Rząd dusz

Dosyć już dawno PiS przegrało wybory i straciło władzę, nadal jednak włada dialogiem politycznym i wyobraźnią Polaków, sprawuje rząd dusz.
Przed wojną endecy zaledwie przez mgnienie oka sprawowali część władzy państwowej, ale przez całe dwudziestolecie międzywojenne, a – jak dzisiaj widzimy – także znacznie dłużej, do naszych dni, dostarczali podstawowych pojęć i tematów opinii publicznej, razem z ich nacjonalizmem, antysemityzmem, megalomanią narodową itd.
Podobnie dzieje się obecnie. Wystarczy przejrzeć gazety choćby z ubiegłego tygodnia, aby przekonać się, że wszystko, o czym donosiły media, czym ekscytowała się prasa i o co spierali się politycy wszelkich orientacji, pochodziło i pochodzi z wytwórni PiS.
Stąd pochodzi spór o traktat lizboński i jego ratyfikację, która w normalnych krajach europejskich wymaga dwuzdaniowej, prostej ustawy, u nas zaś za sprawą PiS i prezydenta rozrosła się w niesłychaną aferę.
Stąd pochodzi wznowiony właśnie proces „autorów stanu wojennego”, a więc proces całkowicie beznadziejny, którego prawdziwym rozstrzygnięciem mogłoby być jedynie cofnięcie historii o 27 lat, niewprowadzanie stanu wojennego i wkroczenie wojsk radzieckich do doszczętnie już zrujnowanej gospodarczo Polski. Nikt na szczęście nie jest w stanie urządzić takiej „wizji lokalnej”, a więc proces ten jest po prostu nowym aktem IPN-owskiego sadyzmu wobec gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który ze zdumiewającą godnością zachowuje się, jakby miał do czynienia z prawdziwym oskarżeniem, prawdziwym procesem i prawdziwym dochodzeniem prawdy przez niezawisły sąd.
Z PiS-owskiego repertuaru korzysta także pani rzecznik praw dziecka, postać humorystyczna, która po zdemaskowaniu jako homoseksualisty jednego z dobranockowych Tubisiów postanowiła teraz ścigać sądownie młodzież uprawiającą seks poniżej 18. roku życia, a więc wydać sądową wojnę co najmniej dwóm trzecim młodego pokolenia.
Przykład pani Sowińskiej pokazuje, że inicjatywa PiS-owska obsługuje nie tylko dział polityczny naszej rzeczywistości, ale także jej dział rozrywkowy. Na czoło wysuwa się tu rzecz jasna słynne orędzie prezydenta, zmontowane przez pana Kurskiego w spot reklamowy, który odbił się szerokim echem w kraju i na świecie. Nie można się bowiem dziwić zdumieniu pana Brendana Faya, kiedy odnalazł on zdjęcia ze swego ślubu w orędziu prezydenckim głowy jakiegoś środkowoeuropejskiego państwa, ani też temu, że – jak pisze w liście – zamierza on teraz spotkać się z Lechem Kaczyńskim, „co przyczyniłoby się do lepszego wzajemnego zrozumienia”. Sądzę, że rzeczywiście Lech Kaczyński mógłby nieźle wczuć się w jego sytuację, gdyby wyobraził sobie na przykład własne zdjęcie z bratem w orędziu jakiegoś możnowładcy z Górnej Wolty; reagował już tak zresztą na zdjęcia z niemieckiej gazety, ilustrujące bliźniacze podobieństwo pomiędzy dwoma ziemniakami.
Są to zdarzenia humorystyczne, ale przecież można sobie wyobrazić ciąg dalszy. Otóż niebawem już pojawi się z pewnością problem, czy prezydent Najjaśniejszej powinien, czy też nie powinien przyjąć obrażonego geja na specjalnej audiencji. Czy przeprosi go, czy też nie przeprosi, zwalając winę na przykład na posła Kurskiego, autora spotu, przez co jednak narazi się bratu i jego partii, która w Kurskim upatruje swoją podporę? Czy wreszcie pan Fay będzie mógł pozwać prezydenta do sądu za naruszenie jego dóbr osobistych i do jakiego sądu?
Otóż o wszystkim tym będą mogły już niedługo mówić do woli media, zabudowując wyobraźnię społeczną problemami PiS-owskiego wyrobu.
Kto panuje nad językiem publicznym, kto narzuca tematy publicznej debacie, ten panuje nad poglądami społeczeństwa. Jest to prawda, której doświadczaliśmy nieraz, a której skutki zwłaszcza formacje lewicy odczuwają do dzisiaj. Wystarczy tylko przypomnieć sobie niedawne aresztowanie Petera Vogla, którego media już dawno ochrzciły skarbnikiem czy też kasjerem lewicy w Szwajcarii. Jak dotąd nikomu nie udało się udowodnić, że lewica, czyli SLD po prostu, ma jakiś „skarb” czy też „kasę” w Szwajcarii, ale skoro jest kasjer, to musi być i kasa i długo można teraz tłumaczyć, że jest to tylko sprytny zabieg słowny.
Na czym polega i o czym świadczy niebezpieczeństwo zawładnięcia przez PiS narracją debaty publicznej?
Mimo że piszę o tym lekko, jest to niebezpieczeństwo istotne.
Po pierwsze więc – jak proces „autorów stanu wojennego” – oznacza to, zgodnie z PiS-owską „polityką historyczną”, cofanie świadomości społecznej do czasów minionych, w celu budowania różnic i podziałów, na których polityka prawicy może profitować. Niedawno przeczytałem kilka książek, powieści współczesnych, których autorzy umieszczają akcję w latach stanu wojennego, budując sobie w ten sposób kombatancką legendę. Posiadanie takiej legendy jest marzeniem każdego pokolenia, budowało ją sobie, całkiem zasadnie, pokolenie wojenne, buduje ją właśnie pokolenie 1968 r., tworzy także pokolenie stanu wojennego, chociaż opis ówczesnej rzeczywistości dość słabo przystaje do tej, którą oglądaliśmy na własne oczy. Ale jest to wygodne dla ludzi, którzy teraz, często pod egidą PiS właśnie, domagają się rekompensaty za swoje cierpienia i krzywdy. A rządy ludzi kierujących się odwetem są zawsze niebezpieczne.
Po drugie, retoryka PiS ożywia nastroje antyeuropejskie, co jasno pokazuje, także wmontowana w słynne orędzie, mapa rzekomych niemieckich roszczeń wobec Polski. Podobno pokazanie tej mapy zniechęciło kanclerz Merkel do rozmów z prezydentem Kaczyńskim, który chciał z nią mówić o przystąpieniu Ukrainy do NATO. Polska ma ambicje międzynarodowe, pokazuje to rząd Tuska, co z tego jednak, kiedy prawdziwa opinia o Polsce jako o międzynarodowym graczu kształtowana jest nie przez rząd, lecz przez fobie, które narzuca PiS.
Te fobie wyłażą jak szydło z worka w kwestii niemieckiej i rosyjskiej, przejawiają się też dzisiaj szczególnie silnie w coraz głośniejszym nawoływaniu do bojkotu Chin i pekińskiej olimpiady, akurat w momencie, kiedy większość państw marzy, aby z Chinami handlować, a sam Bush twardo twierdzi, że pojedzie na olimpiadę. Wygląda wręcz na to, że Polska znowu wystąpi w roli szlachetnego obrońcy Tybetu, a inni zbiorą śmietankę.
Te fobie także, antyrosyjskie tym razem, popchną nas w końcu, czego się obawiam, w stronę zgody na amerykańską tarczę w Polsce, z czego rząd dotąd dość zręcznie się wyślizgiwał.
Nie są to żarty. Jest to wszystko zaciąganiem rachunków, za które nie wiadomo ile i jak długo będziemy płacić.
Czy możliwe jest więc przerwanie mentalnej dominacji PiS nad naszą debatą publiczną?
Teoretycznie jest możliwe. Praktycznie natomiast wymaga jednego tylko drobiazgu: zaprezentowania innych tematów, pytań, problemów niż te, wokół których obecnie krążymy beznadziejnie. Na razie jednak odbijamy piłki od jednej ściany, która trzyma się mocno.

Wydanie: 14/2008

Kategorie: Felietony

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy