Na początku rysowałem buty

Na początku rysowałem buty

Gdyby nie „Kapitan Żbik”, nie wiem, czy byłbym autorem komiksów

Grzegorz Rosiński – jeden z najbardziej znanych w świecie autorów ilustracji do komiksów. Mieszkał przez lata w Brukseli, we Francji, teraz żyje w Burgdorfie w Szwajcarii. Autor m.in. słynnego „Thorgala” i „Szninkiela”. Jego komiksy są niezwykle popularne w kilkudziesięciu krajach. Od wielu lat na emigracji, ale sercem i emocjami jest w ojczyźnie. Byłem przez tydzień jego gościem w szwajcarskim miasteczku blisko Berna. I tam rozmawialiśmy.

Jesteś dzieckiem wojny, urodziłeś się w 1941 r. Co pamiętasz z tego czasu?
– Buty, rysowałem uparcie buty. Bywało, że ze sznurowadłami. Długo nie wiedziałem dlaczego. I nagle po latach przypomniałem sobie niekończący się sznur ciągniętych przez konie furmanek, na nich spod plandek wystawały stopy. Nic, tylko stopy. Pytałem mamę, co one tam robią, te stopy. „Śpią, syneczku, odpoczywają ci wujkowie”. Teraz wiem, czemu te nogi były bose. Na wojnie bardzo ważne są buty. Jak padał żołnierz, to kolega, inny żołnierz, od razu sprawdzał, czy pasują na niego buty martwego. Buty były tak samo ważne jak karabin. Nie miałem wtedy czystego papieru, rysowałem na marginesach gazet, nie było tam miejsca, by narysować człowieka, może dlatego były tylko buty. Całe życie możesz przeżyć i nie wiedzieć, skąd coś się wzięło, i nagle ten błysk światła na ciemne miejsce…

Gdzie mieszkałeś w dzieciństwie?
– W Stalowej Woli, skąd musieliśmy uciekać, ratować się przed „żołnierzami wyklętymi”. To był koszmar. Poza tym ojciec, mechanik, specjalista od metali, chciał odbudowywać zrujnowaną Polskę, więc pojechaliśmy do Wrocławia. Wokół były ruiny, z gruzów wygrzebałem niemiecką dwutomową historię I wojny światowej. Zdjęcia potężnych haubic, armat, te wszystkie narzędzia mordu robiły na dziecku ogromne wrażenie, fascynowały i nie kojarzyły mi się ze śmiercią. Wygrzebałem też jakąś starą Biblię z pięknymi ilustracjami. Z porzuconych akumulatorów wyciąłem ołowianie druciki i robiłem z nich żołnierzyki. Był w tym krajobrazie odwłok spalonego czołgu. Do tej pory uwielbiam gruzy, śni mi się, że grzebię w nich i znajduję skarby, złote talary, układam je na nocnym stoliczku przy łóżku, budzę się, a tego nie ma. W dzieciństwie żyłem w świecie wyimaginowanym i tak żyję do dzisiaj.

Potem, już w Warszawie, chodziłeś do liceum plastycznego w Łazienkach. Historyczne miejsce. Musiało być widać, że masz talent, i pewnie dobrze ci szło.
– Zawsze mi szło raczej niedobrze. Jakby mi szło dobrze, to pewnie nie byłbym rysownikiem i malarzem. Tworzenie, jeśli ma się jakiś talent, to samokorygowanie, szukanie własnych błędów. Zawsze musi być opór materii. Nigdy nie jestem zadowolony z tego, co robię. Na studiach stary profesor powiedział mi: jak panu nie wychodzi, niech pan rzuci i zaczyna od nowa. I tak robię całe życie. Zaczynam od nowa. Nie jestem człowiekiem, który lubi podróżować, zwiedzać inne kraje, mogę je sobie wymyślić. Żyję w wyobraźni.

Po szkole, domyślam się, poszedłeś na ASP?
– Nie. Zdawałem na politechnikę, na architekturę, tam pchnął mnie ojciec, rodzice martwili się o mnie. Byłem strasznie milczący – patrzysz na mnie z niedowierzaniem – to prawda, że teraz mówię za dużo, pewnie by zrekompensować milczenie dzieciństwa. Nic nie mówiłem, tylko coś dłubałem, rysowałem, wycinałem obrazki z książek. W ogródku robiłem okopy, ustawiałem całe armie pod jabłonką, która potem uschła, bo mieliśmy psa, który ją obsikiwał.

Byłem naiwny, a może po prostu głupi, dlatego oblałem egzamin. Kazali mi na egzaminie rysować kapliczkę, za to dostałem wybitną notę, ale z matematyki byłem kompletna noga. Efekt tego, że w szkole na lekcjach matematyki rysowałem pod ławką komiksy.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłeś komiks w gazecie?
– Pamiętam to dobrze, w 1948 r., był słynny Kongres Pokoju, rzucili wtedy jakieś francuskie pismo i tam był komiks. Potem odkryciem był komiks amerykański z tymi dymkami. To mnie tak uderzyło, jakbym zobaczył pierwszy raz nagą kobietę, tyle że mnie dziewczyny zupełnie przestały interesować, tylko komiks. Oszalałem, siedziałem i robiłem komiksy, sam wymyślałem historie albo korzystałem z literackiej klasyki. Rodzicie byli przerażeni – zwariował.

Nie dostałeś się na architekturę z powodu matematyki?
– Nie tylko, też z głupoty. Była jeszcze jakaś taka rozmowa sprawdzająca inteligencję. Padło pytanie, jak sobie wyobrażam Warszawę, jaką mam wizję urbanistyczną. Powiedziałem, że jak Stare Miasto było zburzone, to trzeba było skorzystać z okazji i zbudować tam coś w rodzaju Manhattanu. Taki byłem głupi. Jestem przekorny, jeśli wszyscy wokół są tacy mądrzy, to ja będę głupi, dla równowagi. Oczywiście mnie nie przyjęli.

Gdybyś dostał się na architekturę, byłbyś architektem?
– Niemożliwe, wszystkie domy i mosty by się waliły, to był palec boży, że się nie dostałem. I dzięki temu miałem fantastyczny okres w życiu, pracowałem jako pomocnik murarza. Czułem się szczęśliwy. Nie musiałem o niczym decydować. Majster decydował, taki pozytywny menel. Opiekował się mną. Kocham film „Człowiek z marmuru”, bo miałem podobnie, tylko zamiast gorącej cegły dostałem taczkę pełną wapna, żeby ją przeprowadzić po wąskiej desce. Cała budowa się zleciała i rechotali, pewni, że ta taczka zaraz się wywróci. Ale tak się nie stało. Miałem na budowie ksywkę Profesor lub Student. Pracowałem tam przez rok. Musiałem zarabiać, ale wszystko przepijałem, bo musiałem się bratać z kolegami robotnikami.

Akademia sztuk pięknych była chyba dla ciebie oczywistym kierunkiem studiów?
– Niekoniecznie. Siostra przyjaciela namówiła mnie, żebym spróbował. A miałem znowu składać papiery na politechnikę, ale poczułem przerażenie, a nuż się dostanę i będzie nieszczęście. Na akademię dostałem się od razu.

Gdzie opublikowałeś pierwszy komiks?
– To był „Korespondent Wszędobylski”, harcerskie pismo. I po raz pierwszy zobaczyłem, jak to wygląda w druku. Muszę ci powiedzieć, że po wielu latach, jak na to patrzę, myślę sobie: o kurde, jakie to profesjonalne! Nie byłem już wtedy amatorem. Do 10. roku życia można powiedzieć, że byłem amatorem.

Twoja pierwsza wielka seria komiksowa to „Kapitan Żbik” – wszystko w czasach Polski Ludowej.
– Gdyby nie „Kapitan Żbik”, nie wiem, czy byłbym autorem komiksów.

Twoja pracownia jest jak pokój alchemika, czego tam nie ma! Właściwie masz tu dwie pracownie, w piwnicy są całe armie żołnierzyków do zabawy i nawet prawdziwy karabin maszynowy.
– Dostałem go od znajomego, w Szwajcarii broń w domu to nic nadzwyczajnego. A mnie fascynuje technologia malarska, łączenie farb, pigmentowanie spoiwa, laserunki, rzadko korzystam z gotowych, kupuję różne ingrediencje, ale mieszam je na swój sposób, łączę rozmaite materiały i techniki. Wszystko mieszam.

Fascynuje mnie tempo, w jakim rysujesz, to wygląda na czary.
– Komiks jest niesłychanie czasochłonny, musisz kontynuować historie, to nie jeden obraz, lecz setki, więc trzeba być szybkim. Ale jakie to piękne wyzwanie – zrobić film na kartce papieru, bez miliona dolarów.

Jak poznałeś swoją żonę Katarzynę?
– Były imieniny mojego kuzyna Marka, zaprosił mnie, miałem 20 lat. Pytam, czy mam przyprowadzić jakąś dziewczynę. On mówi, że będzie taka jedna fajna, to ją poznam. Otwieram drzwi, a tam stoi taka trochę Doris Day, w tamtych latach nie nosiło się takich krótkich włosów. Potem się okazało, że strzygła ją koleżanka, nie umiała strzyc, ciągle trzeba było poprawiać, włosy się skracały, skracały i zrobiły takie króciutkie. A ona jeszcze je sobie utleniła. I tak się zaczęło. Przez te włosy utonąłem w niej. To trwało 48 lat. Byliśmy nierozłączni. Żona umarła na raka kilka lat temu.

Wiem, że przyjęła dawny model związku z artystą: artysta jest od tworzenia, a żona ma mu zapewnić święty spokój.
– Ona sama nazwała to czyszczeniem przedpola. Dlatego jej odejście kilka lat temu było dla mnie końcem świata, końcem jakiegoś świata. Jak Kasia umarła, nie mogłem robić komiksów, siedziałem i sam nie wiem, co robiłem. Chyba nic. Zosia, córka, która mieszka w Belgii, dzwoni, że jest zamówienie dla Królewskiego Muzeum Historycznego miasta Brukseli na serię obrazów do Sali Merowingów, żebym namalował trzy obrazy. Uczepiłem się tego, namalowałem i z mroku wylazłem. Ciekawe, że mogłem tylko malować, rysować nie mogłem.

Jak emigrowałeś z Polski?
– Wychowaliśmy trójkę dzieci, a potem była „wojna”, rok 1981, i trzeba było, że tak powiem, z Polski spieprzać. A miałem dobrze, niekoniecznie byłem zdolny, ale solidny. Co w Polsce rzadkie, oddawałem prace zawsze przed terminem.

Czas dojść do słynnej sagi, która uczyniła cię jednym z najbardziej znanych w świecie autorów komiksów. „Thorgal” ma już 40 lat.
– „Thorgala” wymyślił Jean Van Hamme, on go napisał, a ja dałem mu ciało i trochę duszy. Współpracować zaczęliśmy w 1976 r., a w 1977 ukazał się pierwszy „Thorgal” w gazecie. Byliśmy po obu stronach muru berlińskiego, w Polsce szalała cenzura, nie było komputerów, rysunki, które robiłem, szły pocztą, więc nigdy nie byłem pewien, czy to dojdzie. Od tego czasu mam uraz do poczty.

Wielką karierę zrobił potem „Szninkiel”.
– To fikcja teologiczna. Chciałem zrobić dużą historię czarno-białą, znowu technika i forma ważniejsze dla mnie niż treść. U nas na studiach malarstwo nie miało niczego opowiadać, a ja od początku przeciwko temu się buntowałem.

„Szninkla” publiczność odebrała bardzo poważnie, stworzyliśmy jakby nową religię, są tam elementy Nowego Testamentu, jest wiele analogii. Wcale nie tak trudno stworzyć nową religię.

Zróbmy obronę komiksu.
– Ktoś atakuje?

Powszechnie się sądzi, że komiks jest podrzędny wobec tradycyjnej książki i filmu. A nawet psuje dzieciom wyobraźnię.
– Pierwszy niezwykły komiks o masowym zasięgu to Droga Krzyżowa, najpopularniejsza historia opowiedziana obrazami. Komiks musi być popularny, nie jest dla intelektualistów, ale dla mas, dla ludzi, którzy nie znają się na sztuce, a chcą czymś się przejąć i bawić. Może być wstępem do czytania. Komiks to też książka, ale inaczej opowiedziana. W krajach, gdzie czyta się najwięcej komiksów, jest największe czytelnictwo. Dzieci zaczynają od komiksów, a potem przechodzą do zwykłych książek.

Jak to się stało, że film nie zjadł komiksu? To też opowieść w obrazach, ale ruchomych.
– Film zjada komiks w innym sensie, bo się nim żywi. „King Kong”, „Batman”, „Tarzan” – to wszystko są opowieści komiksowe przełożone na język filmu.

Bruksela w stanie wojennym okazała się twoim drugim domem.
– Może nawet domem właściwym. Miejscem, do którego się wraca. 40 lat żyłem jednak w Polsce, wracam do niej i jak może nie być mi bliska? Pamiętam, jak rosła z ruin, sam w tym brałem udział.

Pewnie nie mógłbyś już wrócić do Polski na stałe fizycznie, ale duchowo jesteś w niej po uszy, widzę to. W tej sielskiej Szwajcarii jesteś przylepiony do TVN 24. I wściekasz się co chwila. Angażowałeś się w obronę Puszczy Białowieskiej.
– Tak, teraz w stu procentach, całkowicie i permanentnie jestem w Polsce, żyjąc tu, w Szwajcarii, z moją kochaną przyjaciółką i partnerką Krysią. Oboje żyjemy tu i tam. Radował mnie ten cały niebywały skok cywilizacyjny Polski. Ale nie śledziłem tak tego. Jak teraz wszystko się schrzaniło, zrozumiałem polską chorobę Wielkiej Emigracji, co czuli Mickiewicz, Norwid. Nie jestem na razie wygnańcem jak oni, ale poczucie katastrofy ojczyzny jest podobne. I stopień zaangażowania emocjonalnego. To straszne, co się dzieje teraz w Polsce. Straszne, okropne, obrzydliwe, jaka szkoda, bardzo to przeżywam.

Wydanie: 11/2018

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy