Ziobro – nowy bliźniak

Ziobro – nowy bliźniak

Jarosław Kaczyński uznał, że najlepszym wyjściem z impasu, w którym znalazł się jego rząd, będzie szokowanie publiczności

Już wiemy, na czym polegać będzie nowe w polskiej polityce, co zmieniło odejście Ludwika Dorna. Wiemy, że jego miejsce zajęła ekipa Zbigniewa Ziobry, jego prokuratorzy. Ta ekipa miała być motorem nowej polityki braci Kaczyńskich. I jest – oto bowiem przed kamerami wyprowadzono z kliniki kardiochirurga, 47-letniego Mirosława G. Zakutego w kajdanki, otoczonego zamaskowanymi policjantami. Chwilę później Zbigniew Ziobro i szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego, Mariusz Kamiński, ogłosili, że kardiochirurg był bezwzględnym i cynicznym łapówkarzem, ba, w zasadzie mordercą. „Mogło dojść do zbrodni zabójstwa”, mówił Kamiński. Jak? Obaj politycy opisali „mechanizm morderstwa”: dr G. przeszczepił pacjentowi serce, po czym miał zażądać łapówki. Ale ponieważ rodzina chorego była zbyt biedna i nie mogła zapłacić, lekarz odłączył go od aparatury, skazując na zgon. „Pewni pacjenci stali się zbędnym towarem zajmującym łóżka, trzeba było je zwolnić dla bardziej cennych z punktu widzenia ordynatora”, komentował Kamiński. Prokuratura postawiła lekarzowi zarzut zabójstwa. „Nikt nigdy nie będzie pozbawiony życia przez tego pana”, mówił Ziobro.
Temat stał się wart czołówki „Wiadomości” telewizji Wildsteina. „Zamordował pacjenta, bo nie dostał od niego łapówki”, usłyszeliśmy w pierwszym zdaniu. „Doktor Śmierć”, napisały na pierwszych stronach PiS-owskie gazety.
Zagrało? W oczach części wyborców, tych gorzej wykształconych, o autorytarnych skłonnościach, rząd pewnie zyskał. Pokazał swoją siłę i wolę. Oni przecież nawet nie słyszeli, że i prof. Religa, i inni fachowcy stanowczo wykluczyli taką możliwość, że jakikolwiek lekarz mógłby odłączyć pacjenta od aparatury wedle swego widzimisię. Takie decyzje podejmowane są przez zespół lekarzy, po spełnieniu określonych warunków. W tym przypadku pacjent, którego odłączono od aparatury, praktycznie nie żył. Dziennikarze dotarli do jego syna. Z jego opowieści nie wynika, by Mirosław G. żądał od rodziny łapówki, ba, wynika coś przeciwnego, że walczył do końca o życie pacjenta.
Jak było, rozstrzygnie sąd.
Tak w każdym razie powinno być w cywilizowanym kraju. Tymczasem w Polsce na kardiochirurga wydano wyrok. I Kamiński, i Ziobro, na nic nie czekając, nazwali go mordercą. Najwyżsi rangą funkcjonariusze państwa dokonali na lekarzu linczu.
Wypełzły na światło dzienne upiory z najgorszych dla Polski czasów. Gdy władza autorytarna, by zademonstrować swą siłę, a i zagrać na najniższych instynktach, wyżywała się w pokazowych aresztowaniach, pokazowych procesach i pokazowych wyrokach.
Te upiory, nie miejmy złudzeń, szybko się nie schowają. Na taką politykę postawił bowiem Jarosław Kaczyński. Absolutnie świadomie.

Wybór Jarosława

O tym, że mieliśmy w przypadku dr. G. do czynienia z ordynarną pokazówą, niech świadczy jeszcze jeden element. Otóż w Polsce corocznie zatrzymuje się kilku-kilkunastu lekarzy (także ordynatorów) pod zarzutem przyjmowania łapówek. Do tej pory żadnemu zatrzymaniu nie towarzyszyły kamery, nie robiono medialnego przedstawienia z wyprowadzaniem człowieka w kajdankach, nie organizowano zaraz konferencji prasowej.
Teraz było inaczej, PiS odniosło z tego wydarzenia jeszcze jedną korzyść – przykryło nim wyrzucenie z MSWiA Ludwika Dorna.
Dziś, po kilkunastu dniach od jego odejścia, dość dokładnie wiemy, dlaczego do tego doszło. Nie była to żadna kłótnia między Kaczyńskimi a „trzecim bliźniakiem”, decyzja podjęta pod wpływem emocji. Premier, zanim przyjął dymisję swego zastępcy, dokładnie wszystko sobie przemyślał. Przypomnijmy: Dorn pismo z rezygnacją wysłał do Kancelarii Premiera 24 stycznia, a zdymisjonowano go dwa tygodnie później.
I natychmiast po jego odejściu ruszyła kadrowa machina. Ministrem spraw wewnętrznych został prokurator Janusz Kaczmarek, szef Prokuratury Krajowej. A komendantem głównym policji Konrad Kornatowski, wieloletni podwładny Kaczmarka, jeszcze z czasów gdańskich, ostatnio szef biura ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej w Prokuraturze Krajowej. Do tego dodajmy jeszcze jedną osobę – Bogdana Święczkowskiego, który od września 2006 r. kieruje Agencją Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Wcześniej Święczkowski organizował w Prokuraturze Krajowej biuro ds. zwalczania przestępczości zorganizowanej i był jego pierwszym szefem.
Te zmiany przeprowadzone zostały bardzo szybko i sprawnie, było jasne, że taka była wola premiera. Tym samym Zbigniew Ziobro stał się faktycznym „superministrem” od spraw siłowych. Bo on i jego niedawni podwładni kontrolują prokuraturę, MSWiA (w tym Biuro Ochrony Rządu), policję i ABW. To oczywiście nie jest przypadek, lecz celowe działanie.
Sporo światła na ów cel rzuca list Ludwika Dorna do premiera, który to list został upubliczniony. List powstał po tym, jak 10 lutego „Rzeczpospolita” zarzuciła Dornowi, że chronił przed policjantami z Centralnego Biura Śledczego jednego z zastępców komendanta głównego policji, Waldemara Jarczewskiego, który miał był powiązany z Henrykiem Stokłosą. W tej grze CBŚ mieli wspierać Zbigniew Ziobro i Janusz Kaczmarek.
„Artykuł w „Rzeczpospolitej” jest zlepkiem pomówień i insynuacji, tak pod adresem moich współpracowników, jak i moim. Mógłbym go pominąć milczeniem, gdyby nie to, że uwiarygodnił go, a poniekąd pośrednio autoryzował mój następca Janusz Kaczmarek”, napisał w liście Dorn. Dodając: „W przeszłości zarówno Pan Premier, jak i ja wielokrotnie byliśmy ofiarami oczerniających kampanii w środkach masowego przekazu. Obaj dobrze znamy mechanizmy polityczne, które prowadzą do publikacji tego typu artykułów”.
Sugestia była oczywista: Kaczmarek i Ziobro (delikatnie mówiąc) zainspirowali artykuł w gazecie. Po to, by dobić Dorna. Wyrzucenie go z MSWiA pozbawiało go większości jego wpływów, artykuł w „Rzeczpospolitej” miał go upokorzyć, przedstawić opinii publicznej jako osobę podejrzaną, niegodną. Dorn postawiony został więc pod ścianą, publiczny list do premiera był jego jedynym środkiem obrony. Nie jest to zresztą jakaś nowość w życiu publicznym, w dawnych czasach takie listy do pierwszych sekretarzy partii komunistycznych pisali działacze, którzy popadli w niełaskę, których aresztowała bezpieka.
Jest w liście Dorna jeszcze jeden element wart zauważenia. Otóż pisze on tak: „Co najmniej parokrotnie – w obecności Pana Premiera – zwracałem uwagę Ministrów Ziobry i Kaczmarka na szkodliwą praktykę mnożenia ponad potrzeby prokuratorsko-policyjnych grup operacyjno-śledczych i obciążania nadmiarem zadań funkcjonariuszy policji o najlepszych kwalifikacjach i największym doświadczeniu”. Dorn opisuje więc realny spór, który toczył z Ziobrą i Kaczmarkiem. Oni chcieli powoływania prokuratorsko-policyjnych grup operacyjno-śledczych, i to wręcz masowego, on był temu przeciwny. I w końcu Jarosław Kaczyński wybrał Ziobrę i Kaczmarka.

Ekipa Zbigniewa

Wybór Kaczyńskiego bez cienia przesady był jedną z najważniejszych jego decyzji w ostatnich latach. Bo tym samym wybrał strategię działania, drogę, którą będzie szedł, a także ekipę, która będzie jego politykę realizowała.
To był wybór świadomy. Na początku lutego, czyli w czasie gdy dymisja Dorna leżała u niego w biurku, premier udzielił wywiadu „Dziennikowi”. Skarżył się w nim na pracę policji i organów ścigania. Mówił: „Sformułowania typu: „gardła za nich dawać nie będziemy” wcale nie są takie rzadkie. To akurat nie pochodzi z prokuratury, tylko z innej służby, ale dobrze oddaje klimat panujący w niektórych środowiskach”. Pomińmy oczywisty fakt, że żaden funkcjonariusz czy urzędnik nie jest od „dawania gardła”, tylko do jego obowiązków należy działanie zgodne z prawem i według określonych procedur. Ważniejsze były oczekiwania, które premier wygłosił. No i zawarta w tym zdaniu sugestia, że jest ekipa, które je spełnia.
Ta ekipa to grono od dawna ze sobą współpracujących prokuratorów. Dynamicznych, oddanych PiS i bezwzględnych. Świadczy o tym chociażby sposób, w jaki zamierzali wykończyć Dorna (wniosek, że to któryś z nich inspirował artykuł w „Rzeczpospolitej”, nasuwa się sam) – bo trzeba sporej biegłości w świecie mediów (nawet uwzględniając zmiany kadrowe, które zaszły w „Rz”), by zamieścić tam artykuł, no i sporo bezwzględności, by był on właśnie TAKI.
O oddaniu PiS świadczą z kolei inne fakty. Gdy telewizja TVN pokazała taśmy Beger i na własne uszy słyszeliśmy, jak Adam Lipiński, sekretarz stanu w kancelarii premiera Kaczyńskiego, obiecywał posłance Samoobrony pomoc urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości w uregulowaniu jej kłopotów z wymiarem sprawiedliwości i utworzenie w Sejmie specjalnego funduszu po to, by spłacać jej weksle, Ziobro uznał, że nie jest to żadna korupcja, tylko zwykłe polityczne negocjacje. Gdy Jacek Kurski oskarżył Donalda Tuska, że PZU fundował mu niemal darmowe billboardy, i gdy okazało się, że na potwierdzenie tych oskarżeń nie ma dowodów, Ziobro przyniósł na konferencję prasową niszczarkę i pokazywał, jak działa, by przekonywać dziennikarzy, że dokumentów nie ma, bo widocznie zostały zniszczone.
Innego rodzaju majstersztykiem było śledztwo, które prowadziła prokuratura gdańska, czyli Janusz Kaczmarek, w sprawie drukarni Stella Maris, „sprzedającej” lewe faktury VAT. Drukarnia należała do archidiecezji gdańskiej, kierowanej przez abp. Gocłowskiego. Ale okazało się, że najbardziej winnym w całej sprawie jest… były szef pomorskiego SLD, Jerzy Jędykiewicz. Dodajmy, że abp Gocłowski był bardzo zadowolony ze śledztwa i chwalił prokuratora Kaczmarka za sposób, w jaki zostało ono poprowadzone.
Z kolei o Bogdanie Święczkowskim, szefie ABW, wiele mówi komentarz, który wygłosił Paweł Graś, poseł i członek Komisji ds. Służb Specjalnych, zaraz po jego nominacji: „Mam nadzieję, że ta nominacja nie oznacza, że w kampanii wyborczej służby specjalne będą wykorzystywane do celów politycznych”. Święczkowski to kolega Zbigniewa Ziobry, z którym robił on aplikację prokuratorską. Do grona ludzi Kaczyńskiego trafił w roku 2001, kiedy to ówczesny wiceminister sprawiedliwości, czyli Ziobro, ściągnął go do Prokuratury Krajowej. Tu – jak podała „Gazeta Wyborcza” – pracował w powołanych przez ministra Kaczyńskiego zespołach prowadzących śledztwa przeciwko dziennikarzom śledczym. Zajmowały się one ustalaniem źródeł przecieków w instytucjach państwowych. Badały m.in. okoliczności powstania opublikowanych w „Rzeczpospolitej” tekstów na temat wojewody śląskiego, Marka Kempskiego, czy też Jerzego Widzyka, pełnomocnika ds. usuwania skutków powodzi. Warto dodać, że w sprawie inwigilacji mediów, bo tak zostało to nazwane, spoczywa w Sejmie wniosek o powołanie komisji śledczej. A Donald Tusk powiedział, że jeżeli ten Sejm jej nie powoła, zrobi to następny.
Po raz kolejny nazwisko Święczkowskiego pojawiło się w mediach z okazji wielkiej akcji Prokuratury Krajowej, która domagała się od prokuratur apelacyjnych w całym kraju informacji, czy przeciw braciom Merklom, biznesmenom i działaczom KLD, toczyły się bądź toczą się jakieś śledztwa.
Wśród dzwoniących z Prokuratury Krajowej miał być Bogdan Święczkowski, dyrektor biura ds. przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej, i Jerzy Ziętek, szef biura postępowania przygotowawczego tej prokuratury. Ziętek powoływał się na polecenie Janusza Kaczmarka. A ten z kolei odparł dziennikarzom pytającym go o sprawę, że nie ma w tym nic wielkiego, po prostu prokuratura chce odpowiedzieć na pytanie „Gazety Polskiej”.
Z kolei „Gazeta Wyborcza” pisała o jego roli w sprawie gwarancji pieniężnych na 500 tys. zł wystawionych przez Radio Maryja dla spółki Rolhat związanej z Witoldem Hatką, posłem LPR. Święczkowski osobiście przesłał gwarancje faksem z Prokuratury Krajowej do prowadzącej śledztwo w sprawie Rolhatu prokuratury w Kaliszu. Gwarancje chroniły przed prawną odpowiedzialnością występujących w śledztwie działaczy LPR i Młodzieży Wszechpolskiej. Wśród nich Macieja Twaroga, prywatnie zięcia ministra Wassermanna.
Co warte zaznaczenia – Święczkowski zaprzecza, by brał udział w zespole inwigilującym media i w akcji przeciwko Merklom.
Jeżeli Święczkowskiego można nazwać zaufanym Ziobry, to zaufanym Janusza Kaczmarka jest Konrad Kornatowski, nowy komendant główny policji. Ich kariery są nierozłączne; gdy Kaczmarek kierował prokuraturą gdańską, Kornatowski był naczelnikiem wydziału i jej rzecznikiem, gdy Kaczmarek przeszedł do Prokuratury Krajowej, Kornatowski przeniósł się do stolicy. Obaj panowie odegrali niebagatelną rolę podczas afery billboardowej, którą wywołał Jacek Kurski. Kurski nie zdążył jeszcze wyjść z Prokuratury Krajowej, gdy do prokuratury Apelacyjnej w Warszawie skierowane zostało polecenie wszczęcia śledztwa i „podjęcia niezwłocznych czynności w sprawie”. Czyli wejścia i przeszukania. To właśnie Kornatowski, wówczas zastępca prokuratora apelacyjnego, wydawał w tej sprawie polecenia prokuraturze okręgowej.
Kornatowski, prokurator mający sukcesy w walce z kryminalną przestępczością, umoczony jest także w inną sprawę – gdy „Gazeta Wyborcza” i „Polityka” opisały sprawę SKOK-ów, te zarzuciły obu pismom uprawianie „czarnego PR”. Wówczas śledztwo podjęła prokuratura gdańska, angażując w sprawę… Centralne Biuro Śledcze. Przypomnijmy, CBŚ zajmuje się przestępczością zorganizowaną, i to z tej najwyższej półki. Ale Kornatowski bronił tej decyzji, mówiąc: „Interes społeczny wymaga, aby prokurator objął ściganiem ten czyn”.

Cel Kaczyńskiego

Nowa ekipa Kaczyńskiego jest więc znana. To nie są „starzy towarzysze broni” jak Dorn, ale wykonawcy. Czego możemy się po nich spodziewać?
Premier liczy na spektakularne sukcesy w walce ze światem przestępczym. Temu służyć mają zespoły policyjno-prokuratorskie i energia ich szefów. Sęk w tym, że nad tymi światłymi zamierzeniami zbierają się chmury. Życiorysy Ziobry, Kaczmarka i ich protegowanych świadczą jednoznacznie o tym, że nie są oni odporni na polityczne naciski. Przeciwnie, można ich podejrzewać, że będą służyć jako „zbrojne ramię partii”. Bo tej partii wszystko zawdzięczają. Trudno więc przypuszczać, że zachowają się jak gen. Adam Rapacki, twórca CBŚ, który wolał podać się do dymisji, niż zakładać podsłuchy prezydentowi Krakowa, Jackowi Majchrowskiemu.
Ale, wydaje się, klamka zapadła. Jarosław Kaczyński zadecydował, że najlepszym wyjściem z impasu, w którym znalazł się jego rząd, będzie nie wyciszanie konfliktów, lecz przeciwnie – szokowanie publiczności. To prokuratorzy (ileż razy w historii było to praktykowane…) mają być jej bohaterami. Znów chce zmobilizować swój elektorat, dać mu trochę radości i zastraszyć opozycję. Średnio wypalił raport WSI, więc wypalić będą musiały inne działa – bitwa z korupcją w służbie zdrowia, bitwa z PRL (ustawa deubekizacyjna i degradacja gen. Jaruzelskiego), kolejne „porażające” wieści. A przy ich zdobywaniu prokuratorzy i policjanci „mają dawać gardło”, czyli balansować na granicy prawa. Mądrzy ludzie wiedzą, czym to z reguły się kończy…
Kaczyński jest jak napastnik z jednym zwodem – innej polityki niż wywoływanie awantur i straszenie prowadzić nie potrafi.
Właśnie znalazł do niej nowych wykonawców.

********
Co chce osiągnąć PiS, obsadzając kolejne instytucje prokuratorami?

Stefan Niesiołowski, senator PO
Mówiąc żartem – skoro PiS obsadza instytucje prokuratorami, to Platforma Obywatelska będzie musiała obsadzać te same instytucje adwokatami. A poważnie – jednak nie rozumiem, o co chodzi. To jakaś walka niczym w rewolucji francuskiej, kiedy Robespierre pokonał Dantona, gdzie Kaczyński jest Robespierre’em a Dorn Dantonem. Przypominam jednak, że Danton, idąc na szafot, powiedział do Robespierre’a: pójdziesz za mną. Trzy miesiące później Robespierre jechał na tym samym wózku, a radość gawiedzi była tak wielka, że wielu nie mogło się dopchać, aby coś zobaczyć. Takie analogie historyczne są tylko częściowo trafne. To jest walka frakcji w PiS, frakcja Kaczmarka wygrała, ale to burzy zasadę apolityczności policji, bo politycy ją obejmują. W okresie transformacji udało się wprowadzić apolityczne służby mundurowe, ale PiS to łamie. Prokurator generalny jest politykiem i jego polityczny wpływ na policję oceniam bardzo niedobrze.

Grzegorz Napieralski, sekretarz generalny SLD
Sprawa jest prosta i czytelna. W PiS wygrała doktryna rozliczeń i kontrolowania obywateli. MSWiA i policja w pojęciu PiS mają służyć do nadzorowania obywateli. Głównym zadaniem będzie nie chwytanie bandytów, ale kontrola przeciwników politycznych. Do tego dobrym narzędziem są akta osobowe i inne dokumenty znajdujące się w posiadaniu służb tajnych, policji, urzędów administracji. Może więc w konsekwencji dojść do tego, że polityk SLD, który przejedzie na czerwonym świetle, otrzyma karę trzech miesięcy aresztu głównie dlatego, że jest przeciwnikiem politycznym.

Bronisław Komorowski, wicemarszałek Sejmu (PO)
PiS chce pogłębić wrażenie, które jest niewątpliwie dobrze przyjmowane przez wyborców tej partii, że o wszystkim będą rozstrzygali prokuratorzy. Choć jest to groźne, może zostać pozytywnie przyjęte przez elektorat, który zobaczy, że coraz więcej jest osób zatrzymanych „w sprawie”. Jest to zarazem jakaś ukryta wojna pomiędzy Ludwikiem Dornem a Zbigniewem Ziobrą, który poszerza swoją strefę wpływów, a zarazem daje swoiste wotum nieufności w stosunku do wszelkich służb mundurowych, wobec wojska, WSI, a teraz policji. Przywódcy PiS ujawniają w ten sposób swój polityczny kompleks odziedziczony po słusznie minionych czasach PRL, kiedy policja, służby i wojsko były po przeciwnej stronie barykady politycznej.

Marek Borowski, lider SdPl
Naczelną ideą PiS jest walka z przestępczością i układem, a prokuratorzy się do tego dobrze nadają. Ziobro zwyciężył nad Dornem, ale elementem niebezpiecznym jest brak odpowiedzi na pytania o przyczyny konfliktów. Ponoć Dorn bronił wicekomendanta głównego policji. Ale jeszcze bardziej symptomatyczna jest wypowiedź Kaczmarka, że policjanci nie angażowali się w walkę z „układem warszawskim”. Takie stwierdzenia wymagają wyjaśnienia i opozycja powinna się tego domagać. Gdyby coś takiego zdarzyło się za rządów SLD, że np. policja nie za bardzo ściga mafię paliwową, to mielibyśmy już na karku komisję śledczą, a tutaj jest cicho. Osobiście nie wierzę, by policja zbratała się z układem, ale prawdopodobnie jest to, co w przypadku komendanta policji małopolskiej, Rapackiego. Prokuratorzy ogarnięci żądzą tropienia układów skłonni byli do zakładania podsłuchów i podglądów, a także łapówek kontrolowanych i stosowania innych metod operacyjnych, co w pewnym zakresie zatrąca o działalność polityczną, a policja nie była zbyt skłonna, aby za każdym razem wdawać się w politykę. Rapacki odmówił. Ja też jestem za łapaniem przestępców i likwidowaniem korupcji oraz niszczeniem układów, ale u nas nie ma takiej sytuacji jak we Włoszech, gdzie co drugi polityk był w coś uwikłany. Wywieranie nacisku na prokuratorów oznacza, że wchodzi zasada używania metod operacyjnych i obawiam się, że będzie tego więcej. Gdy czytam, że posłowie w Sejmie mówią do siebie szeptem i przekazują informacje na kartkach, to chyba coś w tym jest. Zakupy kontrolowane powinny być używane tylko w stosunku do osób, wobec których są poważne podejrzenia, że biorą łapówki. Jeśli jednak będzie się je stosować na podstawie dowolnego donosu wobec ludzi uczciwych tylko po to, by ich złapać, to będzie prowadziło do szaleństwa.

Jan Lityński, działacz Demokratów.pl
Moim zdaniem, następuje wymiana polityków na urzędników, a ponieważ urzędnicy są z resortu Ziobry, bo tych zna on najlepiej, odchodzą wyraziści politycy i zastępuje się ich bezbarwnymi urzędnikami. Kiedy szefami byli politycy, to mogli mieć własne zdanie. Tak odeszli Marcinkiewicz, Dorn, Sikorski, a przychodzą ludzie pokroju Fotygi, Kaczmarka, posłuszni wykonawcy. Kaczmarek odgrywa rolę wykonawcy poleceń politycznych.

Krzysztof Piesiewicz, senator, adwokat
Widocznie dobre kadry mają tylko w prokuraturze.

Prof. Andrzej Zoll, b. rzecznik praw obywatelskich
Nie wiem, czego oczekuje PiS, ale domyślam się, co chce osiągnąć minister sprawiedliwości. Zmierza do dosyć niebezpiecznego skoncentrowania w jednym ręku władzy w resortach zajmujących się sprawiedliwością i bezpieczeństwem. Jest to niepokojące i skłania do wniosku, że już najwyższy czas, by Ministerstwo Sprawiedliwości oddzielić od naczelnej prokuratury i nie pozwolić, by te dwa organy były w jednym ręku.

Leszek Piotrowski, adwokat, b. wiceminister sprawiedliwości
PiS chce uchwycić całość władzy, wszystkich podporządkować, a prokuratorzy mają potrzebne instrumenty, aby złapać za d… wszystkich. To się źle skończy, ale kiedy? Tak daleko wyobraźnią jeszcze nie sięgam.

Podinsp. Andrzej Szary, wiceprzewodniczący Zarządu Krajowego Związku Zawodowego Policjantów
Według naszej opinii prawnej, żaden cywil nie może być komendantem głównym policji. Jedynie funkcjonariusz z co najmniej sześcioletnią służbą może zostać mianowany komendantem głównym. Fakt, iż komendantem został prokurator, niczego dobrego nie wróży, bo patrząc okiem prokuratora, będzie się zajmował zwalczaniem i wykrywaniem, głównym zaś celem działania policji jest zapobieganie, profilaktyka. W policji jest kilka tysięcy oficerów i to, że żaden nie okazał się godny, by otrzymać stanowisko komendanta głównego, wyraża brak zaufania do całej polskiej kadry oficerskiej. Nie wiemy jeszcze, jak będzie się zachowywał nowy minister, jaki ma plan reformy policji. Reformujemy się już od 15 lat i końca tego nie widać, natomiast co roku zmienia się nam komendant główny, a wraz z nim koncepcja reorganizacji. W policji jest ok. 6 tys. nieobsadzonych stanowisk, nie ma kto pracować, tymczasem zapowiadają się kolejne odejścia.

Zbigniew Siemiątkowski, b. minister koordynator służb specjalnych
To można tłumaczyć na dwa sposoby. Jest to kolejna wygrana w rywalizacji wewnętrznej ministra Ziobry, ale nie trzeba mieć szczególnie rozwiniętej wyobraźni, aby wiedzieć, że im więcej władzy skupia w swoich rękach, tym szybciej zmierza do upadku, bo im więcej srok za ogon trzyma, tym słabiej trzyma. Po drugie, nic tak nie budzi niechęci i zazdrości u współtowarzyszy jak rosnąca władza kogoś innego. Ministrowi Ziobrze rośnie więc zastęp zazdrośników, którzy z olbrzymią satysfakcją będą się przyglądać spektakularnemu upadkowi. Lech i Jarosław Kaczyńscy też nie lubią, jak ktoś wyrasta ponad ich poziom, a świadczą o tym przykłady karier i ich spektakularny koniec Marcinkiewicza, Dorna i Sikorskiego. Nie zdziwiłbym się, gdyby Ziobro w którymś momencie wystartował w wyborach na prezydenta Warszawy, w każdym razie byłby to świetny sposób na pozbycie się go. Obsadzanie ważnych stanowisk prokuratorami ilustruje charakterystyczne dla obecnie rządzących przekonanie, że kadry mogą wszystko, a ponieważ wciąż nie można zwalczyć „układu”, bo on stawia opór, poszukuje się nowych, odważnych, z hartem ducha, którzy potrafią się posługiwać nakazem i zakazem i mają silną wolę zmian rewolucyjnych. Padło na prokuratorów z Gdańska i Katowic, bo ci są rycerzami bez skazy. Kiedy wreszcie przyjdzie opamiętanie, skończy się to wszystko „opcją zerową”. Prokuratura w V RP będzie jak WSI, trzeba będzie ją rozliczyć i rozwiązać. W praktyce przyjmie się ustawę rozdzielającą urząd ministra sprawiedliwości od prokuratora generalnego, a przy okazji zostaną wystawione rachunki. Apolityczni, apartyjni prokuratorzy, łapczywie biorąc wszystkie stanowiska, począwszy od szefa MSWiA, ABW, na KG Policji kończąc, nie zdają sobie sprawy ze skutków takich kroków. To niedobrze świadczy o działaniach rządzących i jest wyrazem ich desperacji po 500 dniach.
Not. BT

 

Wydanie: 8/2007

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy