Lewica – życie po życiu

Lewica – życie po życiu

O przyszłości lewicy zdecyduje nie taki czy inny foch kolejnego miniwodza, ale codzienna praca wielu aktywistów

Rok po wyborach słyszę lament, że oto mamy straconych 12 miesięcy, że PiS się umocniło, a opozycja, zwłaszcza ta lewicowa, leży. Owszem, opozycja – nie tylko lewicowa – leży, ale daleko idących wniosków z tego bym nie wyciągał. Tak bowiem jest w polskiej polityce, że po roku od wyborów partia rządząca utrzymuje swój stan posiadania, za to opozycja szoruje gdzieś po sondażowym dnie. Cztery lata temu, po drugiej wygranej Tuska, PiS miało w sondażu CBOS 18% i wróżono mu trwałą marginalizację, a nawet rozpad. No a proszę, co się później wydarzyło.

Rzecz więc nie w sondażach, nie w tym, że partie lewicowe mają w sumie parę punktów procentowych, tylko w tym, że niewiele wskazuje na to, by w najbliższym czasie potrafiły z tego marazmu wyjść.

I to jest największy ból głowy – bo na pewno istnieje lewicowy elektorat, szacowany na jakieś 20%, tymczasem partie, które chciałyby do tego elektoratu się odwoływać, są malutkie, do tego skłócone.

Żale, żale

To skłócenie mogliśmy zobaczyć podczas Kongresu Lewicy. Tego sprzed tygodnia. Owszem, Andrzej Rozenek obściskiwał się z Leszkiem Millerem, ale bardziej rzucała się w oczy nieobecność Barbary Nowackiej i partii Razem. A w uszy – ich deklaracje, że z SLD to nie.

Tak oto lewica znalazła się w sytuacji jeszcze gorszej niż prawica po roku 1993, kiedy jednoczyła się pod szyldem Konwentu św. Katarzyny. Bezowocnie, coraz bardziej się kłócąc i nie mogąc uzgodnić, który lider której kanapy jest ważniejszy.

Tutaj też są wzajemne uszczypliwości, podgryzanie się, ale nie ma nawet woli, by usiąść razem do rozmów. Widzimy za to śmieszne nadymanie się. Od lat przecież słyszę ze strony SLD, że to oni są najsilniejsi na lewicy i wokół nich powinno wszystko się organizować. Tylko że z roku na rok Sojusz ma na lewicy coraz mniej do powiedzenia. Im bardziej się nadyma, tym głośniej spuszczane jest powietrze. A działacze partii Razem czy Zielonych? Od lat obnoszą się z tezą, że przed nimi przyszłość i miłość wyborców, tylko SLD przeszkadza, przytłacza ich, rzuca cień. Tak można było mówić, gdy Sojusz miał 30% poparcia. Gdy miał 12% – brzmiało to już mało wiarygodnie. A teraz, gdy ma 4%? Też rzuca ten straszliwy cień? Też przeszkadza?

Gdy słucha się tych wzajemnych żalów, można popaść w ciężki pesymizm. Tylko czy warto tym się przejmować? Zastanówmy się, jakie może mieć znaczenie kolejna przyjaźń Nowackiej z SLD, kolejny przewodniczący SLD czy kolejna Zjednoczona Lewica. Kolejne mieszanie tej samej herbaty. Może czas zaparzyć nową?

Wielka tajemnica IV RP

O dzisiejszej sile prawicy nie zadecydował wynik rozmów w tamtym Konwencie św. Katarzyny ani kolejne zjednoczenie. Zadecydowało coś bez porównania ważniejszego – praca tysięcy społeczników, którzy budowali organizacje społeczne, otwierali portale i fora dyskusyjne, tworzyli środowisko. Robili to dla idei, z potrzeby serca. To pozwoliło prawicy przetrwać porażki wyborcze i znaleźć atrakcyjne społecznie hasła.

Można dziś złośliwie się śmiać, że PiS to partia wodza i poza Kaczyńskim reszta to lokaje, tylko że ten obraz będzie właśnie złośliwy, niepełny. Prezes potrafił zebrać rozmaite prawicowe inicjatywy, nieraz bardzo różne, i je wykorzystać.

To nie Jarosław Kaczyński wymyślił hasło IV Rzeczpospolita. To nie Jarosław Kaczyński wymyślił kult „żołnierzy wyklętych”, nie on ich tak nazwał. Podobnie ze szkołą – to Elbanowscy przyszli do PiS, a nie PiS do Elbanowskich. Tak samo z wojskiem – to nie Antoni Macierewicz wymyślił organizacje paramilitarne; powstały nie dla niego, ale dla ludzi, którzy mieli takie potrzeby i zamiłowania.

A media? Śmiejemy się dzisiaj z pisowskich dziennikarzy, z ich służalczości wobec rządzących i tego, że mówią jednym głosem, zachwycając się rządem i gromiąc opozycję. Jednak ich zawodowy rozwój dokonał się znacznie wcześniej i to ich praca w wielkim stopniu ukształtowała dzisiejszą prawicę. Zaczynali od dwóch tygodników, dziś trzymają, jeśli chodzi o media, pół Polski.

Pisałem już zresztą o tym rok temu, po klęsce wyborczej SLD. Te słowa, dotyczące mediów, nie zdezaktualizowały się ani trochę (niestety): „Platforma i PiS wykonały gigantyczną pracę, by mieć swoje media i swoich dziennikarzy. Oni oczywiście nazywają się niezależnymi, wolnymi (jedni i drudzy) i być może nawet czasami tak o sobie myślą, ale faktem jest, że obie te partie dysponują zwartymi oddziałami gotowych do czynu piór. Średnio obeznany z polityką obserwator rozpoznaje bez kłopotu dziennikarzy PO lub PiS. Lewicy nie bronił nikt. A jeśli nawet delegowano jakiegoś polityka, by zajmował się mediami, to on zajmował się załatwianiem dla siebie czasu w telewizji lub radiu, a nie jakąś poważną pracą. Zamiast pracy organicznej, docierania do środowisk opiniotwórczych, budowania zaplecza intelektualnego i medialnego mieliśmy walkę o kilkanaście sekund w programie”.

Gęba, którą przykleili

Narzekacze, których na lewicy dziś najwięcej, lamentują, że PiS zabrało jej program socjalny, a Platforma z Nowoczesną – obyczajowy. I że w zasadzie lewica niewiele ma do zaoferowania Polakom. Owszem, można tak mówić, tylko że te słowa idealnie pasują do narracji PiS i Platformy, które chciałyby lewicę zakopać i same rządzić na scenie politycznej. Zresztą od lat słyszymy wciąż te same zarzuty, to przyprawianie gęby. Przypomnę je jeszcze raz.

Najlepsi z lewicy przeszli do PO (Arłukowicz, ha, ha…).

Lewica nie ma programu – tak jakby Platforma go miała.

SLD nie jest lewicowy, jest cyniczny i bezideowy (jak wiadomo, PO to partia idealistów). A jeśli chodzi o Razem, są to lewacy, sekciarze, ludzie, z którymi nie sposób się dogadać.

SLD to formacja albo wymierająca, starców (wtedy pokazywano Millera), albo głupiej młodzieży (wtedy widzieliśmy Napieralskiego).

SLD zapatrzony jest w historię PRL (i dlatego chce odświeżać pamięć o Edwardzie Gierku) bądź ślepo podąża za nowinkami z Zachodu (Zapatero).

SLD stoi w przedpokoju i prosi, by Platforma przyjęła go na koalicjanta. Albo jest gotów wejść w sojusz z Kaczyńskim! A Razem to nie chce zupełnie z nikim.

Zawsze jest źle! I przecież lepiej nie będzie.

Ważniejszy ferment niż struktury

A może będzie? Na naszych oczach dokonuje się wielka zmiana.

Prawica, która przejęła władzę, właśnie traci czystość, kompromituje się niemądrymi, jątrzącymi działaniami i pazernością, z jaką obsadza państwowe stanowiska. To już nie są niedawni idealiści, to goście, którzy świetnie się urządzają.

Platforma z kolei wciąż nie pojęła, dlaczego wyborcy jej nie chcieli. Co nie wróży jej dobrze.

Otwiera się więc pole dla ruchów protestu, ruchów obywateli, dla różnych inicjatyw. To wrzenie stworzy lewicę. Nie partyjni liderzy, którzy kierują tak naprawdę wirtualnymi strukturami, a główna aktywność polega na tym, że siedzą i myślą, na jaki temat zorganizować najbliższą konferencję prasową.

Dziś życie polityczne jest w innym miejscu. Z tego punktu widzenia o niebo ważniejsi są dla lewicy dziennikarze, którzy potrafią rozmawiać w mediach, eksperci, młodzi pracownicy nauki, różnej maści społecznicy. Ważniejszy jest ferment niż partyjne struktury.

Gdy będzie ferment, rychło się okaże, że lewica mówi mądrzej o sprawach socjalnych niż PiS i celniej o wolnościach obywatelskich niż PO. Że ma własną wizję państwa, polityki zagranicznej, świata. Że zabiera sprawy socjalne PiS, a wolnościowe – Platformie. Bo rzecz nie w napisanych na kartce papieru deklaracjach, ale w ich autentyczności.

Innymi słowy – o przyszłości lewicy w Polsce zdecyduje nie taki czy inny sojusz jednej lub drugiej kanapy bądź taki czy inny foch kolejnego miniwodza, ale codzienna praca wielu aktywistów. Oni mogą teraz myśleć o sobie różnorako, uważać się za dość dalekich od lewicy, ale ich praca – obiektywnie – lewicę odbudowuje. Przecież w Warszawie stowarzyszenie Miasto Jest Nasze czy ruchy lokatorskie robią więcej zamieszania niż stołeczny SLD we wszystkich swoich latach razem wziętych.

Czarny protest pokazał, że można na ulicę wyprowadzić tysiące ludzi i nie będą to przywiezieni autokarami działacze lub kółka parafialne. Nauczyciele i lekarze też wychodzą na ulice nie dlatego, że jakaś partia, związek układaczy list wyborczych, ich wezwała…

I parę słów o tym, czego nie ma

Podobnie z mediami – te pisowskie i platformerskie dyskretnie deprecjonują lewicę, bardzo niechętnie wpuszczają na swoje łamy lewicowych działaczy i ekspertów, wolą spychać ich na margines, do drugiej ligi. Lansują przy tym miernoty z własnych szeregów. Co jest metodą skuteczną…

Dlatego warunkiem życia lewicy jest stworzenie miejsc, gdzie jej sympatycy mogliby debatować, rozwijać się. Gdzie byłoby miejsce dla młodych pracowników nauki, badaczy, publicystów. To oni w najbliższym czasie będą stanowić o jakości i sile lewicy. I to ich brak bardziej szkodzi formacji niż brak paru posłów w Sejmie.

Oni muszą być i dyskutować. I nie chodzi tu o to, by poglądy były podobne. Przeciwnie, chodzi raczej o ich starcie, o ferment właśnie. O to, by jedni drugich chwalili albo ganili, ale by zawsze, koniec końców się wspierali.

Wyborca nie chce programu, w którym wszystko jest napisane od A do Z, jak opis falansteru Fouriera. On wyżej ceni rozdyskutowane środowisko, starcie argumentów, to go inspiruje, wkręca w debatę.

Tak zresztą rosły portale prawicowe. Zapewniam wszystkich, że nie dlatego, że dostawały dotacje czy ogłoszenia spółek skarbu państwa. Po prostu były oglądane i słuchane. Przyciągały.

Tego musi być dużo, tylko wtedy zacznie się nowe życie. Tylko wtedy wyborca poczuje, że ma do czynienia z żywą formacją, a nie wydmuszką. Taka już jest ludzka natura, że woli ufać temu, komu na czymś zależy, pełnemu sił witalnych, a nie zombie.

PS Tydzień temu w tekście „Unia w czasach próby” napisałem, że nowym partnerem prezydenta Dudy jest król Syrii. Pisząc te słowa, myślałem oczywiście o królu Jordanii. Za nieuwagę serdecznie przepraszam.

Wydanie: 48/2016

Kategorie: Publicystyka

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy