Lato i lata miłości

Lato i lata miłości

Bez hipisów świat byłby gorszy i mniej wyluzowany

Hipisi nie zmienili świata. Nie powiodła się próba zatrzymania zbrojeń, odrodzenia duchowości ani wprawienia w lewitację Białego Domu (w tej ostatniej sprawie opinie świadków są sprzeczne). Ścięli włosy, zajęli się polityką i biznesem. Często na sposób, który kontestowali za młodu. Ale mimo wszystko bez nich świat byłby gorszy i mniej wyluzowany.

Ważnych dat i przełomowych wydarzeń jest w dziejach hipisów tak wiele, że trudno znaleźć to, które najlepiej nadawałoby się na symboliczny początek. Przyjmijmy najpopularniejszą wersję, której zaletą jest obecność plejady postaci ważnych dla tego ruchu.

Lato miłości w styczniu

14 stycznia 1967 r. w parku Golden Gate w San Francisco odbył się happening „Human Be-In”. Był to protest przeciwko delegalizacji LSD w Kalifornii, ale też „zgromadzenie plemion” i politycznych aktywistów, festiwal literacki, ogłoszenie „nowej ery” w dziejach Ameryki. No i dzika impreza z udziałem sporej ilości zakazanej od miesiąca substancji przy wtórze ówczesnej czołówki rocka. Zagrali m.in. Grateful Dead, Jefferson Airplane, Blue Cheer czy Big Brother and the Holding Company, w której karierę rozpoczęła Janis Joplin. Poeta i propagator zen Gary Snyder dął w konchę i wraz ze słynnym kolegą po piórze Allenem Ginsbergiem poprowadził zebranych na wiec. Wzięły w nim udział także inne kontrkulturowe sławy, jak Timothy Leary, propagator „kwasowych seansów” z LSD, pisarze Alan Watts, Lenore Kandel czy Michael McClure. Cały dzień upłynął zgromadzonym na mantrowaniu, wygłaszaniu manifestów przy kanapkach z indykiem i kwasową wkładką (!).

To wydarzenie utwierdziło polityczny potencjał kontrkultury, a po latach zdaje się być sielanką. Tym bardziej że obowiązek dbania o dzieci zgromadzonych wzięli na siebie członkowie gangu motocyklowego Hells Angels, którzy już kilka lat później przyczynili się do krachu ideałów postulowanych przez hipisów. Słynne lato miłości rozpoczęło się więc już w styczniu.

Ale ferment trwał już od dawna. Ruch hipisów wyrósł z długich tradycji kontestacji, których źródeł można szukać wśród europejskich kultur oporu, zarówno ruchów polityczno-wyzwoleńczych czy religijnych, jak i u artystycznej bohemy, ruchu sufrażystek, postromantycznego nomadyzmu oraz pierwszych subkultur młodzieżowych. Te idee i postawy padały na podatny grunt w Stanach Zjednoczonych. Amerykańską państwowość współtworzyli przecież rozmaici odszczepieńcy: buntownicy, radykałowie, wizjonerzy, członkowie małych wspólnot religijnych. Konstytucja USA zawiera odniesienia do koncepcji Johna Locke’a, jednego z twórców liberalizmu i współczesnej demokracji, autora „Listów o tolerancji”. Trudno sobie wyobrazić amerykańską kulturę i swoiście pojmowanego „ducha wolności” bez Henry’ego Davida Thoreau, zwolennika obywatelskiego nieposłuszeństwa, anarchoprymitywistów na czele z Fredym Perlmanem czy bez anarchistki Emmy Goldman, którą za propagowanie unikania poboru deportowano w 1917 r. do ogarniętej rewolucją Rosji.

Młodzież upolityczniona

Inkubatorem kontrkultury hipisów były lata powojennej prosperity i modernizacji. Młodzież zyskiwała coraz większe znaczenie jako grupa społeczna. Trwająca od czasów romantyzmu emancypacja nastolatków jako ludzi plasujących się gdzieś pomiędzy dzieciństwem i dorosłością przybrała na sile. Na głosy i gust młodych reagowała kultura masowa. Z kolei antykomunistyczna histeria maccartyzmu, wysyłanie żołnierzy na kolejne wojny, segregacja rasowa, płytki konsumpcjonizm i wiele innych wad systemu przyczyniły się do potrzeby poszukiwania alternatywnych modeli życia społecznego.

Amerykańska młodzież chciała znaleźć dla siebie nowe formy. Inspirowała ich twórczość folkowych lewicowych bardów na czele z Woodym Guthriem oraz ekspresja jazzu i rodzącego się rock and rolla. Główne cele formułowali już od 1944 r. pisarze związani z ruchem beatników. Allena Ginsberga, Jacka Kerouaca i Williama S. Burroughsa

połączyła przyjaźń zawarta w czasie studiów na Uniwersytecie Columbia i katalog wspólnych zainteresowań: głęboki sens podróży, narkotyczne odloty, transgresja, duchowość, filozofia i jazz. Inspirowali się nerwowym rytmem ulic i muzyki współczesnej, krytykowali bigoterię, rozpasaną konsumpcję oraz wszelkie formy instytucjonalnej opresji.

Z nimi rozprawił się szczególnie wyraziście inny kojarzony z beatnikami pisarz Ken Kesey w pamiętnym „Locie nad kukułczym gniazdem”. Stworzył nie tylko jeden z najbardziej sugestywnych opisów przemocy państwa i społeczeństwa (symbolizowanego przez szpital psychiatryczny) wobec wrażliwych jednostek, ale też przyczynił się do popularyzacji humanistycznej, antyautorytarnej antypsychiatrii na masową skalę. Efekt wzmocniła adaptacja filmowa w reżyserii Miloša Formana (twórcy równie kultowego musicalu „Hair”) ze słynną rolą Jacka Nicholsona. Kesey przyczynił się do popularyzacji kultury psychodelicznej, podróżując ze świtą band of merry pranksters (wesołych dowcipnisiów) w latach 1964-1969 autobusem szkolnym ze złomowiska, pomalowanym w pacyfki i kolorowe wzory. Pojazd marki Furthur służył jako mobilne centrum imprez, wehikuł przygód i psychodelicznej kampanii. Podróże w głąb Stanów i jaźni pasażerów Kesey opisał w wydanej w 1968 roku książce „Próba kwasu w elektrycznej oranżadzie”.

To samo działo się w Europie. Egzystencjaliści inspirowali do pytań o wolność i etykę. Holenderscy provosi demontowali hipokryzję władz za pomocą absurdalnych żartów. Od lat 50. europejska międzynarodówka sytuacjonistów „dostrajała” marksizm i anarchizm do potrzeb masowego młodzieżowego ruchu, który eksplodował wraz z hasłem nowej lewicy i paryskim majem 1968 r.

Nie „ja”, ale „ty”

Czy ruch czerpiący z tak wielu źródeł i reagujący na rozmaite trendy był oryginalny? Co wnosił do kulturalnego fermentu lat 60.? Iza Klementowska, reporterka, autorka głośnej książki „Zapach trawy. Opowieści o dzieciach hipisów” (2021), zwraca uwagę na ważne i dziś globalne problemy: – W ich przypadku było to na bardzo szeroką skalę. Idea rozlała się na cały świat. Wydaje mi się też, że zawdzięczamy im również pochylenie się nad problemami ekologicznymi, które, jak teraz widzimy, doprowadzają powoli do niepokojących zmian klimatu, katastrof klimatycznych. Myślę, że pokazali drogę, że można inaczej, bez krzywdy ani dla człowieka, ani dla zwierzęcia, ani dla roślin.

Rewolucja czułości na pół wieku przed mową noblowską Olgi Tokarczuk?

– Oczywiście! – mówi reporterka. – Uzmysłowienie sobie faktu, że wszyscy jesteśmy częścią jednej całości, a więc wszystko, co się dzieje jednemu człowiekowi, dzieje się i drugiemu, może doprowadzić do bardziej czułego spojrzenia na rzeczywistość oraz ludzi, naturę, która nas otacza. Jeśli na każdy problem, jaki się pojawia, lub na osobę, którą spotykamy, spojrzymy przez pryzmat „to mogłam/mogłem być ja”, pomoże to często zrozumieć sytuację drugiej strony i znaleźć rozwiązanie jej problemu. Zamiast tworzyć podziały, których jesteśmy teraz świadkami, próbować znaleźć porozumienie dla każdej strony, a przede wszystkim rozmawiać ze sobą ze zrozumieniem – podkreśla Iza Klementowska.

Podobne spostrzeżenia na temat  ruchu ma prof. Jerzy Jarniewicz, anglista z Uniwersytetu Łódzkiego, poeta i tłumacz, autor licznych przekładów wierszy beatników i tekstów krytycznych na ich temat, w tym popularnego eseju „All You Need is Love. Sceny z życia kontrkultury” (2016): – Ruch hipisowski był zjawiskiem masowym, zróżnicowanym i globalnym, od Pragi przez Londyn i San Francisco po Tokio.

Czy w takim razie jego uczestnicy byli zbiorem indywidualistów o podobnej wrażliwości, zamiłowaniu do psychodelicznego rocka i psychodelików do zażywania?

– Ruch hipisowski często łączy się z indywidualizmem, ważniejsza jednak od indywidualizmu była w tej kulturze wspólnotowość, nie ta, z którą przychodzimy na świat, narzucona nam przez nasze geograficzne i historyczne uwarunkowania, ale wspólnotowość z wyboru: wspólnota łącząca podobnie myślących i prowadzących podobne życie ludzi. Zaimkiem hipisów nie było „ja”, ale „ty” – tłumaczy profesor.

Hipisi wszędzie

Idee kontrkultury były atrakcyjne nie tylko w świecie demokratycznym. Dzięki relacjom prasowym przedostały się także za żelazną kurtynę. Hipisów na Zachodzie drażniły duchowa płytkość społeczeństwa konsumpcyjnego, imperialistyczne wojny i kapitalizm. Ich koledzy ze Wschodu dorastali w innych warunkach. O podobieństwa i różnice pytam dr. Bogusława Tracza z katowickiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej, autora monografii „Hippiesi, kudłacze, chwasty. Hipisi w Polsce w latach 1967–1975” (2014). Czy polscy hipisi byli inni niż ich rówieśnicy ze Stanów Zjednoczonych lub Anglii?

– Byli i nie byli – tłumaczy historyk. Na pewno warunki, w których żyli, diametralnie różniły się od tych w USA czy Europie Zachodniej. Jednak paradoksalnie idee, z którymi się utożsamiali, były zasadniczo zbieżne z poglądami ich rówieśników po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Wynikało to, jak sądzę, przede wszystkim z dużego stopnia ogólności i uniwersalności ideologii hipisowskiej. Pokój, przyjaźń, miłość, to wszak idee uniwersalne, pojmujemy je poniekąd intuicyjnie.

– To, że w Polsce czy w ogóle w tzw. demoludach, pojawili się hipisi, wskazuje, że w warunkach postępującej globalizacji w drugiej połowie XX w. nie sposób było już skutecznie odciąć państw bloku sowieckiego od wpływów z Zachodu – wyjaśnia Bogusław Tracz. – Choć oczywiście starano się to i podobne zjawiska tzw. kultury młodzieżowej spacyfikować lub zatrzymać ich rozwój. W pewnej mierze to się udawało. W odróżnieniu od USA czy Europy Zachodniej, ruch hipisowski w Polsce nie był zjawiskiem tak masowym i nigdy nie osiągnął takiej skali, jak w krajach demokratycznych.

Rodzimych długowłosych buntowników było proporcjonalnie mniej, ale z pewnością ruch hipisowski znalazł miejsce w polskiej kulturze powojennej. O hipisach pisali Miron Białoszewski i Marek Nowakowski, pojawiali się niekiedy w filmach i w reportażach. Z hipisami związani byli m.in. Jerzy Illg, później wpływowy krytyk literacki i redaktor naczelny wydawnictwa Znak, czy Krzysztof Niemczyk, twórca polskiej sztuki konceptualnej. I oczywiście para rockandrollowych artystów – Kora Jackowska oraz Kamil Sipowicz, którzy, jak się zdaje, na zawsze pozostali wierni ideałom kontrkultury. Co ciekawe, władze PRL przychylnym okiem patrzyły na hipisów amerykańskich, a na krajowych podejrzliwie.

Klamrą książki Bogusława Tracza jest rok 1975. Czyżby rodzima kontrkultura skończyła się w połowie dekady gierkowskiej? Historyk zaprzecza i zwraca uwagę na kilka lokalnych aspektów historii ruchu. – W połowie lat 70. kierownictwo tajnej policji politycznej doszło do wniosku, że hipisi nie stanowią zagrożenia dla państwa i ustroju, a zatem ich rozpracowywaniem i zwalczaniem powinna zająć się milicja. Proszę zauważyć, że nie jest to równoznaczne z końcem różnych form prześladowania i nękania młodzieży utożsamiającej się z ruchem hipisowskim, jednak jej istnienie nie jest już traktowane jako problem polityczny, a bardziej społeczno-obyczajowy. Inna sprawa, że druga połowa lat 70. to faktycznie czas, kiedy złote lata ruchu hipisowskiego są już przeszłością. Różne były tego przyczyny: zmiana pokoleniowa, bardzo szybkie przeobrażenia w obrębie kultury masowej, nowe grupy i ruchy kontrkulturowe.

Inny lokalny rys polskiego odłamu hipizmu wiąże się z losami jego uczestników. O ile młodzi Amerykanie po ścięciu włosów często robili kariery w korporacjach, o tyle wśród kontestujących Polaków można znaleźć grupkę takich, którzy odnaleźli się na prawicy. Wystarczy wspomnieć polityków Prawa i Sprawiedliwości Marka Kuchcińskiego, w latach buntu zwanego przez kolegów Penelopą lub Członkiem, czy Ryszarda Terleckiego, który w młodości nosił ksywę Pies i wedle krakowskich plotek chętnie korzystał z hipisowskiej swobody.

Czy polscy hipisi, mając złe doświadczenia z systemem PRL, a często też biorąc udział w opozycji, dopisywali do zachodnich idei swojski antykomunizm? Bogusław Tracz nie zgadza się z tym poglądem: – Nie należy generalizować. Proszę pamiętać, że w środowiskach kontrkulturowych w latach 80. silne były również głosy, by w ogóle nie angażować się w politykę, albo – co więcej – kontestować również rządy demokratyczne po 1989 r. To złożony problem. Wydaje mi się, że w przypadku ruchu hipisowskiego w PRL ów antykomunizm był przede wszystkim wynikiem niezgody na funkcjonowanie w opresyjnym państwie i odgórną uniformizację, niechęci do różnych form przymusu.

Kres utopii

Gdyby trzymać się utrwalonych ram historii kontrkultury, „hipisów epoka heroiczna” kończy się 6 grudnia 1969 r. w trakcie The Altamont Speedway Free Festival zorganizowanego z inicjatywy muzyków legendarnej grupy Jefferson Airplane. W programie były też występy Carlosa Santany, Flying Burrito Brothers, Crosby, Stills, Nash and Young oraz Rolling Stones. Podczas koncertu tych ostatnich członkowie Hells Angels zabili czarnego nastolatka Mereditha Huntera. Ruch stracił niewinność, a wraz z nią siłę pokojowego oddziaływania na społeczeństwo. Ale oprócz tej tragedii w jego dziejach znalazło się więcej mrocznych epizodów. Wystarczy wspomnieć zbrodnie sekty Charlesa Mansona, której lider inspirował się kontrkulturą. Albo krwawe występki krążących wokół ruchu fanatyków lub kryminalistów czy masową popularyzację narkotyków.

– Jak w każdym tego typu ruchu pojawiały się groźne zjawiska: szaleństwo, hochsztaplerka, przemoc. Nie ma masowego ruchu, który byłby całkowicie „czysty” – dość przypomnieć rewolucję francuską. Gdy jednak patrzę z perspektywy półwiecza, wysoko oceniam kontrkulturowe dziedzictwo – komentuje Jerzy Jarniewicz.

Warto pamiętać, że trudno wymienić dziedzinę sztuki lub element życia społecznego, na które kontrkultura nie miałaby wpływu, poczynając od mody, kończąc na polityce. Bez filmów drogi, takich jak „Easy Rider” Dennisa Hoppera, nie byłoby dzisiejszych ekranowych przebojów. Gdyby nie hasło wolnej miłości i odrzucenie purytanizmu, trudno byłoby wyobrazić sobie nadejście kolejnych fal ruchu feministycznego. A w muzyce popularnej nie wydarzyłoby się prawie nic: nie powstałby rock progresywny i kolejne nurty psychodelii, ale także kultura rave, wielkie festiwale muzyczne i małe wytwórnie płytowe. Kolejną tak istotną eksplozję kontrkultury świat przeżył dopiero dekadę później wraz z wybuchem punk rocka. Ale ten zbudowany był na kontrze wobec hipisowskiego pacyfizmu i naiwnej dobrotliwości.

Na pytanie o wpływ kontrkultury na dzieje świata prof. Jarniewicz odpowiada pytaniem. – Czy możemy sobie wyobrazić siebie w świecie przedhipisowskim? – a po chwili wymienia kolejne zdobycze „lata i lat miłości”: – Inaczej wygląda dziś edukacja, a zwłaszcza relacja uczeń-nauczyciel. Inaczej wygląda dziś psychiatria, z której bezpowrotnie zniknęły takie zabiegi jak lobotomia i przypominające więzienia zakłady zamknięte. Inny jest stopień i zasięg samoorganizacji społeczeństwa obywatelskiego. Nawet rewolucja informatyczna, która doprowadziła do powstania komputera osobistego, dokonała się nie tylko w sąsiedztwie hipisów, ale w dużym stopniu dzięki hipisującym idealistom – naukowcom z Doliny Krzemowej.

Niedawno media obiegła wiadomość o śmierci Michaela Langa, producenta muzycznego i menedżera wielu rockowych sław. Domyka się historyczna klamra rewolucji hipisów, odchodzą ze świata jej koryfeusze. A współczesność, na której odcisnęli piętno, znów niebezpiecznie przypomina moment wybuchu ich buntu. Pozostaje wypatrywać symptomów nowej rewolty.

Wydanie: 4/2022

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy