Linda – macho w teatrze

Linda – macho w teatrze

Kiedy przeniósł się do Warszawy, na moment zagościł w Teatrze Współczesnym, gdzie przeleciał przez scenę (niemal dosłownie) jako skrzydlaty Archanioł Gabriel w „Pastorałce” w reżyserii Macieja Englerta (1982), Jerzy Grzegorzewski ściągnął go zaś do Teatru Studio.

Z Grzegorzewskim współpracował już wcześniej w głośnej wrocławskiej wersji „Ameryki” według Franza Kafki i mniej głośnym Szekspirowskim „Śnie nocy letniej”, po którym doczekał się jedynie drobnej wzmianki, że w nowym tłumaczeniu Macieja Słomczyńskiego postać tkacza, którą grał, nie nosi już imienia Spodek, ale… Dupek.
W Studiu zatrzymał się na chwilę, dając w roku 1985 razem Janem Szurmiejem premierę „Przedstawienia pożegnalnego” Petera Müllera o ostatnim występie starzejących się klaunów. „Przedstawienie” spodobało się na festiwalu Grecja Kolebką Kultury w Atenach, gdzie wyróżniono je trzecią nagrodą (pierwsza przypadła Peterowi Brookowi za „Mahabharatę”, swoją drogą niezgorsza konkurencja).
Wydawało się, że teatralna kariera Lindy, podobnie jak filmowa, nabiera rumieńców. W Studiu zagrał jeszcze w „Powolnym ciemnieniu malowideł”, autorskim spektaklu Grzegorzewskiego według kultowej powieści Malcolma Lowry’ego „Pod wulkanem”, w którym królował niepodzielnie jako konsul Marek Walczewski. I to był w zasadzie koniec aktorskiej obecności Bogusława Lindy w teatrze żywego planu, rok później dał premierę „Moliera” Bułhakowa w lubelskim Teatrze im.

Juliusza Osterwy, ale tu wystąpił poza sceną jako reżyser, później pokazywał się jeszcze w Teatrze Telewizji. Najwyraźniej więc unikał publiczności.
Zdarzył się od tej reguły wyjątek – po kilku latach (1993) namówiony przez przyjaciół i reżysera Romualda Szejda zagrał u boku Marii Pakulnis w „Niecierpliwości zmysłów” na warszawskiej Scenie Prezentacje, w jednej z hal byłej fabryki Norblina. Dwie jednoaktówki ukazujące perypetie uczuciowe dwu par – w wersji klasycznej, kostiumowej, i w wersji mieszczańskiej z brawurą grane przez Marię Pakulnis i Bogusława Lindę oraz Adriannę Biedrzyńską i Cezarego Pazurę, efektownie ubranych przez Zofię de Ines – cieszyły się wielkim powodzeniem. Publiczność dopisywała, a recenzenci zgodnym chórem spektakl chwalili. Ale Linda przeżywał te spotkania na żywo, oko w oko z publicznością, nazbyt intensywnie. Chyba płacił za wysoką cenę, zbyt wiele nerwów spalał, powiadano, że przed spektaklem sprawiał wrażenie człowieka półprzytomnego, że postanowił rozstać się ze sceną raz na zawsze.

Stracony i odzyskany

Upłynęło niemal 20 lat i gruchnęła w Warszawie wieść, że Linda wraca do teatru. Okazało się jednak, że zasiądzie tylko za pulpitem reżyserskim, przygotowując w Teatrze Ateneum premierę sztuki Nikołaja Kolady „Merylin Mongoł”. Jako reżyser teatralny wykorzystał tu Linda doświadczenie aktora i reżysera filmowego. Trzeba bowiem pamiętać, że pod jego nazwiskiem weszły na ekran trzy filmy pełnometrażowe: „Seszele”, „Sezon na leszcza” i „Jasne, błękitne okna”. W obsadzie „Merylin” znaleźli się znani z kreacji filmowych Agata Kulesza i Marcin Dorociński.

Premiera miała dobrą prasę – spektakl opowiada o samotności tak straszliwej jak koniec świata. Kolada potrafi budować klimat osaczenia i psychicznej klęski, nie boi się scen ostrych, gwałtownych, a Linda ową aurę z pewną powściągliwością uobecnia w spektaklu. Umiar, niedopowiedzenie, brak kontaktu między bohaterami są siłą tej opowieści o życiu utraconym, które jeszcze pozornie trwa. „Nigdy nie tęskniłem za teatrem – wyznawał Linda w rozmowie z Kamilą Łapicką przed premierą – w sensie występowania, bo myślenie o tym, że będę siedział w garderobie i co wieczór przez trzy miesiące patrzył w lustro, jest trochę upokarzające. Natomiast lubię teatr, tę magię, która pozwala na drewnianych deskach stworzyć coś od początku do końca”.

W ten sposób aktor ostatecznie rozwiał nadzieje, że kiedyś pokaże się na scenie. Użył argumentów podobnych do tych, na które powołuje się Marek Kondrat, choć bliższy prawdy jest obezwładniający lęk, jaki ogarnia artystę, kiedy ma pokazać widzowi twarz bez pośrednictwa kamery.

Ale do reżyserii teatralnej Linda powraca, o czym świadczy premiera „Tramwaju zwanego pożądaniem” Tennessee Williamsa (2014), również w Ateneum, z Julią Kijowską w legendarnej roli Blanche. „Tramwaj” Lindy tchnie autentyzmem przez swoją twardość – niczego nie udaje, ale odsłania psychiczne otchłanie, w których miotają się bohaterowie, zwłaszcza Blanche, niegdyś niemal księżniczka, dziedziczka fortuny, teraz zrujnowana, dosłownie i psychicznie, w ostatniej podróży do kresu marzeń. W kreacji Julii Kijowskiej poruszająca jest „sztuczna bezpośredniość” – Blanche cały czas udaje, gra, próbuje być kimś innym, niż jest, ale jej prawdziwa natura życiowego rozbitka, alkoholiczki i nimfomanki, upadłej panienki z dobrego domu, co chwila wyziera spod maski. Zdziera ją do końca tylko raz – w genialnej scenie finałowej, gdy osaczona, tuż przed oddaniem w ręce pielęgniarzy z zakładu zamkniętego, kuli się z lękiem i okrzykiem, który więźnie jej w gardle na widok mężczyzny, który ją zgwałcił.

Jak to Kijowska i Linda osiągają? Ani on, ani ona nie pracowali wcześniej nad tekstami Williamsa, bodaj nie przeczuwali, jakie możliwości interpretacji kryją te teksty, ile w nich inspiracji dla aktora. Pewnie dlatego ich spotkanie i praca nad tym dramatem wydały takie owoce. Kijowska w rozmowie opublikowanej w „Gazety Wyborczej” próbowała zdefiniować, jakim reżyserem jest Linda: „To reżyser, który ma niezwykłą aktorską świadomość. Jest jak kamera. Bezwzględnie wyłapuje każdy fałsz”. Z kolei w wywiadzie dla agencji informacyjnej Newseria Lifestyle wspominała: „Byłam naprawdę bardzo wyeksploatowana (…). Trafiłam na poligon, jeszcze z takim żołnierzem jak Bogusław Linda, który naprawdę dał mi w kość. Ale bardzo to doceniam (…). Wiedza, którą on ma, intuicja, którą jest obdarzony, i świadomość to są źródła, z których można czerpać w nieskończoność.
Trudno, straciliśmy Lindę aktora teatralnego, ale na szczęście teatr nadal go kusi. Zyskaliśmy więc reżysera, który z pewnością do teatru będzie zaglądał.


“Mam to szczęście, że nie muszę grać”

Z teatrem jest jak z rodziną. Kocha się i nienawidzi jednocześnie. Kocham teatr za to, że daje w tak niepozornych przestrzeniach, w tak biednych miejscach niesamowite poczucie iluzji. Że korzystając z zatęchłych kotar, połamanych mebli i kurzu, może przenieść w świat marzeń, w zaklęte bajki. Fascynujące, do czego zdolna jest ludzka wyobraźnia. Jest w tym magia – zabrzmi to górnolotnie, ale zaryzykuję – to świecka msza. A czego nie lubię w teatrze? Siedzenia w garderobie jako aktor i patrzenia się w lustro na swoją lekko odurniałą twarz, malowania jej co wieczór tą samą farbką i wychodzenia – też co wieczór – na scenę, powtarzania tych samych tekstów, a potem, po ukłonach, robienia szybkich zakupów w spożywczym ze świadomością, że jutro o tej samej porze to wszystko się powtórzy. Moja psychika tego nie wytrzymuje. Mam to szczęście, że nie muszę grać. Ale jednocześnie mam to szczęście, że mogę być z aktorami, z ludźmi teatru, wszystkimi: od maszynistów, przez panie księgowe, po portierów, mogę z nimi uciec od rzeczywistości, wejść w świat iluzji, ale… jako reżyser.

„Gazeta Wyborcza”, Bogusław Linda w rozmowie z Dorotą Wyżyńską

Foto: Krzysztof Żuczkowski

Strony: 1 2 3

Wydanie: 1-2/2015

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy