Literacki alfabet Włodzimierza Odojewskiego

Literacki alfabet Włodzimierza Odojewskiego

Włodzimierz Odojewski od początków swego zawodowego życia działał w sferze kultury słowa. Zaczynał jako nastolatek w „Kurierze Szczecińskim”, później prowadził dział kultury w poznańskim „Tygodniku Zachodnim”. Dwukrotnie też pełnił kierownicze funkcje radiowe, w latach 60. w Polskim Radiu był kierownikiem Studia Współczesnego Teatru Polskiego Radia, a w latach 70., 80. i 90. był kierownikiem literackim w Radiu Wolna Europa. Z tych licznych doświadczeń pochodzą jego kontakty i znajomości literackie.

JAROSŁAW ABRAMOW-NEWERLY
Znałem świetnie jego ojca, Igora Newerlego, któremu wiele zawdzięczałem jako pisarz. Często przychodziłem do ich domu, bo Newerly zapraszał mnie do siebie na ul. Kraszewskiego. Rozmawialiśmy przy kawie, ale kątem oka obserwowałem, jak po korytarzu przesuwał się chłopiec, moim zdaniem najwyżej gimnazjalista. Tak przynajmniej wtedy oceniałem Jarka, sam przedwcześnie dojrzały dzięki członkostwu w Związku Literatów Polskich. Po latach poznałem go lepiej, a nawet w radiu zajmowaliśmy ten sam pokój. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo i ta przyjaźń trwa do dziś. Jarek w najtrudniejszych dla mnie okresach podtrzymywał mnie na duchu. Gdy miałem w połowie lat 60. „zapis” i przestano mnie drukować, SB przechwyciła bowiem list do tłumaczki i wzywało na rozmowy, relacjonowałem je natychmiast Jarkowi, mówiłem, o co mnie pytano, a on to przekazywał ojcu. Niedawno w jednym z wywiadów po raz pierwszy podałem nazwisko esbeka, który mnie przesłuchiwał, ale nigdy krzywdy żadnej nie zrobił. Nazywał się Krzysztof Majchrowski. Wówczas był kapitanem, teraz już generałem.

JERZY ANDRZEJEWSKI
Jako przewodniczący Koła Młodych ZLP bywałem w Domu Pracy Twórczej w Oborach. Andrzejewskiego znałem jeszcze z czasów pobytu w Szczecinie, ale w Oborach pisarz poprosił mnie do siebie do pokoju. Byłem trochę spięty, bo wydawało mi się, że przekręcił klucz w zamku, a opinia o nim potęgowała ten niepokój. On jednak tylko czytał mi rozdział swojej nowej ważnej powieści „Bramy raju”. Fragment był długi, a ja wciąż byłem przekonany, że na czytaniu się nie skończy. Kiedy poprosił o opinię, powiedziałem, że muszę to przemyśleć, i wyszedłem. Okazało się, że drzwi wcale nie były zamknięte. Dopiero na drugi dzień, kiedy usiedliśmy w kawiarni, powiedziałem, co sądzę o przeczytanym fragmencie. Pisarz słuchał mnie bardzo uważnie i był nawet zadowolony z tego, że radziłem mu, aby dokonał pewnych zmian i poprawek warsztatowych.

HENRYK BARDIJEWSKI
Poznałem go w Polskim Radiu, a był to czas, kiedy pozwolono mi na zorganizowanie grupy złożonej z literatów wywodzących się z czasopisma „Współczesność”, m.in. Grochowiaka, Krzysztonia, Mrożka. Wprawdzie nie pisali oni dotąd słuchowisk, ale teraz stworzono im taką możliwość. Do tej pory radio nadawało niemal wyłącznie adaptacje dzieł prozy polskiej i światowej, oryginalne słuchowisko radiowe zaś było może jedno, jeszcze przedwojenne Szaniawskiego. Dzięki radiu pisarze otrzymali, poza honorariami, możliwość debiutu scenicznego. Słuchowiska Mrożka stawały się z czasem sztukami teatralnymi. Powstało nowe zjawisko nazwane szkołą polskiego słuchowiska, a wiele z naszych audycji było sprzedawanych za granicę. W tej paczce był również Henryk Bardijewski, który przejął po mnie kierownictwo Studia Współczesnego Polskiego Radia, gdy ja się naraziłem władzom. Właściwie miał po mnie to studio przejąć Jerzy Krzysztoń, ale się rozchorował i właśnie Bardijewski prowadził przez kilka lat ze sporymi sukcesami.

JERZY BROSZKIEWICZ
Też pisał słuchowiska.

ERNEST BRYLL
W tym czasie był przede wszystkim poetą, ale także zaczął współpracę z radiem od oryginalnego słuchowiska. Wszyscyśmy się tego uczyli, czytając gotowe już adaptacje. Kiedy zorganizowałem swój dział, spowodowałem, że ze Studia Współczesnego Teatru Polskiego Radia wyłączono dział adaptacji, którymi dotąd rządziła pani Komorowska. Ale myśmy pisali swoje pierwsze utwory właśnie na podstawie tamtych doświadczeń. Moje pierwsze słuchowisko radiowe „Coraz dalej, dalej” opisywało wspomnienia okupacyjne, które w oczach bohaterów raz przybliżały się, raz oddalały. Zbigniew Kopalko wspaniale to wyreżyserował, podłączył uwielbianą przez mnie muzykę Bacha i trwało to godzinę. Dzisiaj pewnie uznano by je za zbyt długie i nudne, ale wtedy tak się pisało. Mam na koncie ponad 20 słuchowisk. Inni autorzy pisali jeszcze więcej. Była to forma tak popularna, że zyskała międzynarodową renomę. W tym czasie w Niemczech wydano dwie antologie złożone wyłącznie z polskich słuchowisk radiowych. Jednym z bardziej płodnych autorów był Noe Wertsheiser, znany szeroko w Polsce i za granicą pod pseudonimem Michał Tonecki. Był to lekarz, który zerwał ze swym wyuczonym zawodem i po wykonaniu iluś adaptacji stał się wziętym autorem oryginalnych słuchowisk radiowych, uchodził nawet za klasyka europejskiego słuchowiska, otrzymywał nagrody w kraju i za granicą, a niektóre z nich zaadaptowano na scenariusze filmowe.

WOJCIECH BĄK
Mieszkanie znakomitego poety zajmowało II piętro poznańskiej willi Związku Literatów Polskich, która dziś oddana jest pierwotnemu właścicielowi. Dramat Bąka zaczął się wówczas, gdy do władz dotarła wiadomość, że pragnie on wyjechać do Włoch, otrzymał bowiem zaproszenie z Watykanu. Reakcją na to było znęcanie się nad pisarzem w Urzędzie Bezpieczeństwa, nawet bicie pałką po głowie, zwłaszcza w miejsce, w którym była stara, źle zagojona okupacyjna rana. Zwykle kończyło się to utratą przytomności. Egon Naganowski, który wtedy był prezesem związku, alarmował Iwaszkiewicza, który mógł jakoś uratować Bąka od śmierci. Przy pomocy Putramenta, który miał dobre dojścia do Wydziału Kultury KC PZPR, udało się przekonać UB, że poeta jest chory psychicznie, a planowany wyjazd do Włoch to przejaw absolutnej nieodpowiedzialności. Bąka na kilka miesięcy umieszczono w szpitalu dla wariatów w Kościanie, co zresztą później niesłusznie wykorzystano do ataków na Putramenta i Iwaszkiewicza. Kiedy po ponad pół roku opuścił szpital z trzypokojowego mieszkania w willi został mu jeden. Resztę zajął Bogusław Kogut, partyjny pisarz i poseł na Sejm. Ale poeta jakoś dalej funkcjonował. Chętnie przychodził na nasze zebrania młodych, słuchał, jak czytano wiersze, udzielał przyjacielskich rad, korygował, podpowiadał, o czym należy pamiętać, a co nie jest istotne w poezji. Zapamiętałem dosyć humorystyczne ostatnie spotkanie z nim, kiedy siedział na ławce w chłodny, ale słoneczny dzień, na skwerze za operą w Poznaniu. Szedłem z kolegami, ukłoniliśmy się i spytaliśmy, czy nie zmarzł. A on na to: – Ależ nie, wygrzewam się na „ludowym” słoneczku.

JÓZEF CZAPSKI
Zaprzyjaźniliśmy się niemal od razu, kiedy w początku lat 60. zostałem wysłany przez prezesa Sokorskiego po raz pierwszy za granicę, miałem bowiem już wówczas kilka wydań w obcych językach i właśnie miała się ukazać moja książka „Wyspa ocalenia” po francusku. Podczas pierwszego pobytu na Zachodzie bałem się jeszcze jechać z wizytą do Maisons-Laffitte, mówiono mi, że od czasu do czasu, ktoś tam robi fotografie, nie chciałem, aby już przy pierwszym wyjeździe mnie to spotkało. Przy późniejszych wyjazdach już sobie z tego wiele nie robiłem. Ale przyjechał do mnie Zygmunt Hertz i umówił się, a następnego dnia do hotelu przyjechał też Czapski. Było to fajne dziwadło i od razu sobie przypadliśmy do serca, ze względu na zainteresowania, Katyń, sprawy rosyjskie. Później spotykaliśmy się w kawiarni w pobliżu Maisons-Laffitte. Rozmowy były długie. Kiedy ja sam znalazłem się na emigracji, napisałem opowiadanie, którego bohaterem był chudy malarz. Posłałem to z Monachium Czapskiemu do korekty, bo chciałem, aby realia pobytu w obozie były opisane jak najbardziej wiernie. Czapski odesłał, zrobił poprawki i dopisał uwagę: „W tym czasie nie byłem aż tak pobożny jak u ciebie, nie było wieczornego odmawiania różańca”.

KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI
Z Gałczyńskim spotykałem się jeszcze w Szczecinie, tak jak z Andrzejewskim. Uwielbiałem jego wiersze, wiele z nich znałem na pamięć. W domu u Gałczyńskich nigdy jednak nie byłem. Widywaliśmy się w szczecińskim Klubie 13 Muz. Działałem w sekcji młodych Związku Literatów. Mówiliśmy sobie nawet na „ty”, ale to było niezobowiązujące. Później spotkaliśmy się w początku lat 50. w Poznaniu, gdzie sprawowałem funkcję sekretarza oddziału ZLP. Otrzymałem zadanie, by pilnować Gałczyńskiego, który przyjechał wraz z żoną Natalią, aby odbyć kilka spotkań autorskich. Nawet mi się to udawało, pisarz był trzeźwy, aż wreszcie zażyczył sobie, aby pójść do fryzjera w celu ostrzyżenia i ogolenia. Poszliśmy oczywiście razem. Gałczyński siedział zakryty po szyję białym prześcieradłem, a ja siedziałem wśród gości w kolejce, pilnie go obserwując. W pewnym momencie poeta podniósł się z fotela i pomagając mu się ubierać, zauważyłem, że jest zupełnie zalany. Przyszła małżonka Gałczyńskiego i powiedziała z wyrzutem: – A tak liczyłam na pana, panie Włodzimierzu, i teraz taki wstyd. Zacząłem rekonstruować całe wydarzenie. Gałczyński zapewne pod tym prześcieradłem wręczył fryzjerowi pieniądze, pomocnik przyniósł wódkę, ale w jaki sposób nastąpiła konsumpcja? Zapewne również pod tą białą chustą.

ZBIGNIEW HERBERT
Moje pierwsze warszawskie mieszkanie na Nowolipkach, które wyszukał mi pisarz Bogdan Wojdowski, kiedy musiałem uciekać z Poznania, bo z „Tygodnika Zachodniego” zwolniono mnie za poglądy rewizjonistyczne. Wojdowskiego chętnie drukowałem w „Tygodniku”, żył niemal z tego czasopisma, którym kierował w tym czasie Bogusław Kogut. W Warszawie odwdzięczył się znalezieniem mieszkania, które było niedaleko od mieszkania Zbigniewa Herberta. Sprzedałem mieszkanie w Poznaniu, dopłaciłem jeszcze 45 tys. zł z honorarium z nowej książki, i zamieszkałem w stolicy. Herberta jednak poznałem przez Radio. Zaproponowałem mu oczywiście pisanie słuchowisk. Napisał ich trzy albo cztery, były znakomite i potem stały się spektaklami w Teatrze Telewizji. Pisarz, jak tylko mógł, pryskał za granicę, gdy przyjeżdżał, odbierał honoraria, czasami robiła to jego żona, Ewa Dzieduszycka, by potem ukradkiem kupić w Polsce dolary, które potrzebne były po wyjeździe. Odwiedziłem Herbertów w ich malutkim mieszkanku w narożnym domu przy ul. Leszno. Później sporo korespondowaliśmy, ale w Wolnej Europie rzadko publikowałem jego utwory, bo wiedziałem, że nie mogę go narażać na szykany. Komuniści prędzej wybaczali publikację w „Kulturze” paryskiej niż w Radiu Wolna Europa. Jednak gdy Herbert napisał wiersz „Katyń” opublikowany w „Kulturze”, zrobiłem z tego dużą audycję poetycko-muzyczną, o Katyniu i o Herbercie.

GUSTAW HERLING-GRUDZIŃSKI
Najpierw spotykaliśmy się w okolicach paryskiej „Kultury”, a potem w Wolnej Europie, gdzie był częstym gościem. Boleśnie przeżyłem jego rozstanie z Giedroyciem i „Kulturą”. Herling przeniósł się do Włoch, ale choć jeździłem dosyć często do tego kraju, nigdy go nie odwiedziłem. Jakoś nigdy się nie składało. Po jakimś czasie zacząłem na jego rozbrat z Giedroyciem patrzeć inaczej. Herling tyle sił i krwawicy wkładał w pracę w „Kulturze”, że sam prawie nic nie pisał. Znany był już jako autor od „autentyku”, bo opisywał swoje doznania z Rosji. Pisarzem stał się dopiero po odejściu z „Kultury”. Wówczas zaczął tworzyć znakomite, klasyczne opowiadania.

IRENEUSZ IREDYŃSKI
To była ciężka postać. Facet okropnie pijący, upijający się, wywołujący piekielne awantury. Może powód tego tkwił w przeżyciach z dzieciństwa, bo miał okrutnego ojca, zupełnie jak u Kafki. Choć muszę przyznać, że przy mnie tak źle się nie zachowywał. Sądzę, że byłem dla niego autorytetem. Może dlatego, że nie piłem. Próbowano mnie urżnąć, ale miałem dosyć mocną głowę. Trudno mi było potem stanąć na nogi, ale głowa pracowała. Często spotykaliśmy się w restauracji rybnej vis-a-vis Komitetu Centralnego PZPR. Ten lokal dla literatów wynalazł Grochowiak. I tam też Iredyński przy mnie bardzo się pilnował. A kiedy przychodziłem z żoną, to pilnował mojej żony. Raz w Bristolu jakiś uczestnik imienin, znany aktor dramatyczny, zaczął dość nachalnie przystawiać się do mojej żony i wtedy Iredyński złapał go za krawat. – Uduszę, jak się nie odczepisz – powiedział, i poskutkowało. Pisał dla mnie słuchowiska, przychodził po pieniądze do Radia, czasami nawet trochę pożyczał. Ale tylko on i Himilsbach nigdy mnie nie zawiedli. Pożyczali, ale zawsze oddawali. Co do grosza. Bardzo bolałem, kiedy Iredyńskiego i Żebrowskiego zamknęli na rok do więzienia za próbę gwałtu. Myślę, że tę dziewuchę, córkę milicjanta, im podstawiono, a ona rozebrała się i wyskoczyła oknem, krzycząc, że gwałcą. Zapewne oni chętnie by skorzystali z jej wdzięków, ale chyba gwałcić nie chcieli. Wypuszczono ich po pół roku, sprawę umorzono, ale warszawka mówiła, że sprawę sprokurowano, bo za dużo gadali. Słuchowiska Iredyńskiego też weszły na scenę i do innych mediów.

STEFAN KISIELEWSKI
Poznałem go dopiero na emigracji. Zjawiał się w Radiu Wolna Europa. Ze wspomnień Jana Nowaka-Jeziorańskiego dowiedziałem się, że Kisielewski się z nim spotykał. Nie pamiętam już, jak dokładnie nazywaliśmy takich ludzi, którzy przyjeżdżali z kraju w tym czasie. Było to coś jak agent albo wtyka. Ale Stefan Kisielewski nie przejmował się niczym, dostarczał swoje teksty, a spotkania z nim zawsze były bardzo miłe. Jeździliśmy po Bawarii, oglądaliśmy tamtejsze zamki, popijaliśmy piwo. Zwykle zapowiadał jego przyjazd Misio Tyszkiewicz. W kraju tych autorów dla RWE werbował Terlecki, w Berlinie przesyłki odbierali Wirpszowie. Czasem więc po materiały dla radia leciałem do Berlina, czasem do Monachium przyjeżdżał syn Stefana, znany pianista Wacek Kisielewski i przywoził, jak się śmialiśmy, teksty zapakowane w skrzypcach. Były jeszcze inne punkty kontaktowe, w Belgii, w Paryżu. Pamiętam jedną z ostatnich rozmów ze Stefanem Kisielewskim. Zatelefonowałem do niego do Warszawy, a on bardzo zmienionym głosem poinformował mnie, że umarła mu żona. Byłem tak zaskoczony, że nawet nie zdołałem mu wyrazić swego współczucia, zapomniałem też, po co się z nim kontaktowałem. Bardzo niedługo potem zmarł i Stefan Kisielewski. Wiedziałem, że bardzo kochał swoją małżonkę. To był rzeczywiście udany związek, chociaż on nierzadko w rozmowie nazywał ją „krową”, ale to nie było w żadnym stopniu obraźliwe.

ANDRZEJ KUŚNIEWICZ
Poznałem go przez Władysława Lecha Terleckiego, było to chyba w latach 60. Bardzo wysoko ceniłem jego pisarstwo, a dodatkowo interesowało mnie w nim to, że był to człowiek z kresów, ze wschodniej Galicji, z bogatym zasobem różnych doświadczeń, m.in. jako byłego dyplomaty. Pamiętam nasze wspólne spotkanie, wraz z żonami, w ogródku w Komorowie pod Warszawą. Rozmowa była swobodna, przerzucaliśmy się różnymi wiadomościami i wspomnieniami kresowymi, z okresu wojny, wcześniejszymi i późniejszymi, a żony krążyły wokół nas, podawały nam jedzenie, dolewały wina. Nasza ostatnia rozmowa odbyła się w Bawarii, niedługo przed śmiercią sędziwego już pisarza. Zawsze był bardzo otwarty w rozmowie, z ogromnym darem ciekawego opowiadania. Jego gawędy bardzo lubiłem.

ALICJA LISIECKA
Postać bardzo wpływowa, zarówno w latach 50. i 60. w PRL, jak też później na emigracji. Należała do partyjnej elity tego okresu. W słynnej „Nowej Kulturze” założonej i kierowanej przez Stefana Żółkiewskiego była jego prawą ręką. Ale faktycznie to ona rządziła pismem, a Żółkiewski był tylko figurantem. Później już w Wolnej Europie zobaczyłem, że także Jan Nowak-Jeziorański się jej boi z uwagi na liczne afery, bo instruował mnie, aby puszczać na antenę wszystko, co napisze, i pod żadnym pozorem z nią nie dyskutować, bo będzie awantura, a Lisiecka trafi znów do szpitala. Osobiście żadnych problemów z nią nie miałem. Wspierała ją grupa BMW. Pod tym kryptonimem kryły się trzy postacie: Braun, Mandalian i Woroszylski, poeci i pisarze starsi od nas o trzy-pięć lat i głęboko zaangażowani w socrealizm, którzy z tego socrealizmu się później wyleczyli.

JÓZEF MACKIEWICZ
Dzielny człowiek, pisarz bardzo konsekwentny. Najpierw zetknąłem się z jego najważniejszą książką o Katyniu, kiedy ktoś ją przywiózł z Zachodu. Wcześniej też poznałem jego brata Stanisława Cata-Mackiewicza, który wrócił z emigracji do kraju, a ja recenzje teatralne tego brzuchatego autora drukowałem w „Tygodniku Zachodnim”. Znaliśmy się nie tylko towarzysko. Gdy ja znalazłem się w Berlinie, w paryskiej „Kulturze” drukowany miał być rozdział katyński mojej powieści „Zasypie wszystko, zawieje”, której całość przygotowywało francuskie wydawnictwo. Otrzymałem od Giedroycia rozdział do korekty, a ponieważ tam miałem wiele niedostępnych w kraju źródeł, dokonałem pewnych przeróbek, aby realia wyglądały bardziej prawdziwie. Jednak „Kultura” opublikowała wersje bez tych zmian, ze starego maszynopisu. Po jakimś czasie przyszedł przesłany przez Giedroycia list od Mackiewicza, dosyć podenerwowanego zauważonymi nieścisłościami, nie tyle nieuprzejmy, co lekko napastliwy w stylu: pisze facet, który tam nie był, nie zna się, podaje fakty nieprawdziwe. List ten również ukazał się w „Kulturze”, bo Giedroyc lubił takie awantury na łamach, a mnie kazał się do niego ustosunkować, również w celu podniesienia temperatury sporu. Więc wytłumaczyłem, że powieść pisałem w kraju, a dopiero potem dotarłem do dokumentów i poprawiłem, i że nie moja wina, tylko redakcji „Kultury”, natomiast książka, która już jest w drukarni, nie zawiera tych nieścisłości. I dziwię się impetowi pana Mackiewicza w stosunku do autora, który o tych zakazanych sprawach nie pisał w bezpiecznym miejscu, tylko w Warszawie. Tak się wówczas nasza znajomość zakończyła, ale kiedy ja już wylądowałem na dłużej w Monachium, w Wolnej Europie dowiedziałem się, że Mackiewicz wegetujący w Monachium, jest w stanie wojny z Nowakiem. Mackiewiczowie żyli w strasznej biedzie. Coś tam zarabiali, gdy działał Głos Ameryki, ale potem już tylko żona Barbara pisała na maszynie, szydełkowała, malowała talerze i sprzedawała z pomocą przyjaciółek. Nowak patrzył na to i nawet nie drgnął. O jego stosunku do Mackiewicza dowiedziałem się dopiero przypadkiem, gdy w wiadomościach kulturalnych zamierzałem poinformować słuchaczy o nagrodzie, jaką otrzymał od czołowego pisma emigracyjnego, „Wiadomości” londyńskich. Prócz notki o nagrodzie zamierzałem podać biografie wyróżnionych, i to wywołało straszny sprzeciw Nowaka. Siedział czerwony za biurkiem i krzyczał na mnie: – Co sobie pan wyobraża, co pan wypisuje o tym kolaborancie i wstawia go do programu. Wiadomość o nagrodzie dla Mackiewicza jednak się ukazała na antenie, choć w okrojonej formie, co jednak było w Wolnej Europie potraktowane jako wielki przełom i zwycięstwo nad dyrektorem. Minęły lata, w 1975 r. Nowak-Jeziorański odszedł z rozgłośni. Poszedłem do jego następcy Michałowskiego i powiedziałem, że chciałbym wprowadzić do programu prozę Józefa Mackiewicza, nawet w kilku odcinkach, jako reportaż katyński. Nowy dyrektor powiedział tylko: – To Pan kieruje działem. Zadzwoniłem z dużą satysfakcją do Mackiewicza, przedstawiłem się, zaproponowałem publikację, a on zachował się tak, jakby chodziło o zupełnie normalną sprawę, o której codziennie wcześniej rozmawialiśmy. Tak się zaczęła nasza bliższa znajomość i przyjaźń wypełniona wieloma spotkaniami, odwiedzinami, rozmowami. Ale Mackiewicz osobiście nigdy do budynku rozgłośni nie wszedł. Warto też wspomnieć o jego żonie Barbarze Toporskiej, która była bardzo dobrą pisarką. Jej proza jednak jest wciąż nieruszona, a dostępu do niej, jak i do spuścizny po Mackiewiczu, strzeże nieprzejednana spadkobierczyni.

KAZIMIERZ ORŁOŚ
Świetny pisarz, jeden z autorów, którzy przez Terleckiego nadsyłali swoje utwory do Wolnej Europy. Honoraria odbierał syn. Znakomita większość autorów krajowych publikowała w Wolnej Europie pod pseudonimami. Nigdy nie zdradziłem nazwisk ludzi piszących pod pseudonimami, chociaż dyrekcja polska RWE i Amerykanie się tego domagali. Jedynym, który pisał pod własnym nazwiskiem, był właśnie Kazimierz Orłoś, ale zapłacił za to 20-letnim „zapisem” w Polsce.

WŁADYSŁAW LECH TERLECKI
Mój wypróbowany przyjaciel a zarazem wierny współpracownik, który werbował autorów w kraju i pomagał im zarobić w Wolnej Europie. Dla wielu ze 166 pisarzy i publicystów (tylu naliczyłem), których teksty do mnie docierały, honoraria stanowiły w trudnych czasach schyłku PRL sporą pomoc. Nie wszyscy o tym pamiętają, bo może to nie jest dziś dla nich wygodne, ale cała dokumentacja współpracy naszych literatów z rozgłośnią spoczywa teraz u mnie. Nikt jakoś tym archiwum, zawierającym nie tylko rachunki, ale także korespondencję, specjalnie się nie interesuje, a jest tam sporo wiedzy o czasach i ludziach.

JACEK TRZNADEL
Pisarz, tłumacz, eseista i historyk literatury. Autor „Hańby domowej” – cyklu rozmów z pisarzami o epoce stalinowskiej, a także prac o zbrodni katyńskiej. Bardzo często spieraliśmy się na ten temat, kłóciliśmy się. Atakował ostro, a różnice poglądów dotyczyły m.in. Józefa Mackiewicza. Jednak to nigdy nie zaważyło na naszej znajomości, bo w sumie bardzo się lubiliśmy i do dziś lubimy.

WITOLD WIRPSZA, WIRPSZYCA – Maria Kurecka i ich syn Leszek Szaruga
Szaruga przysyłał co tydzień nowe recenzje z kraju i publikował pod pseudonimem Powoski. Zamieszczałem to na antenie nie tylko dla jego zręcznego pióra, ale też dla Wirpszycy – Marii Kureckiej, może mniej dla Witka. Trzeba jednak wspomnieć, że ta para osiadła od początku lat 70. w Berlinie przyjaźniła się ze wszystkimi stypendystami przebywającymi w Niemczech, pomagała im w miarę możliwości i opiekowała się, o czym wypada pamiętać, bo wiele osób z Polski na tym skorzystało.

ADAM ZAGAJEWSKI
Poeta i prozaik, od lat 80. we Francji. Jednak do mnie trafiła jego bardzo piękna i odważna była żona, która uciekła do Anglii i związała się ze znanym socjologiem Timothym Ashem. Zostawiła dla mnie w rozgłośni karteczkę, że pragnie się finansowo uniezależnić od męża i będzie z Londynu przysyłać korespondencje. Zgodziłem się i nie żałowałem. To, co przysyłała, było świetne.

Zanotował Bronisław Tumiłowicz

 

Wydanie: 19/2008

Kategorie: Kultura

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy