W Kownie z… Mickiewiczem

W Kownie z… Mickiewiczem

Trzech ubranych na czarno chłopców trzyma ramę okienną. W pewnej chwili okno uchyla się i słychać śpiewaną przez chłopców uliczną przyśpiewkę. Adam (Mickiewicz) zrywa się z krzesła i przymyka okno. Dźwięki milkną, może zabrać się do poprawiania zeszytów z pracami „zakutych żmudzkich łbów”. Po chwili okno znowu się otwiera i dobiegają słowa piosenki. Adam zamyka. Okno znowu otwarte. Adam…
Ten zabawny motyw przewija się przez kilka scen fragmentów sztuki „Bard w nadniemeńskiej pustelni”

o perypetiach wieszcza

w Kownie, którą napisał Petras Palilonis, litewski admirator poety. Teraz, istniejące od roku 1960 wileńskie Polskie Studio Teatralne, bardzo zasłużone dla krzewienia polskiego słowa i kultury w diasporze litewskiej, przygotowało pod kierunkiem Lilii Kiejzik wyjątki tego dramatu, specjalnie na Dzień Mickiewicza. Ten szczególny dzień wprowadzili do programu festiwalu Monobaltija, nowego festiwalu teatralnego w Kownie, jego organizatorzy, Stanisław i Aleksander Rubinowasowie, ojciec i syn, obaj zafascynowani poezją twórcy „Pana Tadeusza”. Stanisław jest od lat dyrektorem kowieńskiego Teatru Kameralnego, Aleksander aktorem i dyrektorem festiwalu. Festiwal jest międzynarodowy, adresowany do wszystkich państw nadbałtyckich, a spotykać się na nim mają mistrzowie i adepci teatru jednego aktora.
Na akcent mickiewiczowski złożył się nie tylko wspomniany pokaz trupy z Wilna, ale także nostalgiczny spacer romantyczną dolinką, nieopodal Kowna, zwaną doliną Mickiewicza, gdzie przed laty wałęsał się poeta, czasem niekoniecznie sam, bo u boku adorowanej pani doktorowej Kowalskiej, i na koniec spektakl „Mój trup” Bogusława Kierca. Ten mistrzowsko skrojony i wykonany spektakl koncert, odtwarzający drogę poety od młodości chmurnej po łzy czyste, rzęsiste, pierwszy raz pokazał Kierc podczas wrocławskiego festiwalu teatrów jednego aktora, jesienią 2008 r. Namówiony przez Wiesława Gerasa, twórcę wrocławskiego festiwalu, a zarazem duchowego patrona przeglądu w Kownie, Bogusław Kierc mówi Mickiewicza po polsku dla litewskiej publiczności. Jest wprawdzie kilkunastu Polaków (wśród nich grupa studyjna z Wilna), ale dla większości polski to język obcy. A jednak temperatura emocjonalna, duch poezji, jej

wewnętrzna gorączka

udzielają się nieomylnie widowni. W takich chwilach triumfuje sztuka aktorska – można nie rozumieć słów, ale odczuwa się przynależność do wspólnoty.
Mimo to z pewnym zaskoczeniem przyjąłem decyzję publiczności kowieńskiej, która swoją nagrodę przyznała polskiemu artyście, Januszowi Stolarskiemu, za monodram „Ecce homo”
wedle Fryderyka Nietzschego. Wszystkiego można się było spodziewać, ale spektakl o takim ciężarze gatunkowym, trudny w odbiorze nawet dla przygotowanego filozoficznie i filologicznie widza, „nie powinien” aż tak się podobać. Nagroda publiczności dla tego spektaklu to świadectwo wysokiego smaku i aspiracji publiczności teatru kowieńskiego, która nie szuka w teatrze tego, co łatwe, miłe i zabawne, ale tego, co daje do myślenia, co niepokoi.
Po pierwsze, udała się formuła, to rzeczywiście był pierwszy w pełnym tego słowa znaczeniu festiwal bałtycki, zameldowali się na nim artyści ze wszystkich krajów, które łączy Bałtyk. Po drugie, nie brakowało niespodzianek (poza krzepiącą decyzją publiczności). Prawdziwym odkryciem okazali się aktorzy z Estonii i Szwecji. Szwed Roger Westberg pokazał świetnie skomponowany one man show na podstawie „Hamleta” – był to popis perfekcyjnej clownady z białą clownadą w tle. W drugiej części spektaklu (po przerwie!, rzadko który artysta w teatrze jednego aktora waży się na przerwę) na parę dobrych chwil zdejmuje aktor błazeńską maskę, aby pokazać swoją tęsknotę za minioną już formą XIX-wiecznego patosu, pogrzebanej wzniosłości, za którą kryły się wielowiekowe interpretacje Szekspira.
Artysta estoński, Tonu Oja, zaskoczył niezwykłą swobodą nawiązywania kontaktu i przełamywaniem barier w monodramie „Kogut z elementarza”. Grał, wychodząc ze sceny na zaplecze, wychylając się na zewnątrz przez okno, zaczepiając widzów (zwłaszcza płci pięknej). I znowu zaskoczenie polegało na tym, że portretując zabawną na pozór postać niepełnosprawnego umysłowo, wiecznego ucznia pierwszej klasy, opowiadał historię o manipulacji i deprawacji, której poddany może być bezbronny, niewyposażony w odpowiedni pancerz wiedzy i wartości młody człowiek. Człowiek przekonany, że cała mądrość świata, potrzebna do życia, zawarta została w elementarzu, jedynej książce, którą przeczytał i zapamiętał.
Z dobrej strony zaprezentowały się aktorki z Litwy – w konkursie wzięły udział Biruté Mar, która odnosiła już sukcesy niemal w całej Europie, i Aldona Bendoriuté, młoda artystka, ale już bardzo ceniona, która dała spektakl wedle „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego, utrzymany

w poetyce performance.

Biruté Mar w Kownie występowała pierwszy raz (najtrudniej zawsze być prorokiem we własnym kraju!), ale z wielkim sukcesem i ją również wskazała jako swoją faworytkę publiczność (jak i Janusza Stolarskiego), a jury nagrodziło pierwszą nagrodą za „Kochanka” według Marguerite Duras. To wysmakowany spektakl, wykorzystujący techniki teatru japońskiego i technikę animacji, łączący perfekcję ruchu, interpretacji i muzyki, bardzo sugestywna opowieść o straconej miłości.
Zwróciła na siebie uwagę także Aldona Bendoriuté. Młoda artystka litewska dobrze rokuje na przyszłość. Jej spektakl składał się zarówno z silnie zabarwionych emocjonalnie, gwałtownych scen, jak i poetyckich epizodów – wśród nich wzruszający obraz opieki nad dziećmi, budowany z pomocą kłębuszków wełny. Aktorka wykazała się także zdolnością transformacji – podczas spektaklu zbudowała kilka figur scenicznych, bardzo wymownych, wśród nich pijaka Marmieładowa i starej lichwiarki.
Rubinowasowie położyli solidny fundament pod nowy, ważny teren spotkań dla miłośników sceny jednoosobowej w Europie, miejsce poszukiwań i dyskusji o kształcie tego teatru. Wzorem wrocławskich spotkań ten najmłodszy festiwal rozpoczął wieczorne dyskusje o spektaklach, ciągnące się po kilka godzin, świadczące o tym, że dla widzów i artystów były one czymś więcej niż tylko kartką w kalendarzu. Gospodarze stworzyli znakomitą atmosferę, prawdziwie rodzinną, do której także przyczynił się mer Kowna Andrius Kupczinskas, deklarując się z pomocą na przyszłe lata. Najważniejsze, że nie zawiodła publiczność, wszystkie spektakle szły przy wypełnionej widowni, a nawet nadkompletach. Ojciec chrzestny tego noworodka, Wiesław Geras, może być zadowolony.

Wydanie: 22/2009

Kategorie: Kultura

Komentarze

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy