Lem – przybysz z innego wymiaru

Lem – przybysz z innego wymiaru

Rodzina była regularnie wciągana w boje toczone przez ojca ze znikającą materią nieożywioną – wspomina syn Stanisława Lema

Lata siedemdziesiąte

Bardzo długo nie śmiałem zdecydować się na posiadanie dziecka i wraz z żoną mieliśmy tu opory właściwe ludziom zarazem przywykłym do myślenia i takim, którzy przetrzymali okupację niemiecką, bo też świat wydaje się na ogół miejscem b. kiepsko urządzonym na przyjęcie ludzi, szczególnie kiedy się miało właśnie takie doświadczenia, które stały się naszym udziałem (z listu do Michaela Kandla, sierpień 1972).

Moje pojawienie się na świecie było wydarzeniem o tyle niejasnym, że ojciec nie chciał mieć dzieci. Uważał, że świat jest okrutny i nieprzewidywalny, spodziewał się, że lada chwila wybuchnie trzecia wojna światowa – niechybnie nuklearna, a zatem niewykluczone, że w ogóle ostatnia w historii ludzkości. W takich okolicznościach powoływanie na świat potomka byłoby rzeczą co najmniej nieroztropną, dowodem nieuzasadnionego optymizmu. Zważywszy na napięcie w stosunkach pomiędzy Ameryką a Rosją Sowiecką w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, pogląd o rychłym konflikcie jądrowym nie był w owym czasie odosobniony – wyrażali go wszyscy: od szarych obywateli w Polsce po jajogłowych strategów Pentagonu.
Faktu, że ojca nie radowała perspektywa dosłownego wcielenia w życie powiedzenia “jedna bomba atomowa i wracamy znów do Lwowa”, nie należy naturalnie postrzegać w kategoriach pogodzenia się z przymusową przeprowadzką ze Lwowa do Krakowa w 1946 roku i powojennym “przesunięciem” Polski na zachód. Ojciec szczególnie nie mógł odżałować rodzinnego miasta i często powtarzał, że państwa to nie szafy, które można ot, tak sobie, przesuwać z miejsca na miejsce. Brak entuzjazmu dla atomowego rozwiązywania takich czy innych problemów był po prostu świadectwem jego silnie zabarwionego pesymizmem realizmu.
Nie wiem, jakimi argumentami posłużyła się matka, by skruszyć pryncypialny opór ojca, musiała mieć jednak sporą zdolność perswazji. Przede wszystkim zaś wykazała się niebywałą wytrwałością: rodzice pobrali się w 1954 roku, ja urodziłem się w roku 1968 – a zatem dopiero po czternastu latach małżeństwa. Ojciec miał już wówczas czterdzieści siedem lat, toteż nawet uwzględniając wiek młodszej od niego o dziewięć lat matki – byłem późnym dzieckiem.
Okoliczności mojego przyjścia na świat były dość dramatyczne, i to niekoniecznie dlatego – o czym zazwyczaj w tym kontekście opowiadał ojciec – że w jego fiacie 1800B zakleszczyła się wówczas skrzynia biegów, na skutek czego żonę z niemowlęciem wiózł ze szpitala do domu samochodem rzężącym na dwójce. Dramatyzm był prawdziwy i politycznej, a nie technicznej natury: matka rodziła mnie akurat w marcu 1968 roku, czyli w czasie, gdy studentów pałowano na uniwersytetach i wsadzano do więzień, urządzano polowania na Żydów i czyszczono PRL z syjonistów. Ojciec poważnie nosił się wówczas z zamiarem wyjazdu z Polski na zawsze i w zasadzie jedynym argumentem przeciwko takiemu rozwiązaniu, argumentem, który ostatecznie przeważył szalę na rzecz pozostania w PRL-u, było moje pojawienie się na świecie; perspektywę rozpoczynania wszystkiego od zera na Zachodzie z niemowlęciem na ręku, czyli kolejną już – po ucieczce z sowieckiego Lwowa – próbę rozpoczynania życia od nowa uznał za zbyt ryzykowną. (…)
Moje najwcześniejsze wspomnienia z dzieciństwa nie wiążą się z ojcem i właściwie nie dotyczą ludzi bezpośrednio, lecz – jak to zazwyczaj bywa w pierwszym kontakcie ze światem – sytuacji i wydarzeń wstrząsających, przynajmniej dla trzylatka. Pamiętam na przykład, jak wspinam się na łóżko babci, zdejmuję z lampy abażur, wykręcam żarówkę i wsadzam do obsadki palce – ile się tylko zmieści. A wszystko po to, aby usłyszeć potworny wrzask – mój własny, ponieważ obsadka była pod prądem.
Drugie wspomnienie z tamtego najwcześniejszego okresu w pewnym sensie również zostało uwieńczone wrzaskiem. Za domem rodziców biegnę po świeżo zaoranej ziemi ku panu Z., sąsiadowi, który często naprawiał ojcu samochód, a w którego garażu jako nieco starszy chłopiec przesiadywałem całymi dniami i skąd przynosiłem nowe, egzotyczne, nieznane słowa, na przykład “ramko” (rama od roweru). Pan Z. uśmiecha się, ale chyba nie do mnie, tylko do matki, która musiała mi towarzyszyć, bo miałem przecież nie więcej niż dwa, trzy lata. Uśmiecha się coraz szerzej, więc biegnę do niego coraz szybciej, w pewnej chwili zaorana ziemia przede mną zaczyna piąć się w górę, zadzieram do góry głowę, bo pan Z. zniknął mi z oczu, i wyciągam przed siebie ręce, żeby odeprzeć napór ziemi, która wali się na mnie. I w chwili, kiedy się przewracam, w lewej dłoni czuję ukłucie jak użądlenie osy. Potem stoję w łazience, trzymając rękę bardzo wysoko w górze, może nawet stoję na palcach, żeby dosięgnąć umywalki, a matka przemywa moją dłoń zimną wodą. Wszędzie jest pełno krwi, która tryska teraz miarowo w górę, bo szkło butelki wbiło się głęboko – i to tak, że do dziś mam w tym miejscu bliznę. Ja, rzecz jasna, drę się wniebogłosy, a matka być może mówi do mnie coś uspokajającego, ale mój wrzask skutecznie ją zagłusza. A właściwie nie zagłusza, bo – kiedy wiele lat później przypominam matce tę historię – twierdzi, że wcale nie płakałem, nie wydałem z siebie nawet miauknięcia, co ją znacznie bardziej wystraszyło, niż gdybym ryczał jak syrena strażacka – wobec tego widocznie musiałem płakać “w środku”, czego na zewnątrz nie było słychać.
Nie wiem, czy ta historia doprowadziła między rodzicami do rozmowy, czy oddać dziecko w ręce chirurga, żeby zszył dłoń – być może nie, zwłaszcza biorąc pod uwagę styl funkcjonowania ówczesnej służby zdrowia, co do którego matka – w końcu lekarz radiolog – nie miała chyba większych złudzeń. Wiem natomiast, że oboje byli poważnie zaniepokojeni moją astmą, która pojawiła się w trzecim, czwartym roku życia i każde na swój sposób próbowało temu zaradzić. Jako że obydwoje byli lekarzami (ojciec nie był lekarzem tylko formalnie – aby uniknąć wcielenia do wojska, nie zdał ostatnich egzaminów na medycynie), każde z nich miało odrębne zdanie na temat najskuteczniejszych metod leczenia swojej pociechy. Owocowało to sprzecznymi, silnie odśrodkowymi tendencjami terapeutycznymi; krótko rzecz ujmując, pozwolę sobie stwierdzić oględnie, że jakimś cudem przeżyłem te wszystkie zabiegi i kuracje (…).

Stanisław Lem zagląda przez ramię

Ojca trudno było zaliczyć do ludzi “łatwych” w codziennym pożyciu, jednak dopiero przyłożenie odpowiedniej miary, porównanie z innymi przedstawicielami gatunku, zestawienie z innymi sławnymi twórcami, którzy w życiu prywatnym rzadko wyróżniali się opanowaniem, empatią oraz życiowym racjonalizmem, stawiało go w zupełnie innym świetle: w porównaniu z rodziną choćby takiego Tomasza Manna mieliśmy się z matką wprost doskonale.
Jednak stosunek ojca do rzeczywistości bywał luźny. Górę nad poszanowaniem lub wysłuchaniem rozmówcy brała autoprojekcja, często całkowicie paraliżująca rozmowy, zwłaszcza z członkami najbliższej rodziny. Ojciec zakładał bowiem, że wie, co interlokutor zamierzał powiedzieć. A wobec tego w imię niemarnowania czasu (chodziło zazwyczaj o czas ojca), czuł się uprawniony do niedopuszczania go do głosu i wygłaszania filipiki przeciw jego rzekomym poglądom lub doprowadzania ich ad absurdum. Pół biedy, gdyby rzecz dotyczyła metodologii badań literackich wyrażonych w eseju wykpiwającym poglądy adwersarza; gorzej, gdy chodziło o podjęcie decyzji o tym, co robić, kiedy zabłądziło się podczas wakacyjnej wycieczki. W takich sytuacjach ojciec dochodził niekiedy do wniosku, że żadna droga nie prowadzi do celu. Kiedy zamieszkaliśmy w Austrii, podróże do rodzinnego Krakowa, które czasami odbywaliśmy na święta Bożego Narodzenia, siłą rzeczy prowadziły przez Czechosłowację. Pamiętam, że jako nastolatek dobrą godzinę spędziłem samotnie w samochodzie pod wielkim drogowskazem z napisem “Senec”. Rodzice pokłócili się o to, w którą stronę należy skręcić, a ściślej to ojciec tak długo tłumaczył matce niemożność dojechania do celu – bez względu na to, czy skręcimy w prawo, czy w lewo – że obydwoje w najwyższym wzburzeniu wysiedli z samochodu i każde ruszyło w swoją stronę. Należy dodać, że ojciec, który pod tym względem był stuprocentowym mężczyzną, nigdy nie splamił honoru spytaniem o drogę.
Dogadanie się z ojcem, kiedy bywał zamyślony – a przeważnie bywał – stanowiło wyzwanie nie tylko dla osób niewtajemniczonych, ale i dla najbliższych członków rodziny, zwłaszcza że nieźle opanował sztukę kamuflażu i w ramach podtrzymania konwersacji od czasu do czasu zadawał mniej lub bardziej sensowne pytania, zazwyczaj monosylabami (co? kiedy? czyżby?), mające świadczyć o czynnym udziale w rozmowie, której nie słuchał. Na dowód, że pilnie słucha, gotów był także powtórzyć dłuższy fragment ostatnio usłyszanego zdania. Lata doświadczeń pozwoliły matce ustalić swoisty ranking ojcowych odpowiedzi, świadczących o stopniu niezorientowania w tematyce prowadzonej z nim rozmowy. Do naczelnych zwrotów zapalających “czerwone światło” u świadomego rozmówcy ojca należało przede wszystkim “dobze” oraz “bę”, czyli przekręcone francuskie bon.
– Staszku, zwolnij i błagam cię, nie wyprzedzaj teraz tego samochodu – mówiła na przykład matka przed ostrym zakrętem.
– Dobze – odpowiadał ojciec, dodając gazu.
Albo:
– Za zakrętem będzie rondo, na którym pojedziemy w lewo – mówiła matka wpatrzona w mapę.
– Nie w prawo?
– W lewo.
– Bę – odpowiadał ojciec – włączając prawy kierunkowskaz.
W skrócie rzecz ujmując, “dobze” oraz “bę” oznaczały po prostu, że ojciec przyjmuje do wiadomości, iż rozmówca wyraził swój pogląd na daną sprawę, on zaś zamierza postąpić zgodnie z własnym osądem.
Niesłuchanie w połączeniu z radykalnym racjonalizmem rodziło czasami dziwne dialogi.
Schodząc po schodach, ojciec zajrzał kiedyś do pokoju szwagierki, a widząc w nim tylko starego, ślepego jamnika Beja, zgasił światło.
– Zgasiłem u ciebie światło – mówił po chwili – bo niepotrzebnie się paliło.
– To szkoda, bo tam był Bej – odparła szwagierka.
– A po co mu światło?
– On sobie wieczorami lubi czasem poczytać.
– Poczytać? – zdumiał się ojciec. – Jak to poczytać? Przecież on jest ślepy!!
W szczególnie trudnych przypadkach jedyną metodą dotarcia do ojca było przedstawienie stanowiska w formie pisemnej, przy czym rzecz musiała być zwięzła i wystukana na maszynie. Należało jeszcze się upewnić, że ojciec tekstu swoim zwyczajem nie przeczyta “diagonalnie” (jak sam to nazywał). Ten sposób czytania wymaga wyjaśnienia. Według ojca była to metoda pozwalająca na zapoznanie się nie tyle z treścią, ile istotą książki lub artykułu w ciągu kilku minut i być może czasami rzeczywiście się to udawało. Częściej jednak owocem czytania diagonalnego były takie dialogi:
– Staszku, jak ci się podobał artykuł pana X o Giedroyciu w “Tygodniku Powszechnym”?
– Jaki artykuł?
– Ależ Staszku, tam jest cała wkładka poświęcona Giedroyciowi! – Ostatni numer “Tygodnika” widocznie czytałem diagonalnie – odpowiadał ojciec, drapiąc się w głowę.
.

Rodzina była regularnie wciągana w boje toczone przez ojca ze znikającą materią nieożywioną.
Kiedy w tajemniczych okolicznościach ulotniły się kluczyki do jego samochodu, siedząc na fotelu z książką, wydawał dyspozycje, gdzie należy szukać, w zarodku tłumiąc nieśmiałe pytania, czy zguba przypadkiem nie spoczywa w kieszeni lub szufladzie biurka. Pół biedy, jeśli kluczyki znajdowały się w obrębie domu, bo katar sienny sprawiał, że równie dobrze mogły znajdować się w każdym miejscu, gdzie w drodze powrotnej z osiedlowego kiosku ojciec wyjmował chustkę do nosa. Nawiasem mówiąc, to samo dotyczyło także bilonu, a nawet większych sum, jeśli reszta z zakupów trafiła do kieszeni z chustką (w Wiedniu, idąc któregoś dnia za ojcem, uzbierałem około trzystu szylingów). Kluczyki zawsze się w końcu znajdowały, na przykład wkręcone w sprężyny fotela, z którego ojciec nie chciał się podnieść. Czasami nie obywało się bez wstawiennictwa świętego Antoniego. W jego istnienie, a zatem pomoc, ojciec rzecz jasna nie wierzył, jednak kiedy widmo spieszenia zaczynało zaglądać w oczy, siła nadprzyrodzona była dopuszczana do pomocy, choć tylnymi drzwiami (pertraktacje spadały na żonę). Podobnie rzecz miała się z zagubionymi książkami i czasopismami, przy czym w przypadku tych ostatnich zawsze można było rzucić cień podejrzenia na szukających, co owocowało poczuciem winy, a zatem tym gorliwszymi poszukiwaniami. Kiedy zniknął jeden z numerów “Science”, cała biblioteka została przewrócona do góry nogami. Tłem poszukiwań był monolog ojca o tym, jak bardzo ów zaginiony numer był niezbędny do pracy. Kiedy zakurzone pismo po dwudniowym przeczesywaniu regałów udało się wydobyć spod stosu innych, ojciec mruknął pod nosem “dobze” i, nie zajrzawszy do środka, cisnął je w kąt. Największy jednak zamęt zapanował wówczas, kiedy zaginęła ulotka z numerem telefonu firmy, w której Wojtek, sekretarz ojca, zamawiał sękacz, przywożony później z wielką pompą przez firmę kurierską. W sprawie sękacza postawiono na nogi cały dom.
.

Sztukę wyprowadzania bliźnich z równowagi zaglądaniem przez ramię (bez odrobiny złej woli, a właściwie z wielką dawką dobrej woli) ojciec doprowadził do perfekcji i jeśli Księga rekordów Guinnessa uwzględniałaby taką kategorię, zwyciężyłby w niej bezapelacyjnie. Zasadniczo istniały dwa sposoby. Można było wyszukać ofiarę wśród domowników, którzy starali się zrobić coś wymagającego skupienia; przypuśćmy, że matka próbowała nawlec igłę albo ja biedziłem się nad dziesięcioma sprężynkami z wielofunkcyjnej dźwigienki uruchamiającej w ojcowym mercedesie światła, wycieraczki i kierunkowskazy. Wystarczyło stanąć nad matką i, widząc jej nieudane próby, udzielić kilku cennych rad z ogólnej teorii nawlekania igieł albo zawisnąć nade mną i przyjrzeć się z bliska blaszkom i drucikom, aby igła trafiła w palec, a sprężynki wystrzeliły w najdalsze zakątki garażu. Druga metoda wymagała użycia przynęty lub rekwizytu: ojciec przychodził z gazetą lub książką, z której fragmentem interlokutor musiał się natychmiast zapoznać, a potem stawał nad swoją ofiarą, usiłującą czytać, z założonymi na plecach rękami, wzdychał, pytał co chwilę “no i co?” albo “Basiu, już?”. Ojciec wiedział, że takim postępowaniem wyprowadza z równowagi, toteż z poczciwości starał się czekać jak najtaktowniej, na przykład bębniąc palcami po drzwiach, dbał o to, żeby ręka znajdowała się po ich zewnętrznej stronie, tak żeby nie było widać poruszających się z niecierpliwością palców.

Filmy dokumentalne i fabularne

Ojca nie można określić mianem kinomana; wprawdzie w młodości chadzał do kina, później jednak nie robił tego niemal programowo, postrzegając kino jako rozrywkę pośledniejszej kategorii, której nie warto poświęcać czasu, zwłaszcza że większość filmów można przecież z pewnym poślizgiem obejrzeć w telewizji, czyli nie ruszając się z domu, a w “nieruszanie się z domu” ojciec głęboko wierzył. Do jego ulubionych filmów, które można by zakwalifikować do kategorii rozrywkowej, należały rozmaite wariacje na temat King Konga, którego ojciec darzył uczuciem. Nie bez znaczenia był zapewne fakt, że najpierwszego King Konga oglądał już w dzieciństwie i film ten wywarł na nim duże wrażenie; z podobnie ciepłym odbiorem spotkała się późniejsza seria filmów z Jamesem Bondem. Zaciekawiły go również “Gwiezdne wojny” George’a Lucasa, choć zarówno wszechobecność ciążenia na przemierzających próżnię statkach kosmicznych, jak i latające w poprzek ekranu “strzały laserowe” oraz “laserowe miecze” wzbudzały w nim niesmak jako jawne lekceważenie przez scenarzystów fundamentalnych praw fizyki. Z podobnych powodów nie zachwycał się serialem “Star Trek”, który jednak oglądał, zwłaszcza gdy był już w podeszłym wieku, podobnie jak występy cyrku Soleil, Charliego Chaplina i rozmaite kreskówki. Kiedy akcja stawała się dramatyczna, zdarzało mu się na chwilę zmieniać kanał albo nawet wychodzić do drugiego pokoju lub do kuchni. Niby po to, żeby porozmawiać z domownikami, jednak co chwilę zerkał za framugę, czy niebezpieczeństwo minęło, a jeśli tak – wracał przed telewizor, niejednokrotnie zostawiając rozmówcę w pół słowa.
Jeśli chodzi o kinowe gusta ojca, istniały oczywiście wyjątki, które traktował poważniej. Do naczelnych należał Luis Buźuel, którego filmy bardzo cenił. Upodobał sobie subtelny humor, zamiłowanie do łamania konwencji oraz stosowanie w filmach chwytu, zwanego przez ojca “logiką snu”. Szczególnie lubił “Widmo wolności”; historię o zaginionej dziewczynce, która wcale nie zaginęła, oraz o snajperze strzelającym do przechodniów, który po wysłuchaniu sentencji skazującego wyroku wychodzi na wolność, rozdając autografy, ojciec uważał za “wprost wyborne”. To wyrażenie zarezerwowane było dla wydarzeń artystycznych zasługujących na najwyższy podziw. (…)
Na początku lat siedemdziesiątych ojciec spotykał się kilkakrotnie z Piwowskim:
(…) weszliśmy w kompletny impas, bo ani on, ani ja nie wiemy, jak przełożyć na “filmowe” nowelki o Ijonie Tichym (z listu do Aleksandra Ścibora-Rylskiego, lipiec 1972).
Rozmowy były prowadzone także m.in. z Bareją, i też “w sprawie Tichego”, a także z Piestrakiem i Wajdą. Dzięki tym ostatnim powstała zabawna komedia średniometrażowa “Przekładaniec”, ze wspaniałą kreacją Bogumiła Kobieli, o kierowcy rajdowym, który, ulegając kolejnym wypadkom, zastępuje uszkodzone członki protezami, aż nieoczekiwanie staje się własnością firmy, która “sprotezowała” jego mózg. Z Wajdą toczyły się później rozmowy w związku z projektem przeniesienia na ekran “Kongresu futurologicznego”, jednak z planów tych nic nie wyszło. “Podejść” do różnych utworów było dużo; z “Przyjaciela” miała powstać nowela filmowa, opowiadania o Pirxie (“Młot”, “Albatros”, “Test”) – zbyt krótkie, aby nadawały się na pełny metraż, miały zostać przedstawione jako opowieści astronautów, którzy spotykają się “na stacji sputnikowo-kosmicznej” i tam wymieniają doświadczeniami. [Opowiadania “Test” nie należy mylić z filmem Piestraka pod tym samym tytułem, będącym ekranizacją opowiadania “Rozprawa”].
Ojca nie zachwyciły nie tylko filmy Piestraka (“Śledztwo”, “Test”) i różne produkcje niemieckie, ale również ekranizacja “Szpitala Przemienienia” Żebrowskiego z 1980 roku, “Solaris” Tarkowskiego z 1971 i późniejszy hollywoodzki remake. Ekranizacja Tarkowskiego nie wzbudziła w nim entuzjazmu głównie dlatego, że film i książka opowiadały o czymś innym. Fundamentalna różnica w podejściu do kosmosu (w dużym uproszczeniu według Tarkowskiego był on odpychający i obcy człowiekowi, a według ojca stanowił wyzwanie intelektualne) sprawiła, że film nie mógł mu się spodobać jako ekranizacja powieści. Podczas rozmów z reżyserem w Moskwie, kiedy daremnie próbował go przekonać do swojej wizji, wykrzykiwał:
– Wy durak!
Kilkanaście lat później przywiózł z Berlina dekoracyjną cylindryczną szklaną lampę. W wodzie, podgrzewane ukrytą żarówką, pączkowały pomarańczowe bąble z masy plastycznej. Wciąż zmieniając kształt, łącząc się i dzieląc, unosiły się majestatycznie, a po dłuższej chwili opadały. Ojciec mawiał, że TAK właśnie powinien wyglądać ocean solaryjski. (…)
.

Ogólne niezadowolenie ojca ze sztuki filmowej nie było ograniczone do ekranizacji własnych utworów. Ojciec mawiał, że większość współczesnych filmów ma następujące przesłanie: “Piękne dziewczęta okazują się morderczyniami bez litości i bez majtek”. Myślę jednak, że niezadowolenie z filmu jako takiego brało się z głębokiego, lecz skrywanego przekonania, że film, nawet najlepszy, o wielkim ciężarze gatunkowym, zalicza się do sztuki znacznie mniejszego kalibru niż literatura.

_____________________________

“Podczas pisania przyświecał mi cytat ze znakomitej książki Jarosława Marka Rymkiewicza “Rozmowy Polaków latem 1983 roku”, nawiasem mówiąc, jednej z ulubionych książek ojca, w której pisarz zwraca się do siebie z napomnieniem: ťładuj konkret, MareczkuŤ. Tak właśnie starałem się postępować: możliwie dużo uwagi poświęcić szczegółom i unikać stylistycznych zawiłości – stąd czytelnikowi niniejsza książeczka może wydać się błaha. Mając świadomość niewielkiego ciężaru gatunkowego opisanych historii i anegdot, wierzę jednak, że ich łączna wartość przewyższa sumę poszczególnych składników”, pisze skromnie we wstępie do swoich wspomnień Tomasz Lem (ur. w 1968 r.), tłumacz, absolwent fizyki na uniwersytecie w Princeton, a co najważniejsze dla tej pozycji – syn Stanisława Lema. My zapewniamy, że zamierzony cel został osiągnięty, bo z kart “Awantur na tle powszechnego ciążenia” wyłania się sylwetka pisarza, przede wszystkim zaś ojca, którą w taki sposób mógł przedstawić tylko ktoś bliski, życzliwy i kochający, a z drugiej strony zdystansowany do sławy i wielkości Stanisława Lema. Dzięki temu zamiast tradycyjnej biografii powstała ilustrowana fotografiami składanka nieraz bardzo intymnych wspomnień i anegdot, jak napisał Tomasz Fiałkowski: “pełna ciepła i czułości opowieść o kimś bardzo niezwykłym. Trochę jakby o przybyszu z oddali wplątanym w nasze ziemskie sprawy (…)”.
Tomasz Lem, Awantury na tle powszechnego ciążenia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Wydanie: 41/2009

Kategorie: Książki
Tagi: Tomasz Lem

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy