augiasza, która potrzebuje swojego Herkulesa. Ale jest w niej mnóstwo pułapek. Na przykład należę do tych, którzy są przekonani, że etat nauczycielski etatowi nauczycielskiemu nierówny. To, że wszyscy nauczyciele w szkołach publicznych mają jeden wymiar etatu, nie odzwierciedla rzeczywistego obciążenia pracą.

Wiem coś o tym, pracowałam jako polonistka.
– Ale też wie pani, jak kończy się każda próba powiedzenia tego głośno. Jest oprotestowywana. Nie jako nieprawda, tylko jako wbijanie klina w środowisko nauczycielskie. Tak jakby było ono monolitem. Jest monolitem w tym sensie, że wszyscy równo klepią biedę. Ale naprawdę nie ma dobrego systemu wartościowania pracy nauczycieli. Na zdrowy rozum ktoś, kto sprawdza 50 wypracowań, ma więcej roboty niż ktoś, kto tego nie robi. Mam oczy i widzę, ile pracują nauczyciele w mojej szkole.

Minister proponuje podniesienie pensum.
– Z punktu widzenia ministra jest to logiczne: nie mam pieniędzy, chcę, żeby ludzie więcej zarabiali, a raczej chcę dać więcej pieniędzy pojedynczym nauczycielom, muszę więc podnieść pensum. Przecież teraz też wielu nauczycieli pracuje w nadgodzinach, bo nie ma chętnych do pracy w szkole. Minister na to: zamiast brać nadgodziny, macie je w etacie. Tyle że te pieniądze są na poziomie zupełnie oderwanym od wymaganych kwalifikacji, a obecnie również od warunków pracy.

Powiedział pan: minister, manipulując, realizuje swoje cele. Jakie?
– Jego celem jest pacyfikacja nauczycieli. Elementem tego jest wywarcie na suwerenie wrażenia, że nauczycielom jest dobrze i są mu wdzięczni. To doprowadzona do perfekcji technologia rządzenia – szczuć jednych na drugich.

Walka z biurokracją jest fikcyjna.
– Oczywiście, zmiany proponowane przez ministra absolutnie nie ograniczają biurokracji. Ruch wykonany w rozporządzeniu na początku września jest pozorny. Źródłem biurokracji jest strach dyrektorów, szkoły produkują mnóstwo papierów po prostu na wszelki wypadek. Zgody na to, zgody na tamto. Minister Czarnek chce uczynić z systemu edukacji narzędzie kształtowania młodego pokolenia w duchu określonym przez partię rządzącą. Podąża w ten sposób szlakiem wytyczonym wcześniej na Węgrzech. Kolejnym krokiem według tego wzorca będzie zatrudnianie dyrektorów szkół i nauczycieli przez kuratoria lub inną instytucję państwową, specjalnie do tego powołaną. Nauczyciel w konsekwencji może stać się, w zamian za wyższą pensję, urzędnikiem państwowym pozbawionym kompletnie samodzielności.

To właśnie ufundowanie całego systemu edukacji na kompletnym braku zaufania do ludzi i obawie przed kontrolą powoduje rozkwit biurokracji. Także z tego powodu proponuję włożyć między bajki twierdzenie, że nauczyciele będą mogli teraz poświęcić więcej czasu uczniom. Kwitnie produkcja papierów w związku z pracą z dziećmi o specjalnych potrzebach edukacyjnych – WOPFU i IPET. Są plany naprawcze – jeden z nauczycielskich mitów. Są sprawozdania z dodatkowych zajęć i pełnionych funkcji, zespołów przedmiotowych itp. Wszelakie dokumenty dotyczące pomocy psychologiczno-pedagogicznej, sprawozdania z wycieczek, wypisywanie szkoleń i tzw. samochwałka na koniec roku – wypisywanie swoich osiągnięć. Jest pisanina przy awansie zawodowym. Dokumentów naprawdę przydatnych, służących doskonaleniu pracy, jest w tym wszystkim niewiele.

Uf, w oświacie liczy się tylko to, co na papierze, co w ten sposób daje się udokumentować.
– Tak, to są prawdziwe źródła szkolnej biurokracji, np. stosy oświadczeń podpisywanych przez rodziców podczas pierwszego zebrania. Każda kontrola, jakiej można się spodziewać, opiera się przede wszystkim na analizie dokumentacji.

Minister Czarnek nigdy nie był nauczycielem, więc nie wie, na czym polega szkolna biurokracja.
– Czy wie pani, jaki nakład ludzkiej pracy jest potrzebny, żeby zasilać danymi System Informacji Oświatowej? Według moich obliczeń to co najmniej osobne pół etatu. „Ktoś to zrobi”. W jednych szkołach kadrowa, w drugich wicedyrektor, w innych specjalnie wyznaczeni nauczyciele. Mówię teraz o szkołach niepublicznych, w których możemy na ogół sobie pozwolić na wyznaczenie jakiegoś stanowiska. W szkole publicznej zaś liczba stanowisk jest ograniczona. Przez cały okres istnienia SIO nikt nie zapytał, kto to wypełnia. Przypomnę, że SIO reklamowano, że nie będzie sprawozdań dla GUS. Robimy i jedno, i drugie.

Wróćmy do pacyfikowania nauczycieli. Potężnym starszakiem są komisje dyscyplinarne. Było kilka spraw z powodu udziału w Strajku Kobiet.
– System oświatowy to plus minus 30 tys. placówek, 30 tys. dyrektorów. Zgodnie ze statystyką muszą trafiać się w nim różni ludzie, także tacy, którzy czepiają się bzdur lub bez uzasadnienia kierują sprawę do komisji dyscyplinarnej. Dla mnie gorszym przykładem chwytania nauczycieli za twarz, ubezwłasnowolniania, jest planowany nakaz uzyskiwania zgody kuratorium na zapraszanie do szkoły organizacji pozarządowych. Ministerstwo chce zapewnić państwu i jego funkcjonariuszom zgrupowanym w kuratorium monopol na decydowanie o działalności programowej szkół. Inna sprawa, że organizacje pozarządowe bywają różne, a społeczność rodzicielska jest podzielona i wejście kogoś na ogół będzie budziło emocje. Jednak dotychczas dyrektor musiał uzgadniać to z radą rodziców. To było demokratyczne, uwzględniało rodzicielskie prawo do współdecydowania. Rodzice pojedynczych dzieci mogli nie wyrazić zgody na to czy tamto. Natomiast gdy wszystko poza realizacją podstawy programowej jest koncesjonowane przez władze, szkoła staje się ubezwłasnowolniona. Jako instytucja państwowa ma ona realizować politykę państwa, a wszelka inicjatywa będzie niemile widziana.

Zmieniły się też zasady konkursów na dyrektora, choć i dziś wiele z nich było fikcją.
– Ten problem nie dotknie szkół niepublicznych. Bardziej nas dotknie możliwość wystąpienia do organu prowadzącego o odwołanie. I to prawda, niektóre konkursy dotąd również były fikcją. Nadzór pedagogiczny, choć słuszniej by go nazwać nadzorem politycznym, zostaje przy konkursach na dyrektora wzmocniony, i to na pewno jest wyraźny symbol kierunku zmian. Będzie miał wystarczająco dużo głosów, żeby zyskać pewność zablokowania niechcianej kandydatury. Inna sprawa, że akurat na tym polu jeszcze chwila i nie będzie z kogo wybierać. Nikt specjalnie się nie rwie do bycia dyrektorem szkoły czy przedszkola.

Zwiększy się także rola kuratora. Będzie on niemal jak prokurator.
– Minister chciałby zarządzać osobiście całą oświatą, a ponieważ to niemożliwe, potrzebuje emisariuszy – kuratorów. Pierwsza zmiana, jaką PiS zrobiło – kuratorium przestało być organem samorządu, a stało się organem państwa. Gdybym więc miał sprzątać po obecnych rządach w oświacie, zrobiłbym odwrotnie. Ale nie likwidowałbym kuratoriów.

A do czego niby kuratoria są takie potrzebne?
– Przez 30 lat mam same dobre doświadczenia z kuratorium. Wizytatorki wielokrotnie udzieliły mi porady, pomogły. Jak organizuję wypoczynek, rejestruję go w kuratorium. Ilekroć miałem pytania, udzielono mi na nie kompetentnych odpowiedzi. Choćby dlatego zostawiłbym kuratoria jako organ samorządowy. Choć wiem, że wielu ludzi ma złe doświadczenia i oni mogą myśleć inaczej.

Ale przecież nie dostał pan odpowiedzi z kuratorium na pytanie o podstawę prawną obarczenia szkół akcją organizowania szczepień.
– Nie dostałem. Zasięgnąłem jednak opinii prawnej. Powiedziano mi, że niektóre elementy tej akcji da się podciągnąć pod zadania dyrektora zapisane w prawie. Ale już szczepienie przy tej okazji rodziców nie ma żadnej podstawy.

Boję się szkoły pod sztandarami ministra Czarnka. Jak się nie dać ideologizacji?
– Nie czuję się uprawniony do radzenia komukolwiek. Mogę jedynie powiedzieć, co sam robię. Po prostu robię swoje, tzn. staram się postępować zgodnie ze zdrowym rozsądkiem. Pewnie jeśli zostanie uchwalone tzw. lex Czarnek, będzie mi trudniej. Natomiast w relacji szkoła-uczniowie, szkoła-rodzice dzieje się to, co działo się dotychczas.

Dlaczego tak się boicie lex Czarnek?
– Najkrócej rzecz ujmę tak: jest to cały pakiet zmian prawnych, które mają ograniczyć autonomię szkół.

Jest też odpowiedzialność karna dyrektorów szkół.
– To już nie lex Czarnek. Autorem tej osobnej inicjatywy prawnej jest Michał Wójcik, wiceprzewodniczący Solidarnej Polski i wiceminister sprawiedliwości. Wprowadzenie do prawa oświatowego konkretnych sankcji karnych: trzy lata więzienia, pięć lat więzienia, jest w mojej ocenie przejawem upolicyjnienia państwa. Przestępstwa powinny być w kodeksie karnym, a nie w prawie branżowym.

We wspomnianej inicjatywie jest ciekawe sformułowanie „szkoda małoletniego”. Co to takiego?
– Tego nie wie nikt. Może nią być wszystko. Bezdyskusyjną sprawą jest oczywiście śmierć czy kalectwo. Ale w dzisiejszym społeczeństwie szkodą małoletniego może być np. opowiedzenie mu o szczepionkach. Pytanie też, kto będzie decydował o tym, czy coś jest szkodą, czy nie. Za pewne działania lub swoje zaniechania jako dyrektor szkoły już w obecnym stanie prawnym mógłbym ponieść odpowiedzialność karną. Ale władza chce podnieść stan zagrożenia dyrektora placówki oświatowej na wyższy poziom.

Co panu najbardziej przeszkadza w tej chwili?
– Ogólne wypalenie społeczne. Wszyscy mamy raczej kiepski nastrój. Wynika on z braku perspektyw. 20 lat temu wiedziałem, co chciałbym mieć w szkole za pięć lat, widziałem cel. Teraz? Po prostu utrzymujemy się na powierzchni. Mam jedynie nadzieję, że za pięć lat nie będzie gorzej. To żadna przyjemność… Do tego dochodzi przywołane już zwaśnienie nas, szczucie jednych na drugich. Obecna władza polityczna jest skutkiem zmian w społeczeństwie. Wewnątrz niego pojawiło się takie mnóstwo sprzecznych koncepcji, że nie widzę żadnego potencjalnego autorytetu, który mógłby skłonić ludzi do przyjęcia wspólnej perspektywy. Widzieć mógłbym ją w mojej szkole, zakładając, że nikt nie będzie mi wpychał kija w szprychy.

Tak, jestem skrajnym pesymistą, jeśli chodzi o możliwość uporządkowania oświaty. Jest milion pomysłów, co jeden, to mniej realny. Do tego jest nagromadzenie emocji, frustracji; powiedzenie: od dziś będziemy robić tak i będzie lepiej, zostanie natychmiast oprotestowane przez jakąś grupę. Przecież minister Czarnek też ma swoich zwolenników, jego poglądy są podzielane przez znaczną część społeczeństwa – ta jego LGBT-fobia…

Ale pan dołuje.
– Nie mam nic optymistycznego do powiedzenia. Nie mam recepty ani słów pokrzepienia. Jeśli rodzicom teraz jest źle, powiem: będzie wam jeszcze gorzej. Jeśli ktoś mnie pyta, czy warto być dyrektorem, powiem: ochłoń, napij się wody. Jestem w tej szkole tyle lat, więc szkoda mi tego, co tu osiągnąłem. Dziś jeszcze trzymam front z rozsądnym poziomem zagrożenia. Ten poziom zwiększa jednak każdy pomysł typu lex Czarnek. Zawsze dobrze funkcjonowałem, gdy widziałem cel. Dziś o niego coraz trudniej. Tym bardziej że rodzice w swojej masie są bardzo konserwatywni, wcale nie chcą rewolucyjnych zmian. To plus lata zaniedbań w budowaniu sensownych zasad pracy nauczycieli powoduje, że o jakąkolwiek zmianę będzie bardzo trudno, niezależnie od tego, kto będzie rządził. Nic się nie zmieni, póki znacząca część społeczeństwa nie zrozumie, że edukacja jest najważniejsza na świecie.

b.igielska@tygodnikprzeglad.pl

Fot. Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 41/2021

Kategorie: Kraj, Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy