Legendarna polityka

Legendarna polityka

Przez tydzień w polskiej polityce najważniejszym problemem było ustalanie, po co Kancelarii Prezydenta wódka w dużej ilości „małpek”, kto tę wódkę wypija i jaki jest związek przyczynowy między opróżnianiem „małpek” a zaczerwienionymi oczami lub nadmiernym poceniem się prezydenckich ministrów. Mimo wysiłków posła Palikota problem nie został ostatecznie rozwiązany i lud zapewne czuje niedosyt.
Kandydatka na stanowisko ambasadora Najjaśniejszej przy ONZ, jak najbardziej niesłusznie ostatnio zapomniana Anna Fotyga, stanęła przed sejmową Komisją Spraw Zagranicznych. Wprawdzie posłowie nie uzyskiwali przeważnie odpowiedzi na zadawane przez siebie pytania, była pani minister bowiem odpowiadała przeważnie nie na temat, mówiąc powoli, z wyraźnym wysiłkiem, ale dowiedzieli się, że primo: gdzieś w Afryce była minister uważana jest za postać legendarną, secundo, że była minister ma życiorys, tertio, z samego faktu posiadania życiorysu czuje się „poraniona” obecną polską polityką zagraniczną.
Posłowie nie drążyli tych tematów, a szkoda. Dobrze byłoby wiedzieć, czy na Czarnym Lądzie dotąd nie mogą uwierzyć, że ktoś taki jak Anna Fotyga mógł kiedykolwiek zostać ministrem spraw zagranicznych, nawet w kraju tak dalekim i egzotycznym jak Polska, i nie wierząc w fakt realny, podejrzewają, że była to jedynie legenda. Czy też może tę legendarność postaci jeszcze inaczej trzeba rozumieć?
Dobrze też byłoby wiedzieć, czy poranienie pani eksminister nie jest tak dotkliwe, że może istotnie jej utrudniać wypełnianie misji ambasadorskiej. W każdym razie o głębokość ran nikt z posłów nie zapytał. A szkoda. Jest to bowiem eksperyment na skalę niezwykłą, wysyłać ambasadora, który nie tylko nie zgadza się z polityką rządu, którą ma realizować, ale jeszcze publicznie o tym mówi.
Znów pewnie się zdziwią, nawet w Afryce.
Ale sprawa jest prosta. Nominacja Fotygi jest efektem układu zawartego z prezydentem przez rząd. W zamian za tę nominację prezydent łaskawie zgodzi się podpisać listy uwierzytelniające kilku ambasadorom proponowanym przez rząd. Skoro tak, to po co ta cała komedia z komisją? Wojna prezydenta z premierem, a także z ministrem spraw zagranicznych zaczyna Polskę naprawdę coraz drożej kosztować.
W kolejnej komisji sejmowej kolejny skandal. Wygląda na to, że członek komisji ds. nacisków Jacek Kurski sam naciskał… na świadka, swego czasu (by użyć afrykańskiej terminologii): legendarnego prokuratora krajowego i ministra spraw wewnętrznych i administracji, Janusza Kaczmarka. Doniósł o tym sam Janusz Kaczmarek. Zażądał też zabezpieczenia kaset z monitoringu z korytarzy sejmowych, na dowód, że Kurski go rzeczywiście naciskał. Mało Kaczmarkowi kaset z monitoringu z 40. piętra hotelu Marriott, teraz chce z korytarzy sejmowych. Przyzwyczaił się chłop, że gdzie idzie, tam go monitorują, i chce teraz z tego skorzystać. Komisja, zamiast powiadomić prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa podżegania świadka do fałszywych zeznań, sama wzięła sprawy w swoje ręce, przeprowadziła w tej sprawie szybkie postępowanie dowodowe i wywaliła Kurskiego ze składu komisji. Awantura odbyła się oczywiście przed kamerami wszystkich stacji telewizyjnych.
Rząd zorientował się, że w budżecie nie ma pieniędzy na zwiększoną dotację na budowę nowego kampusu Uniwersytetu Jagiellońskiego, którą uchwalił ostatnio Sejm. Odbyło się to, nawiasem mówiąc, na wniosek posłów Platformy i głosami m.in. posłów koalicji rządzącej. Rozpoczął więc rząd zabiegi w Senacie, by poprawił ustawę i dotację zabrał. W imieniu rządu rekolekcje z senatorami Platformy odbyła min. Kudrycka. Nieskutecznie. Większość senatorów Platformy w głosowaniu pokazała, że bliższy jej Uniwersytet Jagielloński niż własny rząd. Nie poprawiono więc ustawy i UJ dostanie tyle pieniędzy, ile uchwalił Sejm. Tymczasem rząd daje do zrozumienia, że tych pieniędzy nie ma i uniwersytetowi nie da. Innymi słowy, rząd mówi, że ustawy nie wykona. Nie wykona ustawy, to znaczy, złamie prawo. Zapowiada to publicznie. W Afryce znów powiedzą, że to niemożliwe, że to chyba kolejna legenda…
Zamieszanie wokół dotacji dla UJ dało okazję PiS do ataków na rząd, że ten chce się zemścić na uniwersytecie za pracę magisterską najbardziej dziś znanego magistra w Polsce, niejakiego Zyzaka. Wystąpiło więc PiS „w obronie wolności nauki”. Nonsens polega na tym, że gdy Sejm uchwalał dotację, sprawa pracy magisterskiej Zyzaka i jego profesora, promotora i wydawcy Nowaka była już dobrze znana, a rząd wówczas nie oponował. Nie wierzę tu akurat w złe intencje rządu. Raczej mieliśmy tu do czynienia z bezmyślnością.
W cieniu tych idiotycznych awantur, które szarego człowieka obchodzą na tyle, na ile telewizja i tabloidy potrafią im nadać sensacyjny charakter, toczy się dyskusja ekonomistów o nadchodzącym (już nadeszłym?) kryzysie. Czy Polsce grozi recesja na poziomie 2%, czy możliwy jest jeszcze wzrost gospodarczy, choćby tylko o 1%? Jak to się ma do planowanego wzrostu? Co rząd zrobi? I przede wszystkim jak to się przełoży na dochody i poziom życia przeciętnego Kowalskiego? Co on powinien robić? Oszczędzać? Może przeciwnie, pozbywać się oszczędności? Inwestować? W co? Może ktoś poczuje się odpowiedzialny i coś Kowalskiemu doradzi?

Wydanie: 17/2009

Kategorie: Felietony, Jan Widacki
Tagi: Jan Widacki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy