Krwawa Anakonda

Krwawa Anakonda

Straty w Afganistanie mogą sparaliżować strategiczne plany Pentagonu

W Afganistanie toczy się najbardziej zacięta bitwa lądowa wojny z terroryzmem. W ośnieżonych górach prowincji Paktiar talibowie i bojownicy Al Kaidy stawili zaciekły opór. Ośmiu amerykańskich żołnierzy zginęło, a 50 zostało rannych. Helikoptery nie mogą skutecznie działać z powodu szalejących burz piaskowych. Jak pisze brytyjski dziennik „The Independent”, nad głowami waszyngtońskich polityków zaczyna krążyć widmo Wietnamu.
W górach Shahi Kot koło Gardez od kilku tygodni zbierały się niedobitki wojsk talibów. Przybyło też wraz z rodzinami około stu bojowników z Czeczenii. Amerykanie pozwalali na tę koncentrację w nadziei, że kiedy nieprzyjaciel znajdzie się w jednym miejscu, będzie łatwo go unicestwić. Generałowie armii amerykańskiej liczyli, że po pierwszych atakach

wróg zacznie uciekać,

a wtedy zniszczą go atakami z powietrza. Tym razem dowódca amerykańskich sił zbrojnych w Afganistanie, generał Frank Hagenbeck, zrezygnował z wielotygodniowych bombardowań, lecz po krótkich, intensywnych nalotach po raz pierwszy wysłał znaczne siły lądowe US Army do boju.
Strategowie Pentagonu oceniali, że w Shahi Kot obwarowało się najwyżej 200 talibów. Do udziału w operacji wyznaczono więc ok. 300 żołnierzy amerykańskich, 1100 żołnierzy afgańskich z Sojuszu Północnego oraz niewielkie jednostki komandosów z Australii, Kanady, Danii, Niemiec i Norwegii.
Sprzymierzeńcy w wojnie z terroryzmem nie wiedzieli, że lokalny przywódca talibów, Saif Rahman, ogłosił świętą wojnę. Do walki z niewiernymi pospieszyli górskimi ścieżkami używanymi przez przemytników mudżahedini uzbeccy, arabscy i pakistańscy. Pod sztandarem Al Kaidy skupiło się około tysiąca fanatycznych bojowników, doskonale znających teren i uzbrojonych w moździerze, ręczne wyrzutnie rakiet, a nawet lekkie działa. Wrogowie Ameryki nie zamierzali uciekać. Czekali w 10-kilometrowych jaskiniach i bunkrach pochodzących jeszcze z czasów wojny z Sowietami, położonych niekiedy na wysokości 3 tys. m, w najtrudniejszym terenie wojennym. 1 marca siły zbrojne USA przystąpiły do szturmu na Shahi Kot. Tak rozpoczęła się operacja Anakonda. Amerykanów prowadzili bojownicy Sojuszu Północnego z innych regionów Afganistanu, nieznający gór prowincji Paktiar. Pod miastem Marzak pododdział 10. Dywizji Górskiej Armii Amerykańskiej wpadł w zasadzkę i tkwił pod ogniem talibów 12 godzin. W tej potyczce zginął jeden żołnierz amerykański. Do prawdziwego dramatu doszło, gdy dwa helikoptery transportowe MH-17 Chinook z komandosami marynarki wojennej SEAL na pokładzie wylądowały

za liniami wroga,

nie mając osłony z powietrza. Jedna z maszyn niemal natychmiast została trafiona pociskiem z ręcznego granatnika. Uszkodzony helikopter poderwał się i wylądował niespełna 2 km dalej. Wtedy okazało się, że brakuje jednego żołnierza, 32-letniego Neila C. Robertsa. Albo nie zdążył dostać się na pokład, albo wypadł podczas gwałtownego manewru. Amerykanie zarówno w Pentagonie, jak i na pokładach śmigłowców bojowych, mogą na żywo śledzić przebieg walki dzięki obrazom wideo przesyłanym przez bezzałogowe samoloty Predator.
Kamery Predatora pokazały, jak trzej bojownicy Al Kaidy wloką schwytanego żołnierza amerykańskiego. Na ratunek Robertsowi pospieszyły kolejne helikoptery, ale jeden z nich zaraz po wylądowaniu dostał się pod silny ogień i nie mógł już wystartować. Zanim nadeszła odsiecz, zginęło sześciu żołnierzy. Ciało Robertsa odzyskano po 12 godzinach. 32-letni komandos został zastrzelony.
Amerykanie szybko podciągnęli posiłki – 5 tys. żołnierzy Sojuszu Północnego i prawie tysiąc własnych. Do akcji weszło 17 helikopterów artyleryjskich typu Apache i śmigłowce Cobra. Po raz pierwszy w Afganistanie użyto w walce naszpikowanych działkami samolotów A-10. Jak twierdzi gen. Hagenbeck, w atakach z powietrza zginęły setki talibów, a pozostali i tak zostaną zabici – niezależnie od tego, gdzie się ukryją.
Niemniej jednak wielu wysokich oficerów Pentagonu ostro skrytykowało operację Anakonda. Ich zdaniem, należało prowadzić wielotygodniowe bombardowania pozycji wroga, zamiast wysyłać wojska lądowe. Popełniono ten sam błąd, co w Somalii, kiedy dowództwo skierowało do walki z siłami lokalnego pana wojny, Mohammeda Aidida, helikoptery Black Hawk bez osłony ciężkich samolotów artyleryjskich. Dwa zostały zestrzelone – 18 Amerykanów straciło życie. Ich ciała wleczono ulicami Mogadiszu. Po tej upokarzającej porażce prezydent Clinton postanowił wycofać wojska z Somalii. W Waszyngtonie krążą pogłoski, że ofensywę lądową w prowincji Paktiar podjęto, ponieważ jakieś grube ryby w Pentagonie pragnęły wreszcie przetestować helikoptery Apache, które w 1999 r. nie zdążyły wziąć udziału w wojnie o Kosowo. Sekretarz obrony Donald Rumsfeld zapewnia, że o żadnych porównaniach z Somalią nie ma mowy, a Stany Zjednoczone doprowadzą wojnę z terroryzmem do końca. Jednak z bitwy o Shahi Kot płynie gorzka lekcja. Talibowie i Al Kaida wciąż dysponują poważnym siłami. Wojna w Afganistanie może potrwać wiele miesięcy, zwłaszcza że islamscy

bojownicy przegrupowują się

i zaciągają ochotników za pakistańską granicą. Amerykanie łatwo weszli do Afganistanu, ale nie bardzo wiedzą, jak wyjść. Zanim rządowa armia afgańska będzie gotowa, by trzymać terrorystów w ryzach, upłyną lata. Do tego czasu żołnierze USA muszą zostać na afgańskim polu minowym. Komentatorzy już zastanawiają się, jakie straty w ludziach jest w stanie zaakceptować społeczeństwo Ameryki?
Niespodziewanie silny opór talibów może pokrzyżować strategiczne plany Pantagonu. Jak bowiem dokonywać inwazji na Irak, skoro afgańscy wrogowie nie zostali pobici, a ich przywódcy, bin Laden i mułła Omar, są nieuchwytni?

 

Wydanie: 10/2002

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy