Ostatni świadek

Ostatni świadek

W Afganistanie zaczęto używać tuneli do zamachów bombowych. Wystarczyło się przekopać pod drogą i założyć odpowiednio duży ładunek

Okolice wioski Nabud Khel, 5 czerwca
(…) Gdy ostatnim razem wchodził do karezu, czuł się o wiele gorzej. Było to podczas poprzedniej misji – do sieci tuneli Żulowski i jego żołnierze musieli wtedy wejść przez głęboką na piętnaście metrów, wąską studnię, używając do tego celu liny wspinaczkowej. Teraz – choć pokonywali równie ciasny korytarz – dostali się do niego w miarę łagodnym, uniesionym najwyżej pod kątem dwudziestu stopni zejściem.
„Tak, ale poprzednim razem nie pakowaliśmy się na żywca” – jakaś część Michała nie pozwalała mu zaznać spokoju. Istotnie, zanim zniknęli w czeluściach otworu, saperzy „przedmuchali” studnię. Obserwując ich podczas przygotowań, „Żulu” dowiedział się, że użyją sprawdzonej jeszcze przez Rosjan metody. Kapitanowi zatarły się już szczegóły – pamiętał jedynie, że saperzy wykorzystali dwa relatywnie nieduże ładunki. Większy spuszczono na lince detonacyjnej na samo dno, mniejszy zawisł w powietrzu kilkanaście metrów wyżej. Oba lonty połączono jednym zapalnikiem, po czym kazano wszystkim oddalić się na kilka metrów od światła studni. Jako pierwszy eksplodował górny ładunek, „czopując” rozprężającymi się gazami wylot – gdy ułamek sekundy później doszło do detonacji dolnego, wytworzona wówczas fala uderzeniowa poszła w dół i w tunel, penetrując wszelkie jego zakamarki w odległości kilkudziesięciu metrów. Gdyby ktoś tam się ukrywał, nie miałby szans na przeżycie.
Podobny efekt można było osiągnąć bez „zabawy w czopowanie”, wrzucając na dno dużo potężniejsze ładunki. Ale wówczas wzrastało ryzyko zniszczenia karezu – a tego siłom NATO, a wcześniej Armii Radzieckiej, kazano unikać.
Michał najchętniej wysadziłby je wszystkie – ale wiedział, że jest to niemożliwe. Po pierwsze (o ile dobrze przyswoił dane wywiadu), stacjonował w prowincji, w której liczba systemów tuneli była najwyższa w całym Afganistanie. Po drugie – najważniejsze – stanowiły one nieodzowny element tutejszego rolnictwa. Przyroda nie rozpieszczała miejscowych obfitymi opadami – do nawadniania pól i ogrodów używali oni przede wszystkim wody gruntowej. W tym celu od setek lat kopali głębokie nawet na kilkadziesiąt metrów studnie, łącząc je tunelami. Dzięki nim cienkie strumyczki, na końcowych odcinkach tuneli zmieniające się w wartkie strumienie, wpadały do powierzchniowych zbiorników.
W krainie od zawsze targanej wojnami bardzo szybko odkryto inne zastosowanie karezów. Służyły one za miejsce schronienia, a ponieważ zwykle system tuneli jednej wioski łączył się z siecią sąsiedniej, nadawały się także do ucieczki. Gdyby taka możliwość służyła wyłącznie ludności cywilnej, nie stanowiłoby to większego problemu. Niestety, zalety karezów ułatwiały działalność wszelkiej maści rebeliantom i zwykłym bandytom, walczącym z ISAF, a wcześniej chociażby z Rosjanami. I nie chodziło o samo przemieszczanie się – w tunelach budowano też większe pomieszczenia, z powodzeniem wykorzystywane jako magazyny. Mało tego, w ostatnim czasie karezów zaczęto używać do zamachów bombowych. Wystarczyło przekopać tunel pod drogą i założyć odpowiednio duży ładunek. W konfrontacji z kilkusetkilogramowym ajdikiem nawierzchnia i asfalt nie stanowiły większej przeszkody. Potężne maszyny wylatywały w powietrze, a w środku ginęli bądź zostawali ranni kolejni żołnierze.
Tylko takie odcinki karezów wolno było koalicjantom bezkarnie wysadzać. A od pozostałych najlepiej gdyby trzymali się z daleka – ISAF nie poszedł w ślady Rosjan, a wcześniej Amerykanów z czasów wojny wietnamskiej, i nie dorobił się własnych oddziałów „szczurów tunelowych”. Co wcale nie znaczyło, że żołnierze koalicji nie poznawali wątpliwych uroków afgańskich podziemi.
– Uwaga! – Ostrzeżenie Wójcika wyrwało „Żula” z rozmyślań. Dowódca plutonu zatrzymał się, podnosząc prawą dłoń. Michał spostrzegł, że przed nimi zrobiło się jaśniej, czuć też było większy przepływ powietrza.
– O, kurwa! – Jęknięcie Jelonka, które nastąpiło kilkanaście sekund później, wywołało na twarzy Żulowskiego szeroki uśmiech.
Weszli właśnie do czegoś, co wyglądało jak podziemna komnata – wysoka na pięć metrów, miała wielkość boiska do siatkówki; czegoś takiego żaden z nich dotąd nie widział. W pomieszczeniu panował półmrok – źródłem słabego światła były dwa otwory w suficie. „Ciekawe, dlaczego nie są zakryte?” – przyszło do głowy Michałowi. „Może dlatego, że komnata pełni rolę kolektora?” – zastanawiał się. „Nie, to raczej coś w rodzaju skrzyżowania” – uznał. Na wprost siebie widział dwa wejścia, a w obu bocznych ścianach dostrzegł zarysy trzech owalnych otworów. Zwrócił głowę w kierunku Jelonka, mówiąc:
– No, niezłe.
Ledwie wypowiedział te słowa, gdy gdzieś ponad nimi rozległy się strzały. Sześciu mężczyzn spojrzało po sobie, nie bardzo wiedząc, co robić. Tkwili tak przez krótką chwilę, gdy nagle do ich uszu dotarł dźwięk nerwowych rozmów. Był na tyle wyraźny, że przebijał się przez przytłumione odgłosy strzelaniny.
„Fak!” – zaklął w duchu Żulowski. Bardzo chciał, by za moment wyszli na nich cywile, chroniący się przed tym, co działo się na górze. Ale złe przeczucie, które nie opuszczało go od kilkunastu godzin, wzmogło się na tyle, że już nie miał większych złudzeń.

Wioska Nabud Khel, 5 czerwca
Zalmay Ahmadzay był mocno zniecierpliwiony – mijały kolejne godziny, a nic się nie działo. Powoli zdawał sobie sprawę z tego, jak naiwne było założenie, że wizyta Polaków pomoże mu zrealizować własny plan. „Plan? Jaki plan, głupcze?! Myślałeś, że zdarzy się cud? Że Bóg wepchnie w twoje ręce okrutnego komendanta?” – mężczyzna dręczył się w myślach.
Westchnął. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie opuścić domostwa i nie ruszyć na poszukiwanie dowódcy bojowników. Zaraz jednak uznał, że nie warto. Pójdzie górą, zatrzymają go Polacy. Idąc tunelami, spotka ukrywające się tam kobiety i dzieci. I gdyby u kresu tej wędrówki dorwał taliba, nie byłby to wielki problem. Ale jeśli nie? Zalmay doskonale wiedział, jak bardzo zastraszona jest wioskowa społeczność. Ktoś z pewnością doniósłby, że pętał się po karezach. Bo że byłoby komu donieść – co do tego doktor nie miał żadnych wątpliwości. Polacy musieliby zabić wszystkich członków komanda, a to wydawało się Ahmadzayowi nieprawdopodobne. A nawet gdyby im się to udało, i tak, prędzej czy później, przyszliby następni zwolennicy świętej wojny. On zaś zostałby z piętnem tego, który w dniu śmierci wojowników zachowywał się co najmniej dziwnie. Zalmay Ahmadzay mógł umrzeć, ale najpierw musiał zabić. A jeśli ktoś by go w tym wyręczył, wówczas chciałby jeszcze przez jakiś czas cieszyć się życiem w towarzystwie swoich dzieci.
Został więc w progu własnego domu, nasłuchując dźwięków dochodzących zza murów kalaty. I nagle coś usłyszał – niemal podskakując przy tym z wrażenia. Ktoś delikatnie stukał w metalowe drzwi, broniące dostępu do jego domostwa. „Polacy?” – to pierwsza myśl, która przyszła mu do głowy. „Nie, ci z pewnością nie byliby tacy dyskretni. Więc kto?” – zastanawiał się przez chwilę, idąc w kierunku muru. „Najpewniej któryś z mieszkańców wioski” – uznał, podchodząc do bramy. „Może nie zdążył schronić się w domu. A może ucieka…?”. Zawahał się. „Ciekawe, przed kim?”.
– Otwieraj! – Choć wrota były solidne, a człowiek po drugiej stronie nie chciał, by usłyszano go zbyt daleko, rozkaz zabrzmiał dobitnie. Ahmadzay zwolnił skobel i uchylił jedno ze skrzydeł bramy. Zobaczywszy, że spod szaty stojącego przed nim mężczyzny unosi się lufa Kałasznikowa, zrobił trzy kroki w tył. Lecz zaraz potem na jego twarzy pojawił się lekki uśmiech. „Więc jednak Allah dziś mi sprzyja…” – stwierdził w duchu, widząc, jak pięciu rozglądających się nerwowo mężczyzn wkracza na teren jego domostwa.
„Szalony Pakistańczyk” zjawił się w towarzystwie trzech krajanów oraz chłopca z Nabud Khel dźwigającego wielki karabin. I dopiero widok tej broni – radzieckiego PK – diametralnie zmienił nastrój Ahmadzaya. Mężczyzna gwałtownie otrzeźwiał i poczuł, że nie tyle on, co jego bliscy znaleźli się w poważnych tarapatach. Cokolwiek planowali talibowie, ich obecność nieopodal jego dzieci i żon mogła zakończyć się tragicznie. „Muszę coś zrobić!” – postanowił.
Tymczasem komendant rozejrzał się po podwórzu, zatrzymując wzrok na budyneczku, który na co dzień służył za schronienie dla zwierząt gospodarczych. Podobnie jak inne, i on przylegał bezpośrednio do muru, który jednak w tym miejscu był nieco niższy. Leżący na dachu człowiek mógł wykorzystać go jako osłonę strzelecką, mając przy tym niezły widok na centrum wsi.
– Wejdziesz tam i jak zobaczysz niewiernych, masz do nich strzelać – ton głosu „Szalonego Pakistańczyka” nie zostawiał nawet cienia szansy na jakąkolwiek dyskusję. Młodzieniec z karabinem maszynowym, choć nie był w stanie ukryć przerażenia, posłusznie powędrował na wskazane stanowisko.
– Ty! – Obcokrajowiec wbił palec w klatkę piersiową lekarza. – Ty wskażesz nam wejście do tunelu i wyprowadzisz w bezpieczne miejsce.
Zalmay zadrżał. Na terenie kalaty było tylko jedno zejście – to, przy którym schroniła się jego rodzina. Jeśli zaprowadzi tam rebeliantów…
– Musielibyśmy wyjść na zewnątrz – postanowił spróbować kłamstwa. Cios pięścią w nos przyszedł niemal natychmiast. Doktor syknął z bólu, czując nadciągający krwotok. W tym momencie znów gotów był rzucić się na komendanta, lecz zaraz poczuł mocne uderzenie kolbą w nerki. Upadł na kolana, a świat przed nim zawirował. Runąłby pewnie twarzą na ziemię, gdyby czyjaś ręka nie chwyciła go za turban – brutalnym ruchem zrywając nakrycie z głowy – a potem przytrzymała go, szarpiąc za włosy.
– Boli! – krzyknął, widząc, jak wielkie krople krwi kapią na piasek u jego kolan. – Puśćcie mnie, to boli! – wrzasnął donioślej. „Może usłyszą, że coś jest nie tak, i uciekną głębiej w karezy?” – myślał o najbliższych.
Zapewne otrzymałby kolejne razy – planując drzeć się przy tym jeszcze głośniej – gdyby nie młodzieniec wysłany na dach. Ku zaskoczeniu zgromadzonych na dziedzińcu mężczyzn nagle zaczął strzelać w stronę wioski. Jedna krótka seria, druga, trzecia. I wówczas nastąpiło coś, czego Zalmay Ahmadzay nie widział od lat – w pewnej chwili głowa młodego strzelca rozpadła się na kawałki. Na ułamki sekund wróciły wspomnienia, które doktor – gdyby mógł – wyrzuciłby z pamięci.
Wczesną wiosną 1988 r., po nieoczekiwanej śmierci majora Stiepaszyna, do okolicznej zastawy przybył nowy dowódca – podpułkownik Armii Radzieckiej, z pochodzenia Uzbek. Oficer nie ukrywał swojej nienawiści do Pasztunów, co sprawiło, że neutralne dotąd relacje z wioską weszły na stopę wojenną. Wieśniacy co prawda nie walczyli z Rosjanami, za to dowódca Szurawich z mieszkańcami osady – owszem. A wybrał sobie bardzo specyficzny sposób. Co kilka dni, o różnych porach, zakradał się z karabinem snajperskim na okoliczne wzgórza i strzelał. Polował na młodych mężczyzn, choć któregoś dnia zdarzyło mu się zabić małą dziewczynkę. Na nic zdawały się pielgrzymki starszyzny, prośby, próby przekupstwa. Nawet wysłanie młodej dziewczyny w charakterze seksualnej służącej oraz zobowiązanie do stałych, darmowych dostaw opium nie przekonały chorego z nienawiści żołnierza. Przez kilkanaście tygodni robił swoje, fundując mieszkańcom Nabud Khel strach i smutek. No i widoki rozpadających się ni stąd, ni zowąd głów – tylko bowiem takie trafienia satysfakcjonowały Uzbeka.
Ahmadzay, jako lekarz, nie miał w takich przypadkach nic do roboty. Aż któregoś wieczoru w osadzie pojawiła się grupa Szurawich, niosąc w worku spętanego człowieka. Zostawili go w środku wsi i bez słowa odeszli. Wewnątrz mieszkańcy znaleźli pijanego, lecz wracającego do przytomności snajpera. Potworny akt zemsty trwał blisko godzinę – okaleczany przez kilku mężczyzn Uzbek nie był w stanie z godnością przyjmować tortur. Krzyczał, płakał, błagał, oddał na siebie mocz i kał. Wreszcie zemdlał, co wykorzystał Ahmadzay, odpędzając nienasyconych krwią ludzi. Nie miał ochoty ratować zabójcy, ale nie mógł już dłużej patrzeć na jego cierpienie. Poderżnął mu więc gardło – tym samym nożem, który teraz miał przy sobie. To wówczas po raz pierwszy w życiu – i jak dotąd ostatni – zabił człowieka.
Doktor poczuł przechodzące mu przez plecy ciarki. Tak, to były złe wspomnienia. Ale wokół toczył się nie mniejszy dramat.
– Idziesz z nami czy mamy cię zastrzelić?! – Na twarzy talibskiego komendanta widać było ślady rosnącej paniki. Pakistańczyk doskonale wiedział, że zabicie strzelca PK oznaczało namierzenie miejsca, w którym kryli się rebelianci. I że lada moment kalatę zaczną szturmować Polacy. Zalmay przez chwilę upajał się widokiem śmiertelnego wroga drżącego ze strachu. Teraz był już dużo spokojniejszy – rodzina mogła nie słyszeć jego krzyków, ale na pewno usłyszała strzały. Zwłaszcza że – lekarz aż zmarszczył czoło, uświadomiwszy sobie ten fakt – zaczęły one dochodzić także z innych części wsi. Był zatem pewien, że najbliżsi weszli głębiej w karez – a wystarczyło kilkanaście metrów, by dojść do rozwidlenia. Postanowił, że jak tylko znajdą się w tunelu, będzie głośno mówił, zdradzając obecność swoją i talibów. Miał inteligentnych synów, którzy na pewno się domyślą, co powinni zrobić – ukryć się z matkami i siostrami w jakimś zaułku. Tak, chłopcy dadzą sobie radę, a on pójdzie dalej. I w którymś momencie, korzystając z ciasnoty korytarza, zabije „Szalonego Pakistańczyka”.
Ahmadzay odepchnął rękę, która szarpnięciem usiłowała podnieść go z kolan. Samodzielnie stanął na nogi i zakrywając lewą dłonią wciąż krwawiący nos, ruszył w kierunku budynku, w którym znajdowało się zejście do podziemi.
– Ojcze, co ci się stało?! – Widok przerażonej twarzy średniego syna kompletnie zbił lekarza z tropu. Ledwie odzyskana pewność siebie błyskawicznie wyparowała i znów był słabym, starzejącym się mężczyzną, pobitym przez uzbrojonych bandytów.
– To twój syn? – Najmłodszy z Pakistańczyków chwycił stojącego w wejściu do tunelu chłopca za włosy i wyciągnął na zewnątrz. A potem sam, po drewnianej drabinie, zszedł na dół. – Tu jest ich więcej! – krzyknął, odbierając Ahmadzayowi resztki nadziei.
Chwilę później Zalmay również znalazł się w tunelu. Najmłodszy syn rzucił mu się w ramiona, cały rozedrgany. W półmroku karezu musiał rozpoznać twarze niedawnych oprawców, bo ścisnął ojca tak mocno, jak tylko potrafił. Rozdzielono ich siłą, bijąc przy okazji młodszą z żon Afgańczyka, która ujęła się za dzieckiem.
– Ruszamy! – nieznoszący sprzeciwu głos „Szalonego Pakistańczyka” zakończył szarpaninę. Ahmadzay szedł jako pierwszy, za nim dwóch talibów, później rodzina lekarza, a na końcu komendant i jeden z jego towarzyszy. Nie pokonali więcej niż sto metrów, gdy przed sobą dostrzegli błyski latarek.

– Wyłączyć latarki! – rozkazał Wójcik.
– Idą z naprzeciwka – szepnął Żulowski.
Nikt nie musiał nic mówić – wystarczył jeden gest „Rudego” i mężczyźni przebiegli wzdłuż komnatę, starając się nie wydawać przy tym zbędnych odgłosów. Tunel, przy wyjściu z którego zajęli pozycje, był wyjątkowo szeroki – miał niemal dwa metry. Ustawili się trójkami po obu stronach wylotu i nasłuchiwali.
Jelonek przykląkł po prawej stronie, najbliżej wyjścia. Na wprost siebie miał Wójcika, w tej samej pozycji. Mimo słabego oświetlenia kapral całkiem nieźle widział twarz dowódcy. Z gęstą brodą i świecącymi oczami wyglądała trochę… upiornie. „Ciekawe, co on może sobie pomyśleć o mojej gębie?” – przyszło do głowy „Jelonowi”. Przeniósł wzrok na stojącego nad „Rudym” Żulowskiego, który nerwowo przygryzał dolną wargę. Jednak Beryl w jego rękach ani drgnął; widać było, że kapitan jest gotowy do walki. Marcin mimowolnie uśmiechnął się pod nosem. „Nie zdziadziałeś, chłopie, tak do końca” – pomyślał.
Ale zaraz porzucił te rozważania, słysząc nerwowe szepty dochodzące z tunelu. „Czyżby nas dostrzegli?” – kapral przełknął ślinę.
I wtedy z korytarza wypadł jakiś przedmiot. U całej szóstki mężczyzn zadziałał instynkt i pamięć mięśniowa. Jak oparzeni odskoczyli od wylotu, a potem robiąc w tył zwrot, przebiegli kilka metrów, by rzucić się na ziemię. Jelonek oberwał przy tej okazji w szczękę, trafiony butem zrywającego się do skoku Arka. Jęknął, przez ułamek sekundy mając ochotę wpakować paramedykowi całą serię w plecy. Zaraz potem padł, wciąż czując się rozdrażniony. „Jaja, jaja!” – nerwowa myśl przeszyła jego mózg. Zacisnął uda, lecz za chwilę – najszybciej jak potrafił – obrócił się tak, by leżeć głową zwróconą w stronę wylotu z tunelu. Wcisnął twarz w podłogę komnaty, czekając na eksplozję.
Ta jednak nie następowała. Po kilkunastu sekundach Marcin ostrożnie uniósł głowę, wypatrując granatu. Jakieś dwa metry od wyjścia z korytarza dostrzegł zaczepnego RGD-5 – powszechnie używanego w Afganistanie przez Rosjan. Początkowo nie mógł uwierzyć własnym oczom, uważając, że w niedoświetlonej komnacie wzrok płata mu figle. Ale się nie mylił – przy wystającym ze skorupy zapalniku wciąż tkwiło kółko zawleczki. „Co za ćwok rzucił nieodbezpieczonym granatem?!” – zdumienie Jelonka bardzo szybko przeszło w irytację, zwłaszcza że czuł w ustach smak krwi. „Jakiś nierozgarnięty brudas zapędził nas w kozi róg!”. Podniósł się i kilkoma susami dobiegł do granatu – wcześniej upewniwszy się, że leży poza światłem tunelu. Chwycił go w dłoń, przez ulotną chwilę zaklinając Boga, by RGD-5 nie okazał się pułapką. Trzymając rozpłaszczony owal, przywarł do ściany. Serce waliło mu jak opętane.
Koledzy poszli w jego ślady, również klejąc się plecami do ścian. Teraz znów byli po obu stronach wyjścia z tunelu. Marcin spojrzał na granat, potem na Wójcika. Dowódca plutonu bezbłędnie odczytał jego intencje – lekko skinął głową, a gestem lewej ręki nakazał stojącym za nim mężczyznom, by się cofnęli. „Jelon” odbezpieczył granat, zamachnął się i rzucił nim w głąb korytarza. A potem znów oparł się o ścianę, czując, jak drży w posadach.
Nie opadły jeszcze gliniane bryły niesione przez podmuch, gdy do uszu Marcina dotarł przeraźliwy krzyk. Żołądek i serce skoczyły mu do gardła, bo w tym dźwięku było coś wyjątkowo niepokojącego. Jelonek słyszał jęki wydawane przez konających mężczyzn, ale żaden z nich nie pasował do tego, co przed momentem zarejestrował jego mózg. Włączył latarkę zamocowaną na Berylu i wsunął się do tunelu. Kilka metrów przed sobą zobaczył kilkuletnią dziewczynkę w oberwanych ciuchach.
– Matko! – wyrwało mu się z ust. Już miał ruszać w stronę małej, gdy nagle za jej plecami dostrzegł młodego chłopaka, który szedł w ich stronę, podpierając się o ścianę, a w drugiej ręce trzymając opuszczoną broń. Jelonek błyskawicznie zniżył Beryla, oświetlając jego nogi. Jedna z nich wyglądała jak oberwany z mięsa kikut. Spoglądając na ranę, kapral spostrzegł jednocześnie, że chłopak unosi uzbrojone w Kałasznikowa ramię. Nim sam zdołał zareagować, w stronę Afgańczyka pomknęła seria wystrzelona z broni Żulowskiego. Chłopak osunął się na ziemię, w tej samej chwili, w której „Jelon” dopadł do wciąż krzyczącej dziewczynki.
Wolną ręką objął ją w pasie, chcąc wynieść z tunelu, gdy kule z AK-47 trafiły w plecy dziecka. Pociski przeszyły Afgankę na wylot, uderzając w korpus Marcina. Ten, jakby zdzielony obuchem, upadł na plecy, nakrywając się ciałem dziewczynki. Przez kilka sekund nie wiedział, co się wokół dzieje, a gdy wróciła mu świadomość, rozpaczliwie usiłował złapać powietrze. Wtedy jakaś dłoń szarpnęła go za uchwyt z tyłu kamizelki.
– Spokojnie, stary, spokojnie… – „Jelon” rozpoznał głos Arka. – Zabiorę cię stąd.
„Chryste, jak boli!” – pomyślał ciągnięty po ziemi Marcin. Martwa dziewczynka wciąż na nim leżała, zepchnął ją więc i wsadził lewą dłoń pod kamizelkę. Choć dotknięcie klatki piersiowej wywołało jeszcze większy ból, przyniosło mu też ulgę. Nie wyczuł żadnej rany, najwyraźniej zatem wkłady balistyczne spełniły swoją rolę. A on był po prostu koszmarnie poobijany.
„Jezu, oby tak było…” – modlił się w duchu. Zamknął oczy. Ruchliwe snopy świateł i rozbłyski wystrzałów sprawiły, że poczuł zbliżające się wymioty. „Kurwa, tego jeszcze brakuje, żebym się teraz zrzygał…” – ta myśl towarzyszyła mu, gdy znalazł się tuż przy wejściu do komnaty. Mimo to podniósł powieki. Czterej towarzysze zniknęli już z pola widzenia, walcząc za zakrętem tunelu, lecz przytroczony karabińczykiem Beryl Jelonka wciąż leżał na jego piersi i oświetlał wnętrze karezu. Najbliżej Marcina znajdowały się zwłoki małej Afganki, kilka metrów dalej zabitego przez Wójcika chłopaka. Pięć, może sześć metrów głębiej – z tej pozycji Jelonkowi trudno było ocenić – kapral dojrzał ciała dwóch kobiet i kolejnej dziewczynki.
Nie był w stanie się powstrzymać. Usiadł i zaraz potem zwymiotował między nogi. Arek chwycił go pod ramię i wywlekł z tunelu. Potem posadził pod ścianą komnaty i zabrał się za ściąganie kamizelki.
– Miałeś szczęście – powiedział po chwili, oświetlając latarką rozległe siniaki na piersiach i brzuchu Jelonka.
– Ja tak – odparł Marcin. – Ale tamci już nie… – dodał po chwili.
– Ech, szkoda gadać… – Paramedyk machnął ręką i zniknął w tunelu.

Skróty pochodzą od redakcji

Fragment powieści Marcina Ogdowskiego Ostatni świadek, która ukazała się nakładem wydawnictwa Ender, Kraków 2013

Wydanie: 14/2013

Kategorie: Książki

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy