Kumulacja gniewu

Kumulacja gniewu

PiS leżakowało wiele miesięcy i nie naraziło się wyborcom, a Platforma zderzyła się z atakiem różnych środowisk, które poczuły się skrzywdzone dokonanymi przez nią reformami

prof. Janusz Czapiński – psycholog społeczny, badacz jakości i warunków życia Polaków po transformacji ustrojowej, kierownik badania Diagnoza Społeczna.

W czasie naszej poprzedniej rozmowy – w lipcu 2013 r. – przekonywał pan, że sytuacja polityczna w Polsce jest znacznie gorsza niż w 2005 r., i prognozował zwycięstwo PiS w tym roku. Tamten wywiad nosił tytuł „Widmo orbanizmu”. Rozumiem zatem, że to, co się dzieje obecnie, nie jest dla pana zaskoczeniem.
– Wtedy po raz pierwszy stwierdziłem przewagę sondażową Prawa i Sprawiedliwości nad Platformą Obywatelską. Potem wyniki były już tylko coraz gorsze dla PO, choć podstawowy powód niezadowolenia Polaków z rządu w 2013 r. – spadek dochodów realnych związany z następstwami kryzysu – zniknął. Dziś dochody są wyższe, obywatele zyskali dzięki podwyżkom wynagrodzeń, deflacji i obniżce cen na surowce energetyczne. To wszystko musiało się przełożyć na wzrost materialnej jakości życia. A jednak pozostał w nich osad goryczy i niezadowolenia wzmocniony przez zaczernienie wizerunku PO – mam na myśli aferę taśmową. Dlatego, mimo poprawy sytuacji, wielu dawnych wyborców nie wróciło do Platformy.

Im więcej reform, tym gorzej

Z Diagnozy Społecznej w 2013 r. wynikało, że ogromna większość Polaków jest zadowolona ze swojego życia, a jednocześnie źle ocenia sytuację kraju. Czy te nożyce jeszcze bardziej się rozwarły – choć ludziom żyje się lepiej, sądzą, że Polska się wali?
– Myślę, że obywatele oceniają sytuację w kraju równie źle jak w 2013 r., natomiast wzmocniło się przekonanie, że decyzje władzy jedynie w niewielkim stopniu przekładają się na ich osobistą jakość życia. Polacy od 25 lat ćwiczą strategie i techniki zaradcze, które pozwalają im wyodrębnić ten własny ogródek z całego obszaru kraju i powiedzieć: za ogrodzeniem wszystko zarasta chwastami, ale u mnie kwitną piękne kwiaty.
Wyborcy nie wiążą swojego sukcesu z działaniem rządu, ale odpowiedzialnością za problemy chętnie obciążają władzę.
– Dlatego im więcej zmian wprowadzi rząd, tym gorzej dla niego. W 1997 r. – po czterech latach rządów, w czasie których nie dokonano w zasadzie żadnych istotnych reform – Sojusz Lewicy Demokratycznej uzyskał znacznie większe poparcie niż w poprzednich wyborach. Przegrał tylko dlatego, że ponad miarę urosła AWS. Donald Tusk znał ten przykład i zamierzał pójść podobną drogą.
Myśli pan o polityce ciepłej wody w kranie?
– Tak, bo nie decydując się na zmiany, można liczyć, że niewdzięczność wyborców nie wzrośnie. Wzrasta ona, gdy rząd wprowadza reformy – nawet korzystne dla większości. Zawsze przecież znajdą się tacy, którzy na nich tracą. A oni zazwyczaj są bardzo zmotywowani, by wyrzucić za burtę odpowiedzialnych za to polityków. Ci, którzy na reformach korzystają, nie czują się zobowiązani do przeciwstawienia się protestującym i poparcia władzy. Z tego doświadczenia partie rządzące wyciągnęły wnioski, że wszelkie reformy należy wprowadzać na początku kadencji, a potem trzeba siedzieć cicho i czekać, aż emocje sprzyjające rozpaleniu radykalizmu opadną.
To nie zawsze się udaje. Sztandarowym hasłem Andrzeja Dudy w wyścigu o Pałac Prezydencki była obietnica powrotu do dawnego wieku emerytalnego, który Platforma podwyższyła w pierwszym roku drugiej kadencji.
– Podwyższenie wieku emerytalnego bardzo Polaków zabolało. To dla większości zmiana nie o charakterze ekonomicznym, lecz dotycząca stylu życia. Obywatele tęsknią za czasem, gdy już nie będą musieli pracować. Stąd ten bum na emerytury pomostowe, częściowe itd. Wraz z podwyższeniem wieku emerytalnego wzięły w łeb plany milionów osób: zajmę się wnukami, ogródkiem. Pamiętajmy, że choć wskaźnik zatrudnienia w Polsce jest jednym z najniższych w Unii Europejskiej, to ci, którzy pracują, należą do najciężej tyrających w Unii.
Wielu liberalnych zwolenników PO do dziś wypomina jej reformę OFE.
– Uznali, że rząd ukradł i znacjonalizował ich pieniądze. To była ogromna skaza na wizerunku Platformy.

Polak w konserwie

PO naraziła się także części rodziców sześciolatków, którzy nie chcieli posłać dzieci do szkoły. „Zmieliła” miliony podpisów osób domagających się rozpisania referendum w sprawie wieku emerytalnego i sześciolatków.
– To był wyraźny sygnał z jej strony, że traktuje naród jako suwerena, ale tylko przy okazji wyborów, na co dzień zaś odbiera obywatelom podmiotowość. Jednak teraz nadchodzi moment, gdy „zmieleni” mogą powiedzieć rządzącym: już wam dziękujemy. Rząd Platformy zignorował zasadę przeprowadzania reform na początku kadencji, forsuje je także w ostatnim roku sprawowania władzy.
Myśli pan o decyzji o likwidacji kopalń, która doprowadziła do fali niezwykle ostrych protestów na Śląsku?
– Nie tylko, także o konwencji o przeciwdziałaniu przemocy wobec kobiet, in vitro, promowaniu projektu ustawy o związkach partnerskich. Te sprawy wywołały wiele emocji, dzieliły Polaków. Jesteśmy społeczeństwem konserwatywnym i tradycjonalistycznym.
Z tego, co pan mówi, wynika, że PO płaci nie za bezczynność, ale za działania, które wywołały protesty bardzo różnych grup. Przypomnę, że uchwalenie – wbrew związkom zawodowym – ustawy o elastycznym czasie pracy doprowadziło do wstrzymania dialogu społecznego w ramach Komisji Trójstronnej.
– Rzeczywiście, doszło do kumulacji niezadowolenia, a naturalnym adresatem gniewu jest partia rządząca.
Wspomniał pan o konserwatyzmie. Donald Tusk jako premier, widząc słabość lewicy, postanowił przejąć jej wyborców i przesunąć PO w stronę liberalizmu światopoglądowego. Tę strategię kontynuuje Ewa Kopacz. Jednak okazało się, że więcej można na tym stracić, niż zyskać. Dlaczego?
– Bo mimo wejścia do Unii Europejskiej doszło do umocnienia i upowszechnienia się postaw konserwatywnych. Ruchy konserwatywne rosną w siłę w większości państw Unii. Dziwić może jedynie, że w Polsce nie ma do tego podłoża: rzeszy uchodźców oraz milionowej armii imigrantów korzystających z rynku pracy i świadczeń społecznych. Duch konserwatywno-ksenofobiczny objawił się także w najmłodszych i najlepiej wykształconych wyborcach. Na tym m.in. wypłynął Paweł Kukiz, a wcześniej – w wyborach do Parlamentu Europejskiego – niezły wynik odnotował dzięki temu Janusz Korwin-Mikke.

Kukiz zejdzie ze sceny

Wpisy Pawła Kukiza na Facebooku ocierają się o ksenofobię. Bliska mu jest m.in. idea repolonizacji mediów, którą głosił przed wyborami w 2005 r. Jarosław Kaczyński. Chwilami Kukiz przypomina mi IV RP schowaną obecnie wraz z prezesem PiS.
– Schowaną na chwilę. Dalsze polityczne losy Kukiza są wątpliwe, nie budzą natomiast wątpliwości losy Jarosława Kaczyńskiego i jego ugrupowania. To okrzepła partia, w której na czas wyborów wygaszono wszelkie potencjalne źródła konfliktów. U Kukiza ferment wewnętrzny dopiero się rozpoczyna. Prawdziwa jatka zacznie się, gdy przedstawi spójny program na wybory parlamentarne. Nie chciałbym mu doradzać, bo nie jestem jego fanem, ale postąpiłby sensownie, nie przedstawiając żadnego programu.
Według relacji Przemysława Wiplera, taki ma właśnie pomysł, bo uważa, że tym, co decyduje o wyniku wyborów, są emocje, nie program.
– No tak, emocje: usuńmy tych starych wyjadaczy, którzy spiskowali w Magdalence, nie zrobili niczego sensownego dla kraju, tylko spiskowali i przyzwalają na kolonizowanie Polski przez obcych. To może łączyć Polaków, zwłaszcza młodych, niezależnie od tego, czy bliżej im do lewicy, czy do prawicy. Generalnie rzecz biorąc, ponieważ przesunięcie postaw idzie w kierunku prawicowym, większości młodych Polaków bliżej do prawicy. Dlatego ruch Kukiza to w istocie prawicowy bunt przeciwko zakonserwowaniu sceny politycznej. Jemu nie chodzi o JOW-y ani o żaden pozytywny program.
Czy Kukiz może po wyborach parlamentarnych zdecydować, kto będzie rządził Polską?
– Moim zdaniem, uzyska poparcie porównywalne z Januszem Palikotem z 2011 r. – 10-11% głosów. Jego ugrupowanie, podobnie jak Ruch Palikota, rozpadnie się, a wybrani z jego listy posłowie rozpełzną się do innych klubów parlamentarnych. To nieuniknione, jeśli polityk koncentruje się nie na programie, lecz na emocjach. Sądzę, że jeśli PiS nie zdobędzie bezwzględnej większości w Sejmie, Jarosław Kaczyński podkupi posłów Kukiza. Nie wróżę Kukizowi trwałej obecności na scenie politycznej.
Jednak poza emocjami wzmacnianymi przez retorykę patriotyczno-konserwatywną widać jego neoliberalne sympatie – odwołuje się do Miltona Friedmana, a także do programu Centrum im. Adam Smitha domagającego się likwidacji PIT, CIT i składek na ZUS.
– To pokazuje kierunek prawicowy. Spójna prawica to nie tylko hołubienie bohaterskich przodków, ale także wyznawanie zasady, że każdy jest kowalem swego losu, i wprowadzanie prawidła klasycznego neoliberalizmu: jak zapracujesz, to przeżyjesz, jak nie zapracujesz, to zginiesz.
Jak połączyć wspólnotowość pod biało-czerwoną flagą i krzyżem z darwinizmem społecznym?
– To ma być wspólnotowość pracowitych, zaradnych, dbających o własny interes, a nie oglądających się na dostęp do pieniędzy publicznych. To kwintesencja prawdziwej prawicy – absolutnie wolny rynek i skoncentrowanie się na ojczyźnianych powiązaniach jego uczestników.
Dlaczego w takim razie Jarosław Gowin, który ma identyczny program, nie jest u Kukiza, lecz tkwi przy Jarosławie Kaczyńskim?
– Bo jako dobrze sformatowany polityk myśli długofalowo. Po co ma się łączyć z Kukizem, żeby za chwilę zmienić partię? Podobnie jak ja wie, że Kukiz jest efemerydą.

Magister na kasie

W ubiegłym roku upojony szczęściem i dumą prezydent Bronisław Komorowski celebrował ćwierćwiecze III Rzeczypospolitej. Wyborcy Kukiza – w większości urodzeni po 1989 r. – odrzucają III RP. Czy to nie paradoks?
– Najczęściej tłumaczy się go tym, że III RP zrodziła prekariat. Wszyscy – ci z prawej i ci z lewej strony – mówią o ciężkiej doli młodych Polaków, którzy nie są pewni dnia ani godziny, z konieczności zgadzają się na umowy śmieciowe, ich przyszłość rysuje się ponuro, bo nie odprowadzają składek na ZUS. Guy Standing, autor pojęcia prekariat, zrobił w Polsce większą karierę niż w swojej ojczyźnie, choć w Wielkiej Brytanii ten problem jest znacznie ostrzejszy, a w Polsce – moim zdaniem – wyolbrzymiony. Odwołajmy się do statystyki. Tzw. umowy śmieciowe – poza zatrudnieniem na umowę na czas nieokreślony i na czas określony, ale nie krótszy niż rok – obejmują ogółem ok. 20% pracujących, połowa z nich jest przed trzydziestką. Czy im ta sytuacja bardzo doskwiera? Z badań wynika, że są oni tylko nieco mniej zadowoleni z pracy i tylko nieco gorzej widzą swoją przyszłość niż zatrudnieni na umowy kodeksowe. Natomiast nie są od nich ani mniej szczęśliwi, ani mniej zadowoleni z całego dotychczasowego życia. Ich główny problem polega nie na samozatrudnieniu lub pracy na umowach śmieciowych, lecz na zmuszeniu do podejmowania pracy znacznie poniżej ich kwalifikacji i oczekiwań. Chodzi zatem o charakter nie umowy o pracę, ale samej pracy.
Polska rozwija się w kierunku gospodarki nie innowacyjnej, tylko naśladowczej. Przyciąga obcy kapitał, który tworzy miejsca pracy i wynajmuje Polaków do wykonywania prostych czynności – tego przykręcania śrubek. Polski rynek pracy to w ogromnej większości rynek pracy prostej. Z drugiej strony miliony młodych Polaków mają studia, wielu obroniło doktoraty. Dla nich nie ma odpowiedniej pracy w kraju. W jednym z hipermarketów spotkałem swojego byłego studenta, absolwenta psychologii. Emocjonalnie wyłożył mi swoje żale: pięć lat nauki, dyplom i praca „na kasie”, bo innej nie mógł znaleźć. Gdyby nasza gospodarka choć w części przypominała niemiecką lub szwedzką, byłoby znacznie więcej pracy dla tej wielkiej grupy młodych Polaków wykształconych w III RP. Nie byłoby zgrzytających zębami z oburzenia.
Jeśli jednak podzielają oni neoliberalne myślenie Kukiza, powinni uznać, że państwo nie jest od tego, by zapewnić im innowacyjną pracę.
– Nikt im oczywiście takiej pracy nie zapewni. Polska jeszcze przez ładnych parę lat, czyli do zasadniczego kryzysu, nie wejdzie na ścieżkę gos-
podarki innowacyjnej. A zasadniczy kryzys nastąpi wtedy, gdy z jednej strony wzrosną koszty pracy, z drugiej skończy się brukselska manna z nieba, do czego dojdzie w 2020 r. Wówczas każda praca, nawet najgorsza, będzie na wagę złota.
Dlaczego antysystemowcy nie odwołują się do Solidarności, która była rzeczywistą siłą antysystemową?
– Dla nich Solidarność to kilkusettysięczny związek zawodowy, a nie 10-milionowy ruch społeczny. Poza tym robotnik protestujący przeciwko podwyżce cen mięsa nie jest tak atrakcyjnym przykładem do naśladowania jak powstaniec warszawski czy żołnierz wyklęty walczący z bronią w ręku o wolność ojczyzny.
A może Solidarność z jej egalitarnymi hasłami, że każdemu się należy, jest sprzeczna z duchem epoki indywidualizmu?
– Generalnie rzecz biorąc, 80% Polaków nadal opowiada się za tym, by dochody ludzi były w miarę wyrównane, a państwo ma według nich obowiązek pomagać słabszym. Egalitaryzm jest silny także w młodych pokoleniach. One nie odwołują się do Solidarności także dlatego, że traktują ją jako rewolucję ojców i dziadków, tęskniąc do własnej rewolucji. Odwołują się do najbardziej wyrazistych bohaterów, którzy, gdy dokonywali swoich chwalebnych czynów, byli bardzo młodzi. Tym tłumaczę popularność powstańców warszawskich.
Młodzi zwolennicy Kukiza nie pamiętają, że przed wyborami w 2005 r. PiS uznało się za bezpośrednich spadkobierców powstańców warszawskich, ich współczesne wcielenie.
– Lech Kaczyński zbudował Muzeum Powstania Warszawskiego. Tak jest w Polsce od wieków. Prawdziwe bohaterstwo polega na złożeniu ofiary na ołtarzu ojczyzny, a nie na strajku z powodu podwyżek cen. Szczególnie dla prawicy to problem mało istotny.

Szlakiem Orbána

Dwa lata temu, powołując się na ostre wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego, powiedział pan, że jego partię interesuje nie rozwiązanie konkretnych problemów społecznych, lecz przywrócenie Polsce rzekomo utraconej suwerenności, a Polakom ich narodowo-ojczyźniano-katolickiej tożsamości. Te hasła schowano bardzo głęboko, PiS przedstawia się jako partia walcząca o bezpieczeństwo socjalne.
– Schowano radykalizm, bo wyczerpało się paliwo smoleńskie. Niewiele ponad połowa zwolenników PiS wierzy w spisek, który miał doprowadzić do katastrofy. Jarosław Kaczyński, chcąc zdobyć serca i umysły Polaków, by wygrać wybory, musiał zrezygnować z dawnej retoryki. Ale ona – wraz z ukrytymi liderami frakcji spiskowo-zamordystycznej PiS – wróci po wyborach.
Nie wierzy pan w zapewnienia prezydenta elekta i kandydatki PiS na premiera, że są politykami samodzielnymi, którymi nikt nie steruje z tylnego siedzenia?
– Nie stawiałbym w jednym szeregu Andrzeja Dudy i Beaty Szydło. To dwa różne przypadki. Beata Szydło nie wybiła się na samodzielność, jej los wciąż zależy od decyzji partii. Natomiast jeśli chodzi o Andrzeja Dudę, nie zaryzykowałbym żadnych przepowiedni. Ma potężny mandat i może uprawiać zupełnie niezależną od PiS politykę. Ale nie jestem pewien, czy tak się stanie.
Wybory prezydenckie pokazały, że siła oburzonych jest większa niż zadowolonych. Na to samo wskazują sondaże partyjne. Czy oburzenie wygra z zadowoleniem oraz strachem przed nieprzewidywalnością PiS i Kukiza?
– Wrócę do tego, co powiedziałem na początku. Dla ogromnej większości Polaków polityka i roszady partyjne to temat podrzędny. Żaden strach nie zmieni układu sił. A układ sił jest taki: PiS leżakowało wiele miesięcy i niczym – poza bulwersującymi tezami na temat katastrofy smoleńskiej – się nie naraziło. Natomiast PO, która dokonała iluś reform, zderzyła się z atakiem różnych środowisk, które poczuły się przez nią skrzywdzone.
Czy zwycięstwo prawicy wskrzesi wizję IV RP, Budapesztu w Warszawie?
– Tak, tym bardziej że Orbán przetarł pewien szlak: można wprowadzić wiele rozwiązań, nie oglądając się na to, co mówi Bruksela. Nie wykluczam nałożenia większych podatków na zagraniczne sieci handlowe i instytucje finansowe. Popularność PiS w pierwszej fazie rządzenia może rosnąć, bo będzie skąd czerpać pieniądze na przekupywanie kolejnych grup społecznych.
Mówił pan o znużeniu demokracją. Czy to może zachęcać PiS do posunięć o charakterze autorytarnym?
– Nastroje antydemokratyczne nie są jeszcze na tyle silne, by Polacy byli gotowi zaakceptować fasadową władzę demokratyczną. Ale możliwe jest – przy przychylnym prezydencie – stopniowe odchodzenie od wielu reguł demokracji wolnościowej: przejęcie – podobnie jak w czasie poprzednich rządów Jarosława Kaczyńskiego – mediów publicznych, zastraszanie na różne sposoby przeciwników politycznych, uruchomienie szybkiej ścieżki sądzenia przed Trybunałem Stanu polityków Platformy.
Po pierwszej turze wyborów prezydenckich burzę medialną wywołała pana wypowiedź na temat młodych antysystemowych radykałów: „Módlmy się, by jak najszybciej wyemigrowali, dzięki czemu ochronimy porządek”. Teraz też pozostała nam tylko modlitwa?
– Zmiana rządu i prezydenta nie oznacza jeszcze zawalenia się demokracji w Polsce. Mamy kadencyjność władz. Jeśli nabroją, naruszą interesy dużych grup społecznych, zostaną wymienione w kolejnych wyborach.
Czyli polska demokracja, o której wciąż się mówi, że jest młoda, będzie na tyle dojrzała, by poradzić sobie z siłami próbującymi ją podważyć?
– Jestem tego absolutnie pewien. Poza tym PiS nie pójdzie tak daleko jak Orbán, bo ma poparcie znacznie mniejsze niż Fidesz, gdy sięgał po władzę w 2010 i 2014 r.


Czy pokolenie solidarnościowej opozycji traci wpływy polityczne?

Barbara Labuda, b. działaczka Solidarności, b. minister w Kancelarii Prezydenta
Nasze pokolenie pierwszej Solidarności wypłukuje z życia politycznego biologia. Ustępuje też „etosowy” prezydent Komorowski, przychodzą zaś ludzie nowi. Chciałabym, aby byli twórczy i oddani Polsce, a ci, u których zwycięża konformizm lub egoizm, nie zyskiwali wpływów politycznych.

Prof. Jacek Kurczewski, socjolog
W polityce wolnej Polski były dwa pokolenia związane z Solidarnością 1980 r. Pierwsze to pokolenie mojego rówieśnika Wałęsy, Borusewicza, Gwiazdów, Bujaka, Macierewicza, Rulewskiego, Niesiołowskiego, Frasyniuka, Celińskiego, Komorowskiego, Kaczyńskiego i nieżyjących liderów transformacji takich jak Mazowiecki czy Geremek; w większości, ale nie całkowicie, jak widać, straciło ono wpływy wraz z wiekiem. Do władzy dołączyło młode pokolenie opozycji studenckiej NZS ostatniego 10-lecia PRL itp.: Tusk, Schetyna, Bielan, Mariusz Kamiński i inni. Teraz również to pokolenie w większości schodzi na bok, a do władzy doszli ludzie młodsi, ukształtowani w cieplarnianych warunkach demokracji parlamentarnej, a także w związanej z tym kulturze intryg partyjnych, urzędowych i medialnych. Przeszłość Solidarności z 1980 r. może zjednoczyć tylko na cmentarzu.

Władysław Frasyniuk, b. działacz Solidarności, przedsiębiorca
Pokolenie to dawno straciło pozycję polityczną. Reszta reprezentacji odwołująca się do wartości Sierpnia ‘80, skupiona w Unii Demokratycznej, poniosła porażkę. Nie pamiętam, aby po UD pojawiła się jakaś partia, która traktowałaby działalność polityczną jako służbę. Kompletnie nie rozumiem współczesnej inteligencji. Bo przecież nie można oddać władzy ludziom bez doświadczenia i nieudacznikom, którzy legitymują się niekompetencją i postawą roszczeniową.

Janusz Śniadek, b. przewodniczący NSZZ Solidarność, poseł PiS
Solidarnościowa opozycja już od dawna stoi po przeciwnych stronach barykady. Poszczególne środowiska w ogóle nie mieszczą się w kategorii wpływów politycznych, a na niektóre nazwiska trzeba spuścić zasłonę miłosierdzia. Trudno wymienić grupę, która zachowuje szczególny tytuł do reprezentowania ideałów Solidarności. Dlatego przed ponad rokiem założyłem w Sejmie Parlamentarny Zespół Obrony Ideałów Solidarności. Doszliśmy do stanu kompletnego zaprzeczenia przesłaniom Sierpnia. Tę rewolucję trzeba zaczynać od nowa. Nie jako powtórkę z Sierpnia ‘80, ale jak akt wyborczy przy urnach.

Bogdan Lis, b. działacz Solidarności, wiceprzewodniczący Stronnictwa Demokratycznego
To naturalny proces. Ludzie odchodzą, robią się coraz starsi i wycofują z aktywnego życia politycznego i gospodarczego. Jeśli zachowują jakiś wpływ, to tylko dzięki zdobytemu autorytetowi. Tadeusz Mazowiecki nie musiał piastować żadnych funkcji, ale gdy się wypowiadał, jego myśli miały duże znaczenie.
Not. BT


Czy podobnie jak w 1980 r. nadchodzi nowa rewolucja?

Prof. Jacek Raciborski, socjolog, Uniwersytet Warszawski
Zmiany przyspieszą, fal kontestacji będzie coraz więcej. Jednak do rewolucji w sensie stworzenia lub próby stworzenia prawdziwie nowego porządku nie dojdzie. Demokracja dlatego jest tak znakomitym pomysłem, że dostarcza rewolucji gotowych ram. I wcześniej czy później bunt zostaje okiełznany przez procedury wyborcze, a buntownicy rozchodzą się do domów.

Prof. Piotr Kwiatkowski, socjolog, prezes zarządu TNS Pentor
Na takie pytanie trudno mi odpowiedzieć, ponieważ nie zajmuję się przewidywaniem przyszłości. Z pewnością jednak niełatwo dostrzec analogie między Solidarnością a ludźmi, którzy dzisiaj określają się mianem antysystemowców lub wkurzonych. Po pierwsze, dawny system komunistyczny był wyraźnie zintegrowany. Bardzo łatwo było zidentyfikować jego instytucje, ludzi i symbolikę. Dzisiaj natomiast trudno powiedzieć, co to jest system. Jest on przecież pluralistyczny. W jego obszarze działają różne środowiska i partie. Funkcjonują też Kościoły, samorządy i organizacje pozarządowe. Co więcej, w czasach Solidarności integracja społeczna przeciwników systemu była o wiele większa niż teraz. Przecież jednym z mitów założycielskich III RP są wybory kontraktowe z 4 czerwca 1989 r., które strona solidarnościowa wygrała w sposób jednoznaczny, a jej ludzie okrzyknęli je wielkim sukcesem. To bez wątpienia był wynik przełomowy, który ciężko porównywać chociażby z wynikiem wyborczym Pawła Kukiza. Warto też pokreślić, że w latach 80. bardzo duża część społeczeństwa była zintegrowana wokół hasła zmiany, ale też wiedziała, jak te zmiany mają wyglądać. Solidarność mówiła: chcemy demokracji parlamentarnej, wolnego rynku oraz połączenia Polski z instytucjonalnym porządkiem europejskim i światowym.
Dzisiejsi antysystemowcy nie mają żadnej spójnej wizji zmian. Chcą rozwalenia tego, co jest, i ośmieszenia elit politycznych, ale nie wiedzą, co potem. Proszę też zauważyć, że ruchy antysystemowe działają już niemal w całej Europie. Oznacza to, że ich powstawanie jest efektem globalnych przemian. Kiedyś można było powiedzieć, że nasz system autorytarny, obecność w RWPG i w Układzie Warszawskim to wina systemu. Teraz zbyt wiele problemów, które dotykają młodych ludzi – a to oni przede wszystkim tworzą ruchy antysystemowe – wynika z rozwoju technologicznego i zglobalizowanej gospodarki i nasz rodzimy system nie ma na to wpływu. Dlatego Thomas Piketty w głośnej książce „Kapitał w XXI wieku” mówi, że problem nierówności można rozwiązać jedynie na poziomie globalnym. Antysystemowcy wyrażają głębokie niezadowolenie z zastanej rzeczywistości, ale w ramach obecnego ładu społeczno-gospodarczo-politycznego nie mają narzędzi, by tę rzeczywistość zmienić. Ci, którzy dzisiaj są wkurzeni, to raczej grupy ekspresyjne, a nie sprawcze. Fundamentalna różnica między nimi a Solidarnością polega na tym, że w latach 80. ludzie wiedzieli, jakiego systemu nie chcą, a jaki chcą.

Prof. Andrzej Friszke, historyk, PAN, badacz opozycji demokratycznej w PRL
Bardzo trudno przewidzieć masowe reakcje społeczne. Jeszcze wiosną 1980 r. nikt się nie spodziewał takiej fali protestów. Obecny przebieg wyborów prezydenckich był zaskoczeniem dla obserwatorów, ale tego, czy zbliża się fundamentalna zmiana, nie można stwierdzić bez systematycznego i głębokiego badania społecznych emocji i zachowań. Niełatwo oszacować, jak potężne one są. W latach 80. ówczesna władza też nie była w stanie tego stwierdzić i to jest element wspólny, z drugiej strony mamy do czynienia ze skrajnie odmiennymi systemami. PRL była systemem autorytarnym z ograniczoną wolnością słowa. W III RP, m.in. dzięki nowoczesnym środkom przekazu, można protestować do woli. Nie chciałbym jednak lekceważyć obecnych problemów. Dotykają one głównie ludzi młodych, którzy nie mają poczucia stabilizacji i nie mogą planować swojego życia. To element wywołujący największą frustrację. Wydaje mi się jednak, że za ten stan rzeczy odpowiedzialny jest globalny kryzys gospodarek. Obecny protest ma charakter ekonomiczno-społeczny, a nie – i mam nadzieję, że się nie mylę – polityczny. System demokratyczny, w którym żyjemy, nie otwiera kanałów awansu, co jest wspólne z sytuacją lat 70. i 80.
Wielu młodych ludzi krytycznie wypowiada się o działaczach pierwszej Solidarności, bo niestety ich wiedza historyczna jest żałosna. Szkoła zbankrutowała, jeśli chodzi o naukę najnowszej historii Polski. I takie mamy efekty. Właśnie wracam z egzaminów i mogę powiedzieć, że niektórzy studenci nie potrafią rozwinąć skrótu PZPR.

Dr Błażej Poboży, politolog, Uniwersytet Warszawski, najnowsza historia polityczna Polski
Roku 1980 i obecnej sytuacji absolutnie nie da się porównać. Przypomnę, że w 1980 r. mieliśmy do czynienia z wykluczeniem wszystkich grup społecznych, które nie uczestniczyły w sprawowaniu władzy. To ludzi łączyło. Grupy obecnie wykluczone politycznie lub ekonomicznie są zróżnicowane, a ich interesy najczęściej sprzeczne. Opozycjoniści z czasów PRL, chociaż znajdowali się poza systemem politycznym, cieszyli się prawdziwym autorytetem wśród wszystkich tych, którzy kontestowali ówczesną rzeczywistość. Dzisiejsi niezadowoleni nie mają liderów, którzy trafiliby do całości społeczeństwa. Nie mają też prawdziwej reprezentacji politycznej ani struktur, dlatego zwracają się w stronę ich substytutów, takich jak Paweł Kukiz. A warto podkreślić, że Kukiz nie ma ani programu, ani zaplecza. Co więcej, udowodnił już, że swój fundamentalny pomysł, czyli JOW-y, traktuje instrumentalnie. Mówi, że zmieni konstytucję. Ale żeby ją zmienić, trzeba wiedzieć, jakie zmiany chce się wprowadzić. Dlatego uważam, że poparcie dla niego będzie spadało.

Not. WR

 

Wydanie: 27/2015

Kategorie: Wywiady

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy