Lokatorzy na froncie

Lokatorzy na froncie

Mogłoby się udać, gdyby eksmisja odbywała się w październiku, bo w listopadzie rozpoczyna się okres ochronny. Dzisiaj Ewa mieszka 50 km od Warszawy, w niewielkim domku w Wildze.
W 2003 r. zaczyna się złota era reprywatyzacji. Handel roszczeniami kwitnie. Kamienice przechodzą w ręce osób, które z właścicielami i ich spadkobiercami nie mają nic wspólnego. Lokatorzy dowiadują się, że dotychczasowe umowy są bezwartościowe. Nie liczy się, ile kto włożył w mieszkanie. Rok później czynsze w prywatnych kamienicach zostają uwolnione.

Mieszkanie Wandy ma 30 m kw. Po uwolnieniu cen nowy właściciel podnosi czynsz do 850 zł. – Wtedy wpadłam w długi. To była dla mnie duża kwota – wspomina. Eksmisja oznaczała, że trafi do mieszkania komunalnego, a jej syn z rodziną na bruk. Proponowane lokale komunalne były w fatalnym stanie. Pierwszy miał 28 m kw. – Pokoik 14 m, smród, brud, grzyb nieudolnie przykryty farbą. Jednym słowem nora. Potem zaproponowali pokój w hotelu robotniczym. Ludzie nie mieli łazienek, więc załatwiali się do wiadra. Pokój 19 m. Woda na korytarzu. Wtedy myślałam o samobójstwie – wyznaje ze łzami w oczach. To był dla niej koniec świata, który znała. Z tamtego okresu pamięta jeszcze bezduszność sędziów. Nikogo nie interesowało, co się z nią stanie.
– Nikt nie zapytał, gdzie będę mieszkać.

Terapia grupowa

Na początku muszą to z siebie wyrzucić. Spotkania odbywają się w małym, ciemnym pokoju. Jedno okienko, dużo książek, komputer. Siedzą blisko siebie, ramię w ramię. Opowiadają o tym, co ich spotkało. Ktoś dostał pozew, komuś włamali się do mieszkania, inni odebrali wezwanie na przesłuchanie. – Tak sobie wyobrażałam spotkania AA – żartuje Ewa. Terapia w gronie aktywistów i poszkodowanych pomogła jej dalej żyć. Ewa dołączyła do Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów w styczniu 2008 r. – Zadzwonił do mnie Massalski. Obudził mnie, to było wcześnie rano. Na szczęście nie opuściła mnie czujność, powiedziałam, że jestem bardzo zajęta. Włączyłam komputer i wtedy natknęłam się na opis Lokatorów włamania do mieszkania Brzeskich – wspomina Ewa. Przeczytała, że Massalski z Mossakowskim – eksperci od odzyskiwania kamienic – chcieli poprzecinać kraty. Pomyślała, że to bandyta. Postanowiła przyłączyć się do Lokatorów.
Wanda o stowarzyszeniu usłyszała w radiu. Zadzwoniła, dostała numer do Piotra Ciszewskiego. Umówiła się z nim w siedzibie Lokatorów. Od tego czasu przychodzi na spotkania. Wiosną przyszłego roku będzie już dziewięć lat, odkąd działa w stowarzyszeniu. Wszyscy trzymają się w kupie. Spotykają się, robią zrzutkę i obrabiają temat reprywatyzacji. – Nie dajemy się, podtrzymujemy na duchu jedno drugiego. Trzeba tego doświadczyć, żeby sobie to wszystko wyobrazić – mówi Wanda. Nie umie zapewniać tych, którzy przychodzą do nich po pomoc, że wszystko będzie dobrze. Ma świadomość, że dla państwa ich problemy nie istnieją. – Mówiłam, że mamy dwa wyjścia: albo wyjdziemy na ulicę, albo obijemy każdego z osobna. Nie damy rady, dopóki się nie zmobilizujemy.

Janusz i Bożena najpierw spotkali się z Jolą Brzeską, opowiedzieli jej swoją historię, ona im swoją. Brzeska była jak terapeutka. Bezradności i załamaniu przeciwstawiała opowieść o organizowaniu się, protestach i poszukiwaniu wyjścia. Poszli na spotkanie tworzącego się właśnie Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów. – Nikt nie chciał nas słuchać, znajomi mieli dość tematu reprywatyzacji, a urzędnicy nie udzielali żadnej pomocy – zżyma się Bożena.

Nowe osoby, przychodząc do stowarzyszenia, miały poczucie, że wreszcie ktoś ich słucha. – To była taka terapia, każdy opowiadał swoją historię. Wspieraliśmy się na każdym etapie – dodaje Janusz.

Wściekłość

Ewa: – Kiedy okazało się, że kontrolują moją korespondencję, zrozumiałam, że nie ma dla mnie ratunku.

Ktoś wyjmował korespondencję z jej skrzynki; zamówiła skrytkę pocztową, ale ktoś z urzędu odsyłał listy ze stemplem „adresat nieznany”. – Całe instytucjonalne zaplecze jest po ich stronie.
Wanda: – Jedna wielka wściekłość. Wściekła byłam za każdym razem, na radzie miasta i przy eksmisjach. Oni nas traktowali z pozycji siły, z góry. Pamiętam jednego z radnych – pijany, łapy w kieszeniach, jakiś czas temu wykupił mieszkanie za grosze i grzmi do nas butnie: „Kim wy jesteście?”.

Strony: 1 2 3 4 5

Wydanie: 40/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. ...
    ... 8 października, 2016, 20:04

    myślę że taka sama sytuacja byłaby w Falkowie gdyby mieszkańcy nie zrobili sobie indywualnego ogrzewania…!!!!!!także proszę wszystkich o przemyślenie tego artykułu…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy