Lokatorzy na froncie

Lokatorzy na froncie

Ludzkie przedmioty

Członkowie ruchów lokatorskich chodzą na posiedzenia Rady Warszawy. Gdy domagali się nadzwyczajnej sesji, wezwano do nich straż miejską, Hołota, zadymiarze, nieroby, takie epitety z ust stołecznych polityków słyszą od lat. Dla radnych lokatorzy się nie liczyli. – Jak wyglądało głosowanie nad uchwałami?! Siedzi przewodniczący klubu na początku stołu, czyta kolejne uchwały i daje znak kciukiem. Paluch w górę albo w dół i wszyscy jak jeden mąż. Ile ja się nakrzyczałam, że są ubezwłasnowolnieni – żali się Wanda. Nikt z lokatorów nie wierzy w to, że politycy nie wiedzieli o skali problemu, jakim jest reprywatyzacja. Tyle razy alarmowali!

Mimo to cały czas wierzą, że wreszcie ktoś im pomoże. Piszą do wielu instytucji, chodzą po urzędach, ale zawsze trafiają na mur. Państwowe instytucje straciły ich ze swoich radarów. Nagle utracili status obywateli. Nikt wprost im tego nie mówi, ale nie ma też chętnych, którzy by poświadczyli, że istnieją. – Brakowało nam dostępu do dokumentacji. Nie wiedzieliśmy, co na jakiej podstawie zostało zwrócone, jaki jest nasz status. Oddano nas, jak oddaje się zbędne przedmioty i już człowiek nie interesuje się tym, jaki będzie ich los. Czy ktoś je wyrzuci do śmieci, czy będzie tym wycierał podłogę – wytyka Ewa. W ten sposób państwo wysłało im jasną wiadomość. W sądzie, w urzędach nikt nie pytał, gdzie będą mieszkać. – Najboleśniejsze jest życie w państwie, które cię opuściło. Nie możesz liczyć na żadną pomoc – podkreśla Ewa. – Nie wiem, może to już paranoja, ale gdziekolwiek człowiek się ruszy, myśli, że jest w niebezpieczeństwie.

Walka trwa

Najwięcej eksmisji jest od kwietnia do czerwca i od września do listopada. W tym czasie obrońcy praw lokatorskich mają wiele pracy. – Zdarzało się, że nawet zimą nowy właściciel chciał wyrzucić lokatorów na bruk, ale to już było nielegalne. Byli tacy, co ze strachu uciekali, bo zimą wyjmowano im okna z klatki schodowej. Mróz i wiatr hulają, więc człowiek się wyprowadza. Wtedy szybko interweniujemy i wygrywamy – mówi Wanda.

Walka jeszcze się nie skończyła i nie wiadomo, czy kiedyś w ogóle się skończy. Takie opinie przeważają wśród działaczy ruchu lokatorskiego. – Potrzebujemy papieru, sami się finansujemy, ostatnio robiliśmy kuleczki z adresami kamienic, którymi obrzuciliśmy radnych podczas ostatniej sesji rady miasta. Kupujemy płótna, szyjemy transparenty. To wszystko się robi wewnętrznie. Nie ma wśród nas bogatych, ale to jest całe nasze życie – opowiada Ewa.

Janusz i Bożena zastanawiają się nad wznowionym śledztwem. – Może uda się wreszcie złapać zabójców Joli.

W państwo nie wierzą już dawno. – Ale zło nie może trwać wiecznie – mówi Bożena. Mają nadzieję, że ich upór będzie przykładem dla innych. – Najgorzej, jak człowiek się skuli i da się zastraszyć – tłumaczy Ewa. Wanda dodaje: – Są tacy, którzy się boją własnego cienia. Ostatnio byłam w gminie. Spotkałam tam zapłakaną kobietę z trójką dzieci. Opowiadała mi, że dostała klitkę i jest załamana. Powiedziałam jej, że trzeba walczyć, bo na płacz oni są odporni. Trzeba huknąć. Są przepisy. Każdy ma prawo do dachu nad głową.

Strony: 1 2 3 4 5

Wydanie: 40/2016

Kategorie: Kraj

Komentarze

  1. ...
    ... 8 października, 2016, 20:04

    myślę że taka sama sytuacja byłaby w Falkowie gdyby mieszkańcy nie zrobili sobie indywualnego ogrzewania…!!!!!!także proszę wszystkich o przemyślenie tego artykułu…

    Odpowiedz na ten komentarz

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy