„Żołnierze wyklęci” i ich pan

„Żołnierze wyklęci” i ich pan

Antoni Macierewicz buduje nowe wojsko

Na naszych oczach minister Antoni Macierewicz likwiduje dotychczasowe wojsko i tworzy nowe. Zmiana jest radykalna i dotyczy w zasadzie wszystkiego – ludzi, kadry dowódczej, doktryny wojennej, pamięci, uzbrojenia, umundurowania. To ma być inna armia, w co innego ma wierzyć, innym wartościom być wierna. Co było dotąd, jest negowane. I nie chodzi o czasy Polski Ludowej, bo te do końca już wymazał poprzednik Macierewicza Tomasz Siemoniak, ale o III RP.
Symbolem nowej armii jest udział kompanii honorowej w miesięcznicach katastrofy smoleńskiej czy zaangażowanie wojska w świętowanie dnia „żołnierzy wyklętych”, którzy błyskawicznie awansowali na patronów regularnej armii. Żołnierze zamiast ćwiczyć na poligonach strzelanie, ćwiczą na apelach „Prezentuj broń!”.

Rakiet nie będzie

Porozmawiajmy więc o broni. W ostatnich miesiącach rządów Platformy Obywatelskiej mogliśmy obserwować w polskiej armii wielkie inwestycyjne wzmożenie. Wiązało się to z przyjętym programem unowocześnienia polskich sił zbrojnych, na który przeznaczono ok. 80 mld zł. Te pieniądze rozpalały wyobraźnię. Wojsko miało za nie zostać wyposażone w 50 śmigłowców wielozadaniowych, system obrony antyrakietowej średniego zasięgu, trzy okręty podwodne, drony i transportery opancerzone.
Ostatecznie wiosną 2015 r. rozstrzygnięto przetargi na tarczę antyrakietową i na śmigłowce. Tę pierwszą za 16 mld zł miała zbudować amerykańska firma Raytheon, w przypadku tych drugich niespodziewanymi zwycięzcami okazali się Francuzi z Airbus Helicopters i ich produkt – śmigłowiec Caracal.
Nie wyglądało to dobrze – trudno było oprzeć się wrażeniu, że przetargi robiono chybcikiem, na zasadzie last minute, zwycięskie oferty też nie przekonywały. Wielkie emocje budził zwłaszcza przetarg na śmigłowce – oprotestowali go związkowcy z zakładów w Mielcu (produkowany jest tam amerykański śmigłowiec Black Hawk) i Świdniku (włosko-brytyjski AgustaWestland). Zaraz po wyborach, po zaprzysiężeniu rządu, Antoni Macierewicz zapowiedział, że te kontrakty zostaną jeszcze raz przejrzane i – być może – Polska z nich się wycofa.
Tak zresztą mówił jeszcze na przełomie roku. Że jeśli chodzi o kontrakt z Raytheonem, to niewiele z pierwszych ustaleń w nim się zgadza – bo jest droższy, niż zakładano, i na gorszych warunkach. W sprawie caracali nie ukrywał, że Polska będzie chciała się wycofać z umowy, jako powód podając brak umowy offsetowej.
Minęły kolejne miesiące i mamy następującą sytuację: minister dokonał czystki w MON, której ofiarą padł m.in. gen. Włodzimierz Nowak, dyrektor Departamentu Polityki Zbrojeniowej, odwołany ze stanowiska w grudniu 2015 r.
Macierewicz nie ograniczył się do dymisji – stwierdził mianowicie, że przejął polskie wojsko w bardzo złym stanie. A z jakiego powodu? Otóż „było w złym stanie nie ze względu na ludzi, tylko ze względu na przenikającą wszystko korupcję, która zaczynała się od polityków, a demoralizowała także wojsko”. Poza tym „w latach 2010-2015 na dozbrojenie, na skok technologiczny wydano 50 mld zł, ale skoku nie było”.
Dymisje w komórkach zajmujących się planowaniem zakupów uzbrojenia de facto zatrzymały ich działanie. Po czterech miesiącach kierowania MON Macierewicz potrafił jedynie wstrzymać wynegocjowane kontrakty – wykonać kolejnych kroków już nie umiał. Wszystko stoi w miejscu. „Będziemy z Francuzami rozmawiać, aby jak najmniej boleśnie wycofać się z tego kontraktu i rozpisać nowy przetarg” – to słowa ministra, które padły podczas jego styczniowej wizyty w Lublinie, ale nic za tym nie poszło.
Czy zatem możemy się spodziewać nowego przetargu, który potrwa kolejne miesiące, a do tego sądowych potyczek z Francuzami? Niekoniecznie, według najnowszej wersji minister wymyślił, że zadowoli wszystkich oferentów i od każdego kupi kilkanaście śmigłowców – od Francuzów, od Amerykanów i od Włochów. To nic, że takie dzielenie jest bez sensu, bo nikt nie będzie otwierał linii produkcyjnej dla kilku sztuk.
Trudno więc się dziwić, że w takiej atmosferze nikt już nie ma głowy do rozmów o przetargu na trzy okręty podwodne czy drony. Wojsko zatem czeka na decyzje. Jest to o tyle istotne, że na współczesnym polu walki technika ma dominujące znaczenie. Armia może być niewielka, ale jeśli dysponuje zaawansowaną techniką, może się okazać niezwykle niebezpiecznym przeciwnikiem. Tymczasem polska armia zaczyna być od nowoczesnych rozwiązań odcinana. A to oznacza, że staje się wojskiem nie do walki, lecz do defilowania. Ale może o to chodzi?

Nowa armia

O ile sprawy uzbrojenia zostały zatrzymane, o tyle zmiany kadrowe ruszyły pełną parą. Razem z Antonim Macierewiczem przyszli do Ministerstwa Obrony Narodowej jego ludzie, obsadzając kluczowe stanowiska.
Sekretarzem stanu został Bartosz Kownacki, adwokat rodzin smoleńskich. Szefem kontrwywiadu – Piotr Bączek, znany z komisji weryfikacyjnej Wojskowych Służb Informacyjnych. Rzecznikiem MON i szefem gabinetu politycznego ministra jest Bartłomiej Misiewicz, wcześniej pracujący w aptece w Łomiankach, a dyrektorem Centralnego Archiwum Wojskowego – Sławomir Cenckiewicz.
Jedną z pierwszych decyzji Antoniego Macierewicza było powołanie komisji mającej badać przyczyny katastrofy prezydenckiego TU-154 w Smoleńsku. Weszli do niej eksperci z parlamentarnego zespołu Macierewicza. I chyba nie będą mieli trudnej pracy, bo minister już orzekł, że samolot rozpadł się kilkanaście metrów nad ziemią, że to nie ulega wątpliwości.
Antoni Macierewicz obsadził nie tylko kierownictwo MON, ale również zbrojeniówkę. Nowym prezesem Polskiej Grupy Zbrojeniowej został Arkadiusz Siwko. W latach 1991-1992 był szefem gabinetu politycznego Macierewicza w MSW, ale w sektorze zbrojeniowym to absolutny nowicjusz. Jego zastępcą jest Maciej Lew-Mirski, który wcześniej pracował w komisji weryfikacyjnej WSI, był też funkcjonariuszem Służby Kontrwywiadu Wojskowego. Trzecim członkiem zarządu PGZ został Radosław Obolewski, lider klubu „Gazety Polskiej” w podwarszawskich Łomiankach, znany z działalności aptekarskiej. Bez żadnego doświadczenia w przemyśle zbrojeniowym.
Dyletanci tryskają optymizmem – Maciej Lew-Mirski już zapowiedział buńczucznie, że PGZ „będzie brała udział w największych postępowaniach dotyczących modernizacji światowych armii”. Trudno wierzyć, że tak będzie, skoro w ubiegłym roku PGZ nic za granicą nie sprzedała.
Minister dokonał zmian w MON, zapowiedział poza tym, że ludzie, którzy do wojska przyszli przed 1989 r., nie mają co liczyć na karierę w nim. Co to oznacza? Że dni tych, którzy wstąpili do szkół oficerskich w latach 80., są w zasadzie policzone. A mowa o dzisiejszych 50-latkach, czyli oficerach w najlepszym wieku do dowodzenia.
Zapowiedź tej czystki zrobiła swoje – w marcu głośno było o pięciu generałach z Dowództwa Generalnego Rodzajów Sił Zbrojnych, którzy zdecydowali się odejść. Razem z nimi rezygnację złożyło kilku pułkowników.
Te dymisje nie zmartwiły ministra. To on przygotował nowelizację ustawy o służbie żołnierzy zawodowych, którą przyjął Sejm. Ustawa zmienia dotychczasową ścieżkę awansu – do tej pory stanowisko w wojsku było związane ze stopniem, teraz można zajmować stanowisko wyższe o dwa szczeble. W praktyce oznacza to, że w armii Macierewicza dowódcą brygady będzie mógł zostać major. Ustawa jest więc zapowiedzią nowej polityki kadrowej ministra, nowych dymisji i awansów. I postępującej deprofesjonalizacji.
W warunkach pokoju awans w wojsku następuje w sposób uporządkowany. Oficer przechodzi przez stopnie kariery i na każdym jest weryfikowany. Teraz, gdy możliwy staje się skok o dwa szczeble w górę, polskim wojskiem będą mogli kierować oficerowie nieprzygotowani, niesprawdzeni. A co będzie kryterium ich awansu? Stosunek do katastrofy w Smoleńsku? Wierność partii rządzącej?
Minister pamięta zresztą, że trzeba mieć swoje kadry i je wykształcić. Tak należy rozumieć jego kolejną inicjatywę – powołanie Akademii Sztuki Wojennej. Tym trzeba też tłumaczyć pogardę dla tych, którzy służyli wcześniej. Bo jak inaczej wyjaśnić zerwanie współpracy z Klubem Generałów i Związkiem Żołnierzy WP oraz pierwsze przymiarki do ustawy emerytalnej? Na razie nie zakładają one redukcji emerytur wojskowych (pobiera je ok. 160 tys. osób), ale już mówi się o zmianie przelicznika emerytur (z 2,6 na 0,7) tych, którzy byli w pionach związanych z rozpoznaniem, informacją, WSW (ok. 40 tys.). Pytanie tylko, kiedy projekty takich ustaw trafią do Sejmu.

Paramilitarni (za 500 zł)

Jeżeli Macierewicz zamierza tak brutalnie potraktować obecną kadrę, na kim planuje się oprzeć? Furorę w ostatnich tygodniach zrobiła ministerialna koncepcja powołania do życia czwartego rodzaju sił zbrojnych, czyli Obrony Terytorialnej Kraju. Przedstawił ją w Sejmie na początku marca Grzegorz Kwaśniak, pełnomocnik ministra obrony ds. OTK. Wiemy więc już, co to będą za siły, ilu żołnierzy mają liczyć i jakie zadania wypełniać.
„Celem Obrony Terytorialnej powinno być wzmocnienie patriotycznych i chrześcijańskich fundamentów naszego systemu obronnego oraz sił zbrojnych, tak aby patriotyzm oraz wiara polskich żołnierzy były najlepszym gwarantem naszego bezpieczeństwa”, głosił Kwaśniak, a posłowie przecierali oczy ze zdumienia.
Siły OTK mają zatem przypominać amerykańską Gwardię Narodową – tworzyliby je ochotnicy, którzy ćwiczyliby jeden weekend w miesiącu plus tydzień rocznie. W całym kraju byłoby ich ok. 35 tys. Jedna brygada na województwo (w mazowieckim – dwie), w każdym powiecie – kompania. Kwaśniak tak opisywał to w Sejmie: będzie 17 dowództw brygad w miastach wojewódzkich (w stolicy będą dwa dowództwa) i dodatkowo jeden batalion obrony terytorialnej w każdym mieście wojewódzkim. Docelowo będą 364 kompanie obrony terytorialnej, pogrupowane w wymiarze regionalnym w bataliony. Oczywiście na czele takiego batalionu będzie stało dowództwo. W sumie da to 86 takich dowództw.
Do OTK przyjmowano by ochotników – za udział w ćwiczeniach i gotowość bojową otrzymywaliby ok. 500 zł miesięcznie. MON nie ukrywa, że rekrutowaliby się przede wszystkim z organizacji paramilitarnych. Grzegorz Kwaśniak mówi o tym otwarcie: „Jeżeli pododdziały, czyli drużyny lub plutony, będą chciały wstępować w całości w skład naszych plutonów OTK czy kompanii OTK, to przewidujemy tu – oczywiście – pewien system certyfikacji, sprawdzenia poziomu wiedzy i poziomu umiejętności. Jeżeli tylko zostanie to spełnione, to na pewno nie będzie tutaj problemów. Znam wiele organizacji proobronnych. Wiem, że jest tam młodzież naprawdę dobrze wyszkolona i umotywowana. Tak więc w większości przypadków będzie to tylko formalność”.
Co to wszystko oznacza? Teoretycznie minister Macierewicz mówi o siłach, które w momencie ewentualnej agresji podjęłyby walkę z żołnierzami najeźdźcy. W każdym powiecie. A w praktyce?

„Żołnierze wyklęci” 2.0

Wojskowi nie mają wątpliwości – takie siły nie stanowiłyby wyzwania dla zawodowych jednostek. „To tak, jakby postawić na boisku zawodowych piłkarzy naprzeciw tych, którzy trenują dwa razy w miesiącu”, ocenia jeden z wyższych oficerów, chętnie powtarzający, że Macierewicz tworzy oddziały „powiatowych komandosów”.
W ten sposób Polska zafundowałaby sobie bardzo kosztowną i bardzo mało skuteczną strukturę, zasysającą środki MON przeznaczone na szkolenie jednostek liniowych i uzbrojenie (co ciekawe, resort nie wie, ile to będzie kosztowało).
Ale to punkt widzenia wojskowych, politycy zaś patrzą pod zupełnie innym kątem. Po pierwsze, w ten sposób Macierewicz wziąłby w karby rozmaite organizacje paramilitarne, które zyskałyby patrona. Jest ich w Polsce coraz więcej, grupują z reguły młodzież o prawicowych poglądach, która będzie mogła dostać broń i mundury. I przydział bojowy.
W ten sposób PiS zbudowałoby partyjną milicję, mającą własną strukturę, dowództwa, lokale, płacącą co miesiąc 500 zł swoim członkom. Taka struktura w warunkach wojny zbyt przydatna nie będzie, w przypadku klęsk żywiołowych również, ale nadaje się do walki z opozycją, do rozpędzania antyrządowych manifestacji itd. Doradca prezydenta powiedział przecież, że KOD to ukryta opcja moskiewska. A jeżeli tak – co złego jest w rozpędzeniu demonstracji zorganizowanej przez tę opcję?
Zwłaszcza że – jak zdradził Grzegorz Kwaśniak – znaczną część szkolenia żołnierzy obrony terytorialnej stanowiłyby pogadanki patriotyczne wzmacniające ich morale. W tych pogadankach MON będzie się odwoływało bezpośrednio do mitu „żołnierzy wyklętych”. Poszczególne kompanie i bataliony brałyby „wyklętych” za swoich patronów, nawiązywałyby do ich walki.
Kwaśniak nie wyjaśnił, jak to będzie odbierane np. na wschodzie kraju, gdzie pamięć o mordowaniu ludności cywilnej przez bandę „Burego” jest wciąż żywa i bolesna… Ale, zdaje się, niewiele go to obchodziło. Bardziej zafascynowany był 35-tysięczną armią, uzbrojoną i oddaną partii rządzącej.
Mit „żołnierzy wyklętych”, odpowiednio lukrowany, ma więc być mitem założycielskim wojska Antoniego Macierewicza. Że to dla nowego kierownictwa MON bardzo ważne, świadczy chociażby inna decyzja – wojskowe izby pamięci narodowej mieszczące się przy jednostkach mają zostać zlustrowane i przejrzane pod kątem nowej wiary.
Nie, nie po to, żeby wyłapać jakieś ukłony w stronę Polski Ludowej czy dowódców z tamtego okresu. To już sprawdzono i usunięto za ministra Siemoniaka. Teraz chodzi o to, żeby wyrzucić rzeczy nieprawomyślne z czasów III RP. Żeby zmienić wszystko.

Foto: Krzysztof Żuczkowski

Wydanie: 13/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. leon
    leon 30 marca, 2016, 22:17

    dali małpie brzytwę !!!!

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy