Listy i e-maile

Listy i e-maile

Artykuł dotyczący akcji modelek i aktorów przeciwko zabijaniu zwierząt spotkał się z dużym oddźwiękiem czytelników. Internauci wyrazili swoje opinie na ten temat na naszej stronie oraz w przeglądzie prasy portalu Onet.

Nie dajcie się zwariować
Ludzie, obecna technologia to główne zagrożenie dla środowiska. Ja wprawdzie mięsa prawie nie jadam i mogłoby dla mnie nie istnieć. Jednak nie oduczysz lwa, krokodyla itp., jak również narodów tradycyjnie spożywających potrawy mięsne jedzenia takowych. Nie dajcie się zwariować, a kto chce, niech je same korzonki, kto mu broni? Jerzy

Schabowy inaczej
Drodzy dyskutanci i piewcy wegetarianizmu, niech mi ktoś wytłumaczy, dlaczego jest tak wiele ofert typu „schabowy z soi”, „soja ŕ la flaczki”, „hamburger wegetariański” itp. itd. A nie ma np. „gulasz ŕ la marchew z groszkiem”, „golonka na sposób kabaczków nadziewanych soczewicą”. Widać, „język kłamie głosowi, a głos myślom kłamie”, jak dawno już zauważył Wieszcz. A natury ludzkiej zabić nie sposób! Miłego przeżuwania!
Carnivore

Wszystko na pokaz
Chodzi im jedynie o wypromowanie samych siebie. Szkoda tylko, że w taki bezwzględny sposób. Moda się zmieni i te same modelki będą zajadały się mięsem, kremowały się kosmetykami testowanymi na zwierzętach i obnosiły się w futrach ze skór zagrożonych wyginięciem zwierząt. To jest tylko parada obłudy. Rob

Człowiek jest ważniejszy
od zwierząt!
I o tym należy pamiętać, a grupy walczące o prawa zwierząt często o tym zapominają. Wolę wspomóc Schronisko św. Brata Alberta niż schronisko dla zwierząt. Pieniądze przeznaczone na opiekę dla zwierząt bardziej przydałyby się ludziom. PM

Świnia ma pecha
Tak czy inaczej, mięso jest najlepszym i najwartościowszym pożywieniem. Lecz na pewno przed zjedzeniem naszych braci NIE WOLNO nam dopuszczać się wobec nich okrucieństwa. Zresztą dzikie plemiona po ubiciu zwierzyny przepraszały jej ducha za to, że musiały ją zabić. Andrzej

Walka z futrami – pseudoekologia
W cyklu produkcyjnym przy wykonaniu dobrej jakości sztucznego futra powstaje ok. 4 ton (!) odpadów ropopochodnych. Co jest więc bardziej ekologiczne? Może jednak dla Matki Ziemi lepiej, żebyśmy jak przodkowie obdarli kilka zwierząt ze skóry? A może tu nie chodzi o żadną ekologię, tylko o zajęcie dla ludzi, którzy chcą koniecznie z czymś walczyć, tylko nie wiedzą dokładnie, o co chodzi?
RudiMagx

Ludzka próżność
Przeraża mnie katowanie zwierząt dla ludzkiej próżności i przyjemności (kosmetyki, futra). Nigdy w życiu nie kupię prawdziwego futra – sztuczne są równie eleganckie. Ale zwierzęta (świnie, kury i inne) hodujemy do jedzenia – więc nie popadajmy w skrajności.
Marzena

Dlaczego nikt nie broni roślin?
Przecież kapusta, pietruszka, winogrona, ziemniaki czy żyto też CHCĄ ŻYĆ!!! Czy nasi wegetarianie nie zabijają komarów?
KomarKiller

Zarobek na ludzkiej naiwności
Organizacje ekologiczne zajmują się głównie wyciąganiem pieniędzy z budżetu państw. A ich spektakularne akcje w ochronie zwierząt są tylko medialnym show, aby wyciągać miliardy dolarów z kieszeni podatnika (także i z mojej kieszeni). Proponuję tym pseudoekologom, aby byli konsekwentni i zrezygnowali z wszelkiego rodzaju galanterii skórzanej, a w przypadku jedzenia przerzucili się na trawę, chociaż i tutaj występuje prawdopodobieństwo, że mogą zjeść jakiegoś biednego robaczka. A eksmodelkom proponuję też, aby zrezygnowały z reklamowania jedwabnej bielizny, to też produkt znęcania się nad biednymi jedwabnikani! Kris
ELŻ

Wróżka prawdę ci powie…
Po lekturze artykułu „Wróżka prawdę ci powie…” w 33 nr. „Przeglądu” chcia-łabym się podzielić pewnymi spostrzeżeniami. Jestem 28-letnią, wykształconą kobietą i wiem, spod jakiego znaku są moi przyjaciele. I pewnie można by się doszukać w tym jakiejś prawidłowości, chociaż to nie znak zodiaku zadecydował o tym, że zostali moimi przyjaciółmi. Horoskopy w gazetach i czasopismach to, najoględniej mówiąc, nieporozumienie. Ale indywidualne horoskopy? Chyba chcę wierzyć, że mają sens. Jestem zodiakalnym Rakiem i myślę, że ogólna charakterystyka tego znaku bardzo do mnie pasuje.
Dwa razy w swoim życiu byłam u wróżki. Jakkolwiek irracjonalnie może to brzmieć, wróżba z tarota sprawdziła się z wieloma bardzo osobistymi i szczegółowymi informacjami. W tej chwili oczekuję na rozwój wypadków, o których wróżka wspomniała podczas mojej drugiej wizyty. Jestem gotowa dać znać za jakiś czas, co z tego wynikło, w ramach badań sprawdzalności przepowiedni.
Magdalena Brożek

Obrona konieczna przed agresją akustyczną
Po przeczytaniu w nr 30 „Przeglądu” z 23 lipca 2001 r. felietonu Bronisława Łagowskiego pt. „Obrona konieczna przed agresją akustyczną” postanowiłem napisać o agresji akustycznej w Kołobrzegu.
Do zwiększonej ilości decybeli w czasie sezonu letniego spowodowanej wzmożonym ruchem samochodów już się przyzwyczaiłem. Większość bowiem samochodów wiezie do Kołobrzegu ludzi, którzy cały rok albo i dłużej oszczędzali złotówki, by wydać je ku naszemu, mieszkańców Kołobrzegu, pożytkowi. Ale w tym roku urzędnicy miejscy najpierw zezwolili na zorganizowanie w amfiteatrze kołobrzeskim sezonowej dyskoteki. Jej organizator i właściciel dysponuje aparaturą nagłaśniającą, której moc równa się sumarycznej mocy wszystkich wzmacniaczy użytych w dwudziestu paru festiwalach piosenki żołnierskiej, jakie miały miejsce w tymże amfiteatrze. Jak na dyskotekę przystało, zaczyna się ona wieczorem i trwa do białego rana.
Ale to małe piwo w porównaniu z następnym pomysłem kołobrzeskich notabli. W ostatnich dniach lipca zezwolili, by na stadionie miejskim odbyła się w godzinach nocnych impreza w rodzaju „Inwazja mocy”. Założenia były słuszne, gdyż żaden wybudowany ludzką ręką obiekt typu zamkniętego nie wytrzymałby takiej inwazji oraz agresji akustycznej i ległby w gruzach. Mieszkam w odległości około 1,5 km od stadionu, w domu zbudowanym z cegły, z potrójnymi szybami w oknach – wszystko na nic. Dźwięki imprezy docierały do mieszkania pełną mocą, by około godziny pierwszej w nocy ucichnąć. Sęk w tym, że ok. 200 m od stadionu stoi szpital. Po imprezie krążyły wieści o kilku zmartwychwstałych pacjentach ze szpitalnej kostnicy… Nic natomiast nie wiadomo o osłabieniu władz umysłowych miejskich decydentów pod wpływem gwałtu akustycznego. Może tam już nie ma się co osłabiać?
Jacek Łabęda, Kołobrzeg

O wyłudzaniu mieszkań służbowych
Chciałbym zainteresować was procederem wyłudzania mieszkań służbowych od państwa. Moja wiedza w tym zakresie odnosi się do działań Wojskowej Agencji Mieszkaniowej, ale myślę, że podobna sytuacja może mieć miejsce także w innych pionach czy resortach, np. w policji, straży granicznej i urzędach państwowych.
Mechanizm tego procederu pokażę na przykładzie. Oficer starszy (major – pułkownik) z żoną i dzieckiem ma prawo do mieszkania o pow. 28-40 m kw. Oprócz żony i dziecka oficer ten ma również teściową, która posiada willę. Teściowa jest stara i wymaga opieki, więc oficer zabiera ją do siebie. Ale żeby mógł ją zameldować i otrzymać na nią dodatkową powierzchnię, teściowa nie może posiadać mieszkania. Przemeldowuje się więc ze swojej willi dokądkolwiek, willę wynajmuje, a organom mieszkaniowym wojska przedstawia zaświadczenie, że nie jest właścicielem mieszkania, w którym jest zameldowana. W związku z tym otrzymuje uprawnienia do mieszkania z zięciem, a ten do dodatkowej powierzchni mieszkalnej. Po odpowiednim czasie żołnierz ten wykupuje mieszkanie służbowe za 10% jego wartości rynkowej.
Ile takich operacji przeprowadza się w naszym kraju, nie wiem. Natomiast stosunek władz do tego tematu jest dla mnie niezwykle symptomatyczny.
Podejmowane przeze mnie próby zainteresowania problemem organów władzy różnych szczebli, np. Centrali Wojskowej Agencji Mieszkaniowej, MON, ministra sprawiedliwości-prokuratora generalnego i prokuratur różnych szczebli itp. traktowane są, jak do tej pory, z aroganckim lekceważeniem.
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)

Nie pierwszy przekład „Iliady”
Radosnym okrzykiem „Doczekaliśmy się wreszcie »Iliady«!” wita Piotr Kuncewicz („Przegląd” nr 32) ukazanie się przekładu Nikosa Chadzinikolau, dodając też, że „po raz pierwszy całą »Iliadę« przełożono z oryginału”.
Istotnie, wspomniany w felietonie Kuncewicza przekład Dmochowskiego z 1801 roku bazował na przekładach francuskich. Aliści potem już trzech Polaków (P. Popiel, A. Szmurło i St. Mleczko) tłumaczyło całość arcydzieła Homera z greckiego oryginału. Prawda, że czynili to niezbyt błyskotliwie. Prawdziwie znakomitym natomiast, kto wie, czy nie lepszym od obecnego, był przekład (oczywiście z greki!) Ignacego Wieniewskiego, który w 1961 roku ukazał się w Londynie nakładem zasłużonej oficyny B. Świderski. Warto, by o nim wiedział prezes ZLP, Piotr Kuncewicz, zważywszy że Wieniewski też prezesował Związkowi Literatów Polskich. Tyle że na emigracji!
Witold Filler, Warszawa

Zlikwidować Senat
Popieram ze wszystkich sił postulat prof. B. Łagowskiego o konieczności zlikwidowania Senatu jako kolejnego eksploatatora publicznych pieniędzy i ciała spowalniającego stanowienie – i tak opieszałe – prawa przez Sejm.
Muszę krótko przedstawić atmosferę panującą na tzw. zapleczu biurowym Senatu. Skupia ono na ogół starsze panie, niekompetentne, bez odpowiednich kwalifikacji, za to bardzo dobrze opłacane i ciągle dowartościowywane nowymi zakupami drogiego sprzętu (komputery, kopiarki, drukarki etc.); dublują często obowiązki ZUS-u, odbierają korespondencję wiecznych interwentów, piszących, gdzie się da i o czym się da, byle coś udało się załatwić.
Atmosfera w tzw. biurze panuje straszna: podejrzliwość, wzajemne donosy do szefa (szefowie się zmieniali), pełno niesnasek i skarg na poziomie dzieci: „A ten X na pana mówi, że…”.
Rozjazdy senatorów to już oddzielny, znany zresztą temat. Ileż pieniędzy można byłoby przeznaczyć choćby na pomoc poszkodowanym przez powódź!
(nazwisko i adres do wiadomości redakcji)

MILOSZEVIĆ PRZED TRYBUNAŁEM
Smutne, że „Przegląd” z 9 lipca br. piórem p. Basiewicza godzi się na malowanie obrazu sprzecznego z rzeczywistością. Pan Maciej Basiewicz z pełną aprobatą przytacza artykuł w paryskim „Libération”: „Wydanie Miloszevicia haskiemu Trybunałowi… dostarcza tej instytucji tego, czego najbardziej jej brakowało do tej pory: rzeczywistej wiarygodności”. A zatem, jeżeli przestępcy udało się skutecznie ukryć, to kompetentny do rozpatrzenia jego sprawy sąd pozbawiony zostaje „rzeczywistej wiarygodności”. Dla dziennikarza z „Libération”, korzystającego z poparcia p. Basiewicza, o wiarygodności Trybunału nie decyduje fakt, że działa on pod auspicjami Rady Bezpieczeństwa ONZ, lecz to, że na ławie oskarżonych usiadł zbrodniarz.
Mało tego, p. Basiewiczowi podoba się także inna opinia, wydrukowana na łamach „Libération”: „Znaczący jest fakt, że Miloszević nie został ujęty przez jakiś oddział NATO w leśnym ustroniu, lecz został wydany przez rząd serbski”. Czy „znaczące” jest dostosowanie się do każdego obowiązującego przepisu? Czy to coś nadzwyczajnego, że ktoś reguluje zobowiązania podatkowe, nie czekając, aż mu komornik zlicytuje ruchomości?
Stefan Boratyński, Warszawa

Komedia małych świństw
W numerze 30 „Przeglądu” z 23 lipca, w artykule p. Elżbiety Szymańskiej pt. „Komedia małych świństw” dotyczącym „Zemsty” Aleksandra Fredry zakradła się pewna nieścisłość.
Autorka pisze o Rejencie, iż przyjmuje zgodę tylko dlatego, „że jego syn Wacław, ożeniwszy się z Klarą, otrzyma prawa do zamku, a w dodatku Rejentowi przypadnie jeszcze sto tysięcy odszkodowania ze strony Podstoliny za niewywiązanie się z obietnicy małżeństwa. „Dwa majątki – kąsek gładki” mruczy pod nosem” itd.
Odszkodowanie za niedoszłe małżeństwo Podstoliny z Wacławem należy się tej damie – jako że to syn Rejenta niedopełnia obietnicy: w akcie IV, scenie 12. Podstolina mówi:
„Ale przez to dziś nie tracę
U Rejenta sto tysięcy…”.
Klara:
„Nie – ja z mego to zapłacę”.
I tu pojawia się druga nieścisłość. Słusznie Klara może być tak hojna – otrzymuje bowiem dwa majątki – część zamku, którą zarządzał Cześnik, oraz majątek, którym zarządzała dotąd Podstolina. Wyjaśnienie mamy w tej samej scenie – pada ono z ust Podstoliny:
„Chciałam za mąż pójść czym prędzej,
By nie zostać całkiem w nędzy –
Ów majątek zapisany,
Na czas tylko był mi dany;
A w istotnym, wiecznym darze
Dziś przypada szczęsnej Klarze”.
I do tego faktu odnoszą się słowa Rejenta:
„Dwa majątki – kąsek gładki”.
Tak więc Rejent ma pełne prawo cieszyć się z bogactw wniesionych przez synową, Cześnik zapewne jest nieco mniej zadowolony. Podstolina wychodzi na tym nieźle. Pomyłka popełniona przez p. Szymańską warta jest sprostowania, gdyż dotyczy głównej intrygi wspaniałej sztuki wspaniałego Fredry.
Paulina Zdziarska, Łódź


Oświadczenie Polskich Zakładów Lotniczych w Mielcu
W „Przeglądzie” z 30 lipca 2001 r. opublikowany został artykuł red. Teresy Ginalskiej pt. „Wypadek czy zamach?”. Zawiera on liczne nieprawdy, błędy i przekłamania.
Po pierwsze – nie jest prawdą, że loty na wszystkich samolotach M28 zostały wstrzymane. To stwierdzenie, o kluczowym w lotnictwie znaczeniu, jest całkowicie wyssane z palca.
Prawdą jest natomiast, że Główny Inspektor Kontroli Cywilnych Statków Powietrznych, inż. Zygmunt Mazan, który z ramienia polskiego nadzoru lotniczego przebywał w Wenezueli i kontaktował się z wenezuelską komisją badającą przyczyny katastrofy, stwierdził po powrocie, iż nie zaistniały powody dla podjęcia decyzji o zawieszeniu użytkowania samolotów M28.
Informacja o takim oficjalnym stanowisku polskiego nadzoru lotniczego jest powszechnie dostępna. Opublikowała ją także Polska Agencja Prasowa.
Po drugie – nie jest prawdą, że Polskie Zakłady Lotnicze „zostawiły za sobą spaloną ziemię i wszystkie długi”. Nieprawdziwe jest również odniesienie do Polskich Zakładów Lotniczych stwierdzenia „z dnia na dzień pozbawiono pracy i wyrzucono na bruk prawie siedem tysięcy osób”.
Prawdą jest, że stwierdzenia te odnoszą się do holdingu WSK „PZL-Mielec” SA oraz Zakładu Lotniczego „PZL-Mielec” Sp. z o.o. W 1998 r. upadłość tych podmiotów ogłosił sąd gospodarczy. W konsekwencji tego postanowienia straciło pracę kilka tysięcy pracowników.
Prawdą jest także, że w ramach restrukturyzacji mieleckiego ośrodka produkcji lotniczej przeprowadzonej przez Agencję Rozwoju Przemysłu SA ponad 1200 pracowników upadłych podmiotów znalazło zatrudnienie w utworzonych w 1998 r. Polskich Zakładach Lotniczych w Mielcu.
Po trzecie – nie jest prawdą, że „pertraktacje z Wenezuelczykami wznowiono w pierwszej połowie ubiegłego roku”, a zakończona tak tragicznie podróż polskiej delegacji była „rewizytą”.
Prawdą jest natomiast, że od chwili powstania przed trzema laty Polskich Zakładów Lotniczych trwały stałe robocze kontakty biznesowe pomiędzy PZL i Overtec, zaś tragiczna wizyta była jedną z kolejnych polskich wizyt w tym kraju.
Po czwarte – nie jest prawdą, że umowa pomiędzy Polskimi Zakładami Lotniczymi i MON dotycząca dostawy samolotów Bryza w latach 2001-2006 „jest tylko argumentem marketingowym, a nie ekonomicznym”.
Prawdą jest natomiast, że umowa jest realizowana, a do końca bieżącego roku Wojska Lotnicze otrzymają pierwsze dwie zamówione w naszej firmie Bryzy.
Po piąte – nie ma nic wspólnego z prawdą stwierdzenie łączące firmę Overtec ze sprzedażą Skytrucków do RPA i Indii.
Jest prawdą natomiast, że dilerem polskich samolotów na rynku RPA była w minionych latach szczecińska firma „Aerogryf”. To ona organizowała promocje Skytrucka podczas wystawy Africa Aviation w Johannesburgu. W 2000 r. Polskie Zakłady Lotnicze podpisały porozumienie o współpracy marketingowej na rynku południowoafrykańskim z koncernem BAeSystems.
Po szóste – nigdy nie istniał kontrakt mieleckiej wytwórni z firmą Overtec „wart miliard dolarów”.
Jest natomiast prawdą, że przytaczana w lokalnej prasie informacja o zawartym przez WSK „PZL-Mielec” SA oraz przez Zakład Lotniczy „PZL-Mielec” Sp. z o.o. kontrakcie na dostawę do Wenezueli 100 Skytrucków o wartości przekraczającej ponad miliard dolarów ma niestety charakter faktu prasowego.
Po siódme – nie jest prawdziwa informacja, że samoloty z Mielca używane są do „penetracji bardzo niespokojnego pogranicza wenezuelsko-boliwijskiego”. Granicy wenezuelsko-boliwijskiej nie trzeba penetrować, bo jej nie ma.
Jest prawdą natomiast, że przez ostatnie lata samoloty z Mielca „dobrze służyły wenezuelskiej Gwardii Narodowej” oraz lotnictwu wojskowemu tego państwa.
Rzecznik prasowy Polskich Zakładów Lotniczych w Mielcu, Grzegorz Kruszyński

Od autora
Pisząc artykuł o sytuacji zakładów w Mielcu po tragicznej katastrofie w Wenezueli, korzystałam z informacji i materiałów otrzymanych od rzecznika prasowego PZL, p. Grzegorza Kruszyńskiego.
Po pierwsze: wśród materiałów przeznaczonych do wykorzystania była kserokopia komunikatu „Tragedia w Wenezueli” z lokalnej gazety „Korso” z 18 lipca br. z informacją (cyt.): „Jak podkreślił Władysław Jasiczek – dyrektor handlowy PZL, z którym (podobnie jak z dyrektorem Andrzejem Szortyką) rozmawialiśmy w piątek 13 lipca, do chwili zbadania przyczyn tragicznego wypadku, rutynowo loty na samolotach Skytruck zostały wstrzymane”. W chwili, gdy oddawałam tekst do druku, stanowisko polskiego nadzoru lotniczego nie było publicznie znane.
Po drugie: upadek holdingu WSK „PZL-Mielec” był katastrofą dla jego załogi, dramatem dla miasta i całego regionu. Trudno się dziwić, że wyrzuceni na bruk pracownicy (w tym rozmówca, którego wypowiedź przytoczyłam), swój żal i pretensje kierowali i kierują pod adresem nowo powstałej spółki.
Po trzecie: wśród zebranych informacji nie znalazła się ta o „trzyletnich, stałych roboczych kontaktach biznesowych PZL z Overtekiem”, nieistotna zresztą dla czytelników. Istotniejszy w sprawie był fakt, że aresztowanie członków Zarządu nowo powstałej spółki nie wpłynęło dobrze na polsko-wenezuelską współpracę handlową. Lipcowa wizyta mielczan była kolejną w Ameryce Południowej, ale pierwszą po dłuższej przerwie i na szczeblu stwarzającym realną szansę na zawarcie kontraktu.
Po czwarte: w komunikacie prasowym sporządzonym przez rzecznika prasowego PZL, pana Grzegorza Kruszyńskiego, o zawarciu umowy pomiędzy polskim Ministerstwem Obrony Narodowej a PZL w Mielcu jest stwierdzenie, że umowa oznacza nie tylko nowe, jakże potrzebne zamówienia dla firmy, ale jest także „mocnym argumentem marketingowym w naszych staraniach o sprzedaż na rynkach zagranicznych”. Sens tego rozumiem tak samo jak mielczanie: kontrakt w MON to stanowczo za mało dla utrzymania zakładu.
Po piąte: przyznajmy mojemu rozmówcy, mocno związanemu z zakładem, prawo do własnego zdania. Twierdził, że podpisanie kontraktu z Overtekiem w Wenezueli byłoby jednoznaczne z ofensywnym polskim wejściem nie tylko na ten, ale w przyszłości i na inne rynki zagraniczne. Tak samo zresztą sądził tragicznie zmarły prezes Daniel Romański, powtarzający wielokrotnie, że kontakty wenezuelskie są dla mieleckich PZL „przyczynkiem do zwiększenia naszej obecności w Ameryce Południowej. (…) Zabiegamy aktywnie o nowe rynki w innych regionach świata: w kilku krajach basenu Morza Śródziemnego, na kontynencie amerykańskim i północnoamerykańskim”.
Po szóste: rzecznik prasowy przyznaje, że kontrakt na miliard dolarów „zawarli” dziennikarze nie znający jego, będącej ścisłą tajemnicą handlową, prawdziwej wysokości. Stał się on jednak „faktem prasowym”, na którym oparł się w swej wypowiedzi były prezydent Mielca i nie tylko on.
Natomiast przyznaję, że w kwestii granic międzypaństwowych zaszwankowała moja znajomość geografii. Boliwia oczywiście nie sąsiaduje z Wenezuelą. I za to przepraszam.
Teresa Ginalska

Nic nie zrobiono?
W dniu 27.07.2001 r. premier Buzek w przemówieniu telewizyjnym powiedział m.in., że przyczyną ostatnich klęsk (powodzi) były (cytuję z pamięci) „kilkudziesięcioletnie zaniedbania”.
Jestem od 1961 r. mieszkańcem woj. pomorskiego. Wędkuję i dzięki temu znam Żuławy od 40 lat. Widziałem zmiany, jakie dokonały się w tym czasie na terenie byłych województw gdańskiego i elbląskiego w dziedzinie melioracji. Byłem świadkiem powstawania nowoczesnego, na te czasy, polderu w okolicy Czapielska, terenu obecnie zalanego lub podmokłego. Regularna konserwacja rowów melioracyjnych odbywała się do 1989 r. Później było coraz gorzej. Rowy zarośnięte, przepusty zapchane, pogłębianie rowów, jeżeli już, to niestaranne (nieskuteczne).
Moją opinię potwierdzili pracownicy pomp i rolnicy, z którymi rozmawiałem. Kilka lat temu mówili o tym wojewodowie gdański i elbląski. Słyszałem gdzieś, że pan Babalski miał pewne kłopoty z tego powodu. Nie wiem, jak w świetle powyższego ocenić wypowiedź premiera. Czyżby nie rozmawiał z ludźmi w czasie pobytu w Gdańsku, nie czytał prasy oraz nie słuchał radia i telewizji, gdzie mówiono, że ostatnie poważniejsze remonty urządzeń melioracyjnych w regionach, w których zalało pola i łąki, wykonywano w drugiej połowie lat 80?
Z publikacji wiem, że podobnie było w innych rejonach Polski. Czyżby premier był źle poinformowany, a może… zbliżają się wybory?
Ryszard Skalski, Pruszcz Gdański


Przepraszamy
Do felietonu Krystyny Kofty z poprzedniego numeru „Przeglądu” wkradł się błąd. Wybitny matematyk, prof. Banach, miał na imię oczywiście Stefan, a nie Andrzej. Przepraszamy.

Wydanie: 34/2001

Kategorie: Od czytelników

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy