Brutalnie wyżywałam się na partnerze

Brutalnie wyżywałam się na partnerze

Wierzę w publiczność, bo w końcu to ona decyduje o sukcesie śpiewaka

Rozmowa z Moniką Chabros, śpiewaczką operową

– W kolekcji recenzji z występów w Wielkiej Brytanii znalazły się słowa pełne entuzjazmu i podziwu. Palace Theatre & Opera House 16 października 2001 r. zapewnia, iż jest pani znakomita jako księżniczka Turandot: -To niezwykle trudna rola, a dynamizm postaci wymaga nie lada umiejętności aktorskich i wokalnych. Niesamowite przedstawienie. Nie wahajcie się wydać pieniędzy na bilet”. Philip Radcliffe z „Manchester Evening News” pisze, że stworzona przez panią postać to „lodowata księżniczka”. W innej relacji nazwano ją demoniczną.
– Niewiele brakowało, a nie mogłabym pochwalić się tymi recenzjami, bo teczka z wycinkami prasowymi już w Warszawie zaginęła. Potem okazało się, że przeleżała przez święta Bożego Narodzenia w sklepie. Na szczęście sprzedawca był uczciwy i nawet tam nie zajrzał, tylko czekał, aż ktoś o nią zapyta.
– W operze „Turandot” Pucciniego na scenie Royal Albert Hall w Londynie musiała pani wyglądać rzeczywiście groźnie i imponująco, bo jej postawa i dramatyczny głos robią wrażenie. Czy również charakterem przypomina pani niedostępną księżniczkę, dla kaprysu każącą ścinać głowy wszystkim kandydatom do małżeńskiego łoża, którym się nie powiodło?
– To by mi się nawet podobało, nie przeczę, choć moja maestra Carla Castellani, u której studiowałam w Mediolanie, uważała, że raczej jestem typem anielskim. Widziała mnie w roli nieszczęśliwej i skruszonej Desdemony, ale przyznawała, iż mój głos jest również odpowiedni do partii dramatycznych. Z moich doświadczeń w roli Turandot w Wielkiej Brytanii wynika jednak jasno, że angielska publiczność, którą miałam za mało spontaniczną, tym bardziej była zachwycona, im bardziej stawałam się „wścieklicą” i brutalnie wyżywałam się na swoim partnerze.
– A jak mąż Marek radzi sobie z panią?
– Wytrzymuje, choć gdy z podróży artystycznej do Kiszyniowa przywiozłam do domu czwartego z kolei kota, złościł się przez 24 godziny. Oboje jesteśmy cholerykami, ale on chyba łagodniejszym.
– Czy śpiewak może zrobić karierę w Polsce, czy tylko za granicą?
– Moja droga artystyczna pokazuje, że w Polsce też jest to możliwe. Mimo że urodziłam się i wychowałam w Warszawie, debiutowałam w Bydgoszczy, potem był Poznań, a dopiero dziesięć lat temu Warszawa. Wtenczas przyjechała do Teatru Wielkiego słynna gwiazda włoskiego belcanta, Fedora Barbieri, aby realizować przedstawienie „Normy” Belliniego, i zarządziła konkurs na odtwórczynię głównej roli. Kandydatek było wiele. Fedora długo się nie zastanawiała i wskazała palcem na mnie. – To jest Norma – powiedziała. – Ma odpowiedni głos i odpowiednią posturę – zawyrokowała. Jej zdaniem, Norma nie może być małą kobietką.
– Śpiewanie w operze, zwłaszcza wielkie i dramatyczne role, to ogromny wysiłek porównywalny z wyczynem sportowym. Jak się pani udaje wytrzymać tak wielkie obciążenie?
– Właśnie dzięki zamiłowaniom do sportu. W liceum i na studiach grałam wyczynowo w siatkówkę, byłam też w reprezentacji Polski juniorów, potem pływałam, jeździłam konno, a jako kropkę nad i uprawiałam też karate-kyokushinkai, które wymaga samozaparcia i walki z własną słabością. Pamiętam niekończące się godziny ćwiczeń i radę mistrza, by gdy czuję, że nie wytrzymam już ani jednego ćwiczenia więcej, wykonać ich jeszcze dziesięć. To doświadczenie przydaje się ogromnie np. w trakcie prób przed premierą, gdy wszyscy są potwornie zmęczeni, a rolę powtarza się wiele, wiele razy. Kondycja jest niezbędna.
– Czy parę ciosów karate pomaga lepiej wczuć się w rolę Turandot?
– Tej dyscypliny już nie uprawiam, natomiast nadal jeżdżę konno i z zamiłowaniem pływam. Sprawność wyczynowca pomaga mi utrzymać odpowiedni cykl ćwiczeń. Następnego dnia po forsownym przedstawieniu robię sobie najpierw godzinną rozgrzewkę w klubie fitness, potem skaczę do basenu na pół godziny, potem sauna, potem znów parę długości basenu i znowu sauna. W domu też zbudowałam sobie siłownię i saunę, nie dla fanaberii ani szpanu, ale z zawodowej konieczności.
– Śpiewacy operowi, a zwłaszcza śpiewaczki, szybko nabierają tuszy.
– Otyłość i nadwaga nie wpływa na głos, ale na ogólną sprawność człowieka, bo bardzo obciąża kręgosłup, nogi, serce itd. Wiele razy widziałam, jak moi koledzy przed spektaklem opróżniają wielkie talerze jadła, bo wydaje się im, że nabiorą siły, aby wytrzymać całe przedstawienie. Jedzą też sporo po śpiewaniu. Z tego jednak rosną wielkie brzuchy. W XIX w. publiczności to nie przeszkadzało, Włosi nawet z lubością powtarzali cantante robusta, czyli okrągła śpiewaczka. Ja jednak staram się z rozwagą podchodzić do rozkoszy podniebienia. Gdybym straciła kondycję, nie wytrzymałabym np. zadań, które postawiono przede mną w Wielkiej Brytanii. W październiku zostałam sama w roli Turandot, bo jedna z moich zmienniczek zachorowała, a druga się obraziła. W rezultacie śpiewałam tę partię 11 razy, średnio co dwa dni, ale zdarzyło się, że i raz za razem. To był dopiero wyczyn.
– Czy powrót Turandot do Polski z długiego brytyjskiego tournée był triumfalny?
– Raczej nie. Moimi sukcesami specjalnie się nie zainteresowano. W „Nabuccu” na scenie Teatru Wielkiego-Opery Narodowej mnie nie uwzględniono. Także nie biorą udziału w warszawskim wznowieniu opery „Turandot”. Znów więc wyjadę na Wyspy Brytyjskie, aby tym razem występować w partiach Toski i Abigaille.
– Nie żałuje pani?
– Wierzę w publiczność, bo w końcu to ona decyduje o sukcesie śpiewaka.

 

Wydanie: 19/2002

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy