Kraj horroru

Kraj horroru

Szkic podsumowujący w oczekiwaniu na pomnik

Telewizja publiczna wysunęła niedawno pomysł, o którym pewnie część z państwa słyszała, żeby w czasie wizyty papieża Benedykta XVI w telewizji publicznej nie było reklam podpasek, papieru toaletowego, bielizny damskiej, piwa i być może jeszcze czegoś, co ma bliższy związek z ciałem.

Dzieci śmieci
Poza tym w tygodniu, kiedy pojawiła się ta nowość, wszystkie inne po staremu: tu jakieś zakatowane dziecko, ówdzie inne. Lecz w Polsce, kraju płynącym coraz czystszym strumieniem moralnym, patologii w rodzinie nie ma. Jeśli jakaś kobiecina dostanie w ucho czy brzucho od męża, bo coś było nie tak z tą zupą, to nie dlatego, że jest to objaw patologii, tylko dlatego, że mąż powinien dostać zupę przyprawioną smacznie, nieprawdaż? Potem znów nam trąbią, że w Belgii 17-latek z Polski zabił nożem belgijskiego 17-latka. No pewnie, zabił, bo Belg miał odtwarzacz MP3, a Polak nie miał, więc skoro miał, zapewne było to z krzywdą dla Polaka. W końcu brak idealistycznych złudzeń w dążeniu do tego, co się pragnie posiadać, nie jest źle notowany w polskiej tradycji. Rodzice w Polsce często powtarzają dzieciom: „Nikt ci nic za darmo nie da, gnojku”. „Walnij go, zanim on ciebie walnie, sieroto”. „Nie daj się robić w ch… smrodzie”. I dziecko się nie da, nie będzie czekać, aż ktoś spróbuje.
Ja do tego wszystkiego podchodzę spokojnie, bo przyzwyczaiłam się już do życia w kraju horroru. To i owo się tu słyszy: o zabijaniu w karetkach pogotowia środkiem, który powoduje koszmarną śmierć, o dźgających się ciągle nastolatkach. O sądzie, który uznał, że mąż nie wiedział o pięciu ciążach swojej żony, o pięciu porodach w domu i pięciu zabójstwach w łazience, których dopuściła się sama matka, podobnie jak sama dopuściła się ciąży i porodów. I znów, dość regularnie mi donoszą media, że konkubent lub mąż, lub matka zakatowali małego Dariuszka lub Mariuszka, rok i dwa miesiące, personel szpitala mówi nam, że dziecko ma liczne obrażenia, stan jest ciężki i nie wiadomo, czy dziecko przeżyje. Jeśli umrze, to nawet i w tym będzie coś pozytywnego, bo po pierwsze, nie będą do niego mówić „gnojku” (czyli „ty nawozie pochodzenia bydlęcego” – bo tyle znaczy ten epitet przeznaczony dla naszych słodkich milusińskich), a po drugie nieżywe dziecko uniknie nowej rzeczniczki praw dziecka. Owa niewiasta, zapewne czuła na punkcie „dzieci nienarodzonych”, dla narodzonych sentymentów nie ma. Na dzień dobry swemu urzędowi oznajmiła, przypomnę, że dzieci ze szkół publicznych, które się nie uczą lub wagarują, są w zasadzie złodziejami publicznych pieniędzy. Cóż, gnojek i złodziej, lecz tyle dobrego, że i za takie dają becikowe, co na pewno już przeczołgało się przez pijaną od lat głowę pewnej mojej sąsiadki, matki i Polki czwórki już gnojków i złodziei.

Narodowa bezcielesność
Lecz cóż, gdy przybędzie papież, poprzez zakaz reklamowania różnych rzeczy związanych z ciałem zakaże się niejako ciała, a wypromuje samego ducha (katolickiego). Ze sfery publicznej wyrzuci się po pierwsze podpaski, czyli menstruację, bo menstruacja to nieczystość, zniknie też damska bielizna, czyli kobiece ciało. Grzeszne, jak widać, skoro wycieka z niego menstruacja. Jeszcze w latach 20. XX w. na wsi kobiety nie wchodziły do kościoła, kiedy miały okres. O ile mężczyźni mogą się źle kojarzyć w czasie wizyty głowy Kościoła katolickiego, bo przecież też defekują, a zatem używają papieru toaletowego, o tyle kobiety mają znikać podwójnie, jelitowo i jajnikowo. Nie ma klozetów, nie ma podpasek, nie ma piwa – dobrze, a co z jedzeniem? Wchłaniać można – a wydalać nie? Pizzę, ser i pepsi wolno reklamować, a papier toaletowy nie?
Lecz oto cud: ustają wszystkie cykle miesięczne. Kobiety w Polsce w czasie tej ciszy podpaskowej samobieżnie zachodzą w ciążę, to jest, przepraszam, polskie macice zostają zasiedlone przez miliony polskich samopoczętych dzieci.

Substancja, masa mielona
Prezes PiS w wywiadzie udzielonym „Dziennikowi” wyraził niedawno swoje zatroskanie tym, by naród przetrwał biologicznie. (No myślę, emigracja setek tysięcy ludzi rocznie, choć to nie jest sprawka biologii). Czyli troska się prezes, by się uchowała – jest takie określenie specjalne – „substancja narodowa”. Pojęcie, którego chętnie używali endecja lub faszyści, gdyż zawiera się w nim takie podejście do narodu (pojęcie „społeczeństwa”, w którym mogą być elementy niesłuszne narodowo, jest odwołane), jakby stanowi on jedno wielkie biologicznie wspólne ciało, jakoś jednolitą biologicznie masę, w zasadzie tylko pozornie, fantomowo podzieloną na jednostki, jednorodną etnicznie (dawniej „rasowo”). Jest to wspólnota z silnym naciskiem na prymat plemienia nad jednostką. W zasadzie chodzi o to, że jednostka jest pod butem plemienia i ani piśnie, bo jeśli piszczy, znaczy, że jest zdrajcą/czynią. Pojęcie „substancji narodowej” występowało w kontekście „plenności”, czyli płodności narodu. Kobieta była pojmowana w tej wizji jako jeden z wielu egzemplarzy macicy, która należy do narodu, a nie do niej (a to właśnie gwarantuje ustawa antyaborcyjna) i powinna być stale zajmowana przez kolejne nienarodzone dziecko, które jest dobrem narodu. I do tej wizji dążymy.

Władcy substancji
Lecz kto sprawuje pieczę nad takim tworem, nad tą bezgłową substancją? Zapewne ci, którzy nie używają podpasek, bo to degraduje duchowo. Po drugie, dodane do pierwszego, ci, którzy są ponad zwykłymi zjadaczami papieru toaletowego, i martwią się, zawsze zatroskani i sfrustrowani w skali całej substancji. By była zdrowa moralnie, miała kodeksy (dla tramwajarzy, hotelarzy, oficerów i kasjerów) oraz by była zwarta w sobie owa masa mielona na jednolito; substancja wspólnotowa, zjednoczona poczuciem swojej masy i swojskości, duchowym krzyżem i mieczem.
I dlatego też, jak się dowiaduję, w Warszawie ma stanąć pomnik Romana Dmowskiego, ideologa substancji narodowej, zasłużonego dla jej scalania oraz zasłużonego w szczuciu na tych, których nie widział jako elementu substancji.
Jednak nacjonalizm i szowinizm nie są patriotyzmem, są nawet czymś mu przeciwnym, Dmowskiemu nie należy się żaden pomnik. Zwłaszcza po zagładzie. Bo to głównie jego niezmordowana antysemicka propaganda przygotowywała grunt pod to, jak wyglądała w Polsce zagłada. Gdyby nie wpływy endecji, może w czasie wojny tak wielu Polaków nie szmalcowałoby, nie donosiło i nie czuło satysfakcji z powodu mordowania Żydów. A znów same w sobie te działania i uczucia nie uszlachetniały narodu polskiego, lecz wręcz przeciwnie, upodlały go.
Pomnik ma stanąć na placu Na Rozdrożu, na Trakcie Królewskim. Płacimy na to pół miliona złotych. Pomnik będzie paskudny, ale w tym wypadku powiem szczerze, nie zależy mi.

Wydanie: 19/2006

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy