Nie będę drugą Marleną Dietrich – rozmowa z Diane Kruger

Nie będę drugą Marleną Dietrich – rozmowa z Diane Kruger

Moją największą ambicją stało się granie w różnych językach. To niesamowicie poszerza możliwości Ile znasz języków? – Swobodnie posługuję się trzema. Niemieckim, francuskim i angielskim, no i potrafię także porozumiewać się po włosku i po rosyjsku. Nie sprawia mi też kłopotu mówienie po angielsku z… bośniackim akcentem. Jesteś najbardziej międzynarodową gwiazdą, jaką znam. – Mam nadzieję, że to był komplement… (śmiech) Tak! Jestem pełna uznania dla twoich lingwistycznych umiejętności, bo to oznacza, że możesz grać niemal wszędzie. I tak się dzieje. Jak doszłaś do takiej perfekcji? – Mam dobry słuch muzyczny. To może zabrzmi dziwnie, ale nigdy nie planowałam życia na walizkach ani częstych podróży zagranicznych, co wiąże się z koniecznością uczenia się języków obcych. Z pochodzenia jestem Niemką, urodziłam się w Saksonii i nie marzyłam nie tylko o Hollywood, ale w ogóle o zawodzie aktorki. Jako kilkulatka chciałam zostać baletnicą. I może tak by się stało, gdyby nie kontuzja kolana. Wcześniej jednak dostałam stypendium do Royal Ballet School w Londynie. Wtedy nauczyłam się angielskiego. Po tym, jak musiałam zrezygnować z baletu, w wieku 16 lat zgłosiłam się na casting dla modelek i zostałam przyjęta. Zaczęłam jeździć do Mediolanu i Paryża, a mama zgodziła się, bym we Francji zamieszkała samodzielnie. W tym wieku człowiek szybko przyswaja języki obce. Zresztą nie miałam wyjścia. To było moje być albo nie być. Zaczęłam zarabiać pierwsze większe pieniądze i chodziłam po wybiegach dla Diora, Yves’a Saint-Laurenta i Armaniego. Najtrudniej było pozbyć się akcentu Jednak żeby grać po francusku, sam modeling, nawet w Paryżu, to jeszcze za mało. Zresztą dlaczego u szczytu powodzenia w tej branży, w wieku 21 lat, gdy byłaś na okładkach „Elle” i „Vogue’a”, zrezygnowałaś z kariery? – Świat mody nadal jest mi bliski. Wciąż przyjaźnię się z Karlem Lagerfeldem, ale modeling po prostu mi się znudził. To dość jałowe zajęcie. Zachwycił mnie za to Paryż kulturalny. Poczułam, że chciałabym się uczyć, rozwijać intelektualnie, doświadczyć czegoś nowego. Luc Besson szukał akurat aktorki do roli w „Piątym elemencie”. Poszłam na casting, roli wprawdzie nie dostałam, ale Luc powiedział, że marnuję się na wybiegu, i zachęcił, bym zapisała się do szkoły aktorskiej. Tak zrobiłam. Zapisałam się na kurs aktorski do école Florent i nigdy nie zapomnę tego momentu, gdy stanęłam po raz pierwszy na scenie. Poczułam, że to jest to! Jakiś niesamowity przypływ energii. Zaczęłam od ról w filmach telewizyjnych, a potem spotkałam Guillaume’a Caneta, aktora i reżysera, wkrótce też mojego męża. Cały czas pilnie ćwiczyłam francuski. Wzorem była wtedy dla mnie Romy Schneider, charyzmatyczna aktorka niemiecka, która grała w filmach francuskich. Ja także miałam takie ambicje. Najtrudniej było się pozbyć akcentu. To gwarantowało zaistnienie w kinie francuskim. Chyba jeszcze bardziej restrykcyjni pod tym względem są Amerykanie. Jak udało ci się przebić w Hollywood na tyle, by przestano ci proponować role cudzoziemek, choć czasem takie ci się przytrafiają? – Dość długo pracowałam nad akcentem. Nie ukrywam, że kiedy Guillaume wysłał moje demo do Hollywood, do Wolfganga Petersena, gdy ten szukał nieopatrzonej twarzy aktorki do roli Heleny w „Troi”, mój amerykański był strasznie niemiecki, a ja w ogóle byłam aktorsko zielona. Jednak zawzięłam się, bo czułam, że to może być przełomowy moment. I udało się! Do tego stopnia, że kiedy cztery lata później Quentin Tarantino szukał niemieckiej aktorki do „Bękartów wojny”, a castingowcy zaproponowali mu mnie, zdenerwował się i wykrzyknął, że Diane to… Amerykanka, a on chce Niemki. Uwierzył dopiero, kiedy się z nim spotkałam. Od tego momentu moją największą ambicją stało się granie w różnych językach. To niesamowicie poszerza możliwości, ponieważ język traktuje się wtedy jako jedno z narzędzi pracy, obok ciała i ekspresji emocji. Właśnie promuję hollywoodzki film „Tożsamość”, a za chwilę rozpoczynam zdjęcia do „Marii Antoniny”, którą zagram w całości po francusku, wcielając się w tytułową bohaterkę. W „Tożsamości” grasz Ginę, nielegalną emigrantkę z Bośni, która przypadkowo ratuje życie nieznanemu mężczyźnie, ale nie chce się ujawnić z obawy przed deportacją z Niemiec. – To wspaniała rola i zarazem bardzo trudna, bo gram kobietę ogromnie powściągliwą w okazywaniu emocji. Jednocześnie widz musi czuć jej traumatyczną przeszłość. W Bośni była świadkiem zamordowania całej swojej rodziny. Chce odciąć

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 16/2011, 2011

Kategorie: Kultura, Wywiady