Łochów już skazał morderców

Łochów już skazał morderców

Po napadzie w Kredyt Banku mieszkańcy mówią jednym głosem: mordercy zepsuli nam opinię, przez nich tracimy pracę Rodziny chłopców nie chcą rozmawiać. Zamykają drzwi, zasłaniają okna. Sąsiadka na własnym podwórku mówi ściszonym głosem: – Jak się urodzili, znałam każdego, rodzice tego Marka – bardzo porządni. Grzesiek jak wyskoczył na świat, tak go tylko dziadkowie wychowali. Zawodówkę skończył, zarabiał sporo pieniędzy, babcię utrzymywał. Co ich pchnęło do zabójstwa – trudno powiedzieć. No, zabili czworo, muszą ponieść karę. Łochów to niewielkie miasto. W sobotnie popołudnie przypomina opuszczoną dzielnicę domków jednorodzinnych. Wiatr zamiata chodniki, nie widać ani jednego człowieka. Asfaltowa droga biegnie od zrujnowanej stacji kolejowej, omija bazarek, wcina się w zapuszczony park, by w końcu zawijasami okrążyć okoliczne pola i dotrzeć do pobliskiego lasu. Tu stoi rząd drewnianych zagród. Dachy domostw pochylają się nisko nad ziemią. To stary Łochów, gdzie na jednej uliczce mieszkali Grzesiek i Marek, a tylko paręset metrów dalej trzeci – Krzysiek. Znali się od „takiego”, bo tu każdy sąsiadem każdego i nie sposób inaczej. Wszędzie blisko, do sklepu i do kościoła. Do pobliskiego zagajnika też można wyskoczyć – wziąć z sobą pistolet i postrzelać do drzew. Nie do ludzi, do drzew. Na wsi wieczorem cicho, niesie strzały po lesie. Sąsiedzi słyszeli. A dlaczego ta strzelanina, po co komu potrzebna? – rozkładają ręce. Pach, pach Spotkali się w piątek. Pojechali do nocnego sklepu, kupili wędlinę, chleb i trzy butelki wódki. Potem w domu jednego z nich siedzieli do późna. Mało rozmawiali o tym, co ma nastąpić jutro, bo plan obmyślili znacznie wcześniej. Teraz ich sądzą, a oni na sali rozpraw mówią, że pojechali tylko po pieniądze. Pistolety miały jedynie straszyć. Zabili. 3 marca 2001 r., w sobotę, przed godziną 9 rano. Zatrzymali samochód nieopodal ulicy Żelaznej w Warszawie. Marek został na czatach, Grzesiek z Krzyśkiem stanęli przed drzwiami oddziału Kredyt Banku. Po drugiej stronie szyby pojawił się ochroniarz – 50-letni pan Stanisław. Za chwilę, za kilkanaście minut, zginie. Teraz ich sądzą. Krzysiek odpowiada na pytanie sędziny: – Nie, Grzesiek nie miał wstrętu do broni, chciał „przestrzelać” pistolet i ja to uważam za normalne zachowanie. Jak ktoś był w wojsku, to wie. Krzysiek jest najstarszy, ma 27 lat, Grzesiek 24, Marek 23. Co się jeszcze wie w tym wieku? Wie się, że świadków należy się pozbyć. Pan Stanisław miał mieć tego dnia wolne, lecz pojawił się w pracy. Kolega zapytał, czy by go nie mógł zastąpić, bo wybrałby się na przysięgę. Trzeba być człowiekiem. Kto był jego zmiennikiem? Krzysiek. Pracował jako ochroniarz w tym banku od trzech lat. Przez ten czas można poznać drugiego, polubić – i pan Stanisław się zgodził. Kiedy po 8 rano pojawili się we dwójkę z Grześkiem przed drzwiami banku, Krzysiek wyjaśnił, że przyjechali po ubranie. Zeszli więc na dół, Grzesiek miał w kieszeni pistolet z tłumikiem. Nie tak łatwo oddać głosem wystrzał z pistoletu. Podczas wizji lokalnej Grzesiek mówił: – To było takie „pach” – w plecy, z bliskiej odległości „pach”. Zabił. Później ciało ciągnęli po posadzce i wrzucili do studzienki. Głowa i ręka nie chciały się zmieścić, więc upchnął „to” kolanem. Następnie wzięli się za zmywanie podłogi. Było trochę krwi. W czasie procesu zmienili zeznania. Twierdzą, że pan Stanisław był z nimi w zmowie. Miał być tylko poturbowany, ale tak na niby, aby wszystko wyglądało wiarygodnie. Dlaczego zginął? Ponoć pokłócili się, gdy okazało się, że być może w sejfie nie ma pieniędzy. Były, ale aby się o tym przekonać, należało poczekać na kasjerki. Czekali już w trójkę, bo dołączył do nich Marek. Plus i minus Żeby porozmawiać z kimś na tej uliczce, trzeba wejść na podwórze, zastukać w drzwi. I ludzie mówią, jednak nikt nie chce podać swojego imienia. Dlaczego? Starszy mężczyzna o siwiutkich włosach dziabie siekiera szczapy do pieca. – Ja panu te gadke mówię, jakby był moim kolegą, czy sąsiadem – szepcze. – Człowiek musi być plus i minus, tak jak w akumulatorze, na wszystko przygotowany; musi to byli ludzie nie do tej roboty. Liczyli, że pójdą, zabiją, pieniądze wytańczą. Mnie, jak kurę

Ten artykuł przeczytasz do końca tylko z aktywną subskrypcją cyfrową.
Aby uzyskać dostęp, należy zakupić jeden z dostępnych pakietów:
Dostęp na 1 miesiąc do archiwum Przeglądu lub Dostęp na 12 miesięcy do archiwum Przeglądu
Porównaj dostępne pakiety
Wydanie: 11/2002, 2002

Kategorie: Kraj