Notes

Notes

Ludzie w MSZ wciąż się zastanawiają, co to przyszło Włodzimierzowi Cimoszewiczowi do głowy, że namawia Andrzeja Olechowskiego, by został ambasadorem w USA. Czy to taka moda, że lewica wygrała, ale na stanowiska powołuje ludzi prawicy? Czy już zupełna kapitulacja? Parę osób było zdziwionych, ale szybko im wytłumaczono, że dziwi się ten, kto nie wie.
Historia obsadzania stanowiska ambasadora w Waszyngtonie trwa już parę lat. Najpierw mówiono, że ambasadorem będzie Marek Siwiec. Przez parę lat był stuprocentowym pewniakiem, w zasadzie trzymano tę posadę dla niego. Ale Siwiec ostatecznie wybrał Parlament Europejski. No i pewnie czujnie się zachował, bo patrząc na sondaże, trudno przypuszczać, by po przyszłorocznych wyborach premierem mógł być polityk Siwcowi przyjazny. Ba! Można niemal w ciemno zakładać, że będzie to polityk mu wrogi. Czyli taki, który bardzo szybko z placówki by go odwołał. Po co więc prezydenckiemu ministrowi takie upokorzenia?
Zdaniem lepiej wiedzących, w tej sytuacji zaczęto szukać kandydata, który byłby do zaakceptowania również przez przyszłych rządzących. Zaczęto ostrożnie – od Sławomira Cytryckiego, szefa Kancelarii Premiera. Ale ten grzecznie odmówił, po części z powodów podobnych co Siwiec, po części dlatego, że czekają na niego lepiej płatne posady.
Posadę ambasadora zaproponowano też Jerzemu Koźmińskiemu, byłemu ambasadorowi w USA, który wprowadzał nas do NATO. Koźmiński to wielki numer kapelusza, mający poparcie Balcerowicza i Geremka, i znakomite kontakty w USA. Byłby to więc ambasador na wiele lat, żaden rząd by go nie ruszył, choćby z obawy przed kompromitacją. Ale Koźmiński grzecznie odmówił i polecił Cimoszewiczowi Andrzeja Olechowskiego, u którego, nawiasem mówiąc, był wiceministrem. A ten – pomysł kupił.
Dlaczego? Czyżby nagle zakochał się w założycielu Platformy Obywatelskiej? Pewnie nie, zresztą Cimoszewicz nie jeden raz lekceważąco odnosił się do rozmaitych bufonad Olechowskiego, jego wolt partyjnych czy opowieści o polityce i politykach. Tu raczej chodzi o coś innego.
W MSZ opowiada się więc o dwóch powodach. Pierwszy to wrzucenie szczura Rokicie. Olechowski w Ameryce będzie mógł skutecznie lobbować na rzecz na przykład Jana Krzysztofa Bieleckiego jako premiera. I dla tej grupy tworzyć klimat. Poza tym trudno przypuszczać, by jakikolwiek nowy premier odważył się go odwołać. Będzie to więc ambasador na lata.
Drugi powód jest podobny do pierwszego: od wielu miesięcy na stanowisko ambasadora w Waszyngtonie ostrzy sobie zęby Radek Sikorski, były wiceminister obrony, niedoszły ambasador w Brukseli. Bardzo za jego kandydaturą stają politycy prawicy, w Nowym Jorku lobbuje na jego rzecz konsul Agnieszka Magdziak-Miszewska.
Gdy do Waszyngtonu pojedzie Olechowski, nie pojedzie Sikorski.
Bardzo więc jest ciekawe, jak cała rzecz dalej się rozegra. Zwłaszcza jakich argumentów użyje Sikorski, by Olechowskiego przyblokować.
A mówią, że komuna straciła umiejętność kreatywnej gry…

Wydanie: 38/2004

Kategorie: Kraj
Tagi: Attaché

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy