Lotniskowiec czy miejsce współpracy

Lotniskowiec czy miejsce współpracy

Styczeń to w ostatnich latach pechowy miesiąc dla stosunków polsko-rosyjskich. Rok temu wybuchła w tym czasie tzw. afera rosyjskich szpiegów, a polski rząd w niepotrzebnie demonstracyjny sposób wydalił z naszego kraju grupę pracowników Ambasady Rosji w Warszawie. Teraz emocje prasowe wzbudził amerykański dziennik “Washington Times”, który napisał, że władze w Moskwie rozmieściły w enklawie Kaliningradu taktyczną broń nuklearną. Mówi się o zagrożeniu polskiego bezpieczeństwa i ukazaniu przez Kreml imperialnych ambicji.
Na szczęście, tym razem przynajmniej część polityków obozu rządowego zachowuje się dość umiarkowanie. Ministrowie Władysław Bartoszewski i Bronisław Komorowski uspokajali dziennikarzy, że żadnego bezpośredniego zagrożenia dla Polski nie ma – jeśli założyć, że wskazana przez “Washington Times” broń rzeczywiście została w okolice Kaliningradu przemieszczona (czemu strona rosyjska zaprzeczała). Wyłamał się z tego tonu (mający sto innych gaf na sumieniu) rzecznik rządu, Krzysztof Luft, który publicznie zażądał wysłania na rosyjskie terytorium “specjalnej międzynarodowej komisji”. Można by westchnąć w tym miejscu: tak mały Kazio wyobraża sobie uprawianie polityki wobec, było nie było, mocarstwa. Ciekawe, jak by taka komisja tam wjechała? I oglądania czego zażądałaby (pewnie w ultymatywnym tonie) od władz enklawy?
Zostawmy zresztą rzecznika rządu Buzka w spokoju. Warto, po pierwsze, uzmysłowić sobie, że owa “broń N”, jaka podobno znalazła się niedaleko polskich granic, to ewentualnie pociski artyleryjskie i głowice do taktycznych rakiet Toczka o kilkunastokilometrowym, może kilkudziesięciokilometrowym zasięgu. Można je zresztą dostarczyć w każdy punkt Federacji Rosyjskiej w ciągu kilku godzin. Same rakiety i haubice znajdują się w Kaliningradzie od dawna. Eksperci zgodnie podkreślają, że równowagi strategicznej (nawet gdyby rewelacje “WT” były prawdziwe) w rejonie Europy Środkowej to nie zmienia. Prawdziwym problemem są bronie jądrowe średniego i dalekiego zasięgu, a w tej dziedzinie nic się nie zmieniło.
W całej debacie są w istocie trzy ważne elementy. Po pierwsze, jeśli Rosjanie rozmieścili takie środki w okolicach Kaliningradu, to tylko dlatego, że chcą w ten sposób pokazać swoje niezadowolenie nie z powodu członkostwa Polski w NATO, lecz z perspektywy takiego członkostwa krajów bałtyckich, tj. Estonii, Łotwy i Litwy. W gruncie rzeczy jest to jednak dość bezsilna demonstracja, ponieważ wejście (za jakiś czas) państw bałtyckich do Sojuszu wydaje się przesądzone.
Po drugie, jeśli coś może niepokoić Polaków, to ewentualność, że dobrowolne ograniczenie NATO, by w nowych krajach członkowskich, w tym w Polsce, nie rozmieszczać broni nuklearnej, przestanie w takim przypadku obowiązywać. Stanęlibyśmy wobec perspektywy pojawienia się na naszym terytorium amerykańskiej broni N, ale – trzeba to mocno podkreślić – to polski rząd będzie podejmował w tej sprawie ostateczną decyzję.
Po trzecie, jeśli taktyczna broń N rzeczywiście znalazłaby się gdzieś pod Kaliningradem, byłby to znak, że Moskwa chce dalej utrzymywać w enklawie ogromny garnizon wojskowy i w ten sposób wpływać na równowagę sił w Europie. Straty na dłuższą metę poniósłby sam Kreml, bo Kaliningrad to wymarzona strefa do rozwoju wolnego handlu (i zysków finansowych dla Rosji), a nie budowy tam niezatapialnego lotniskowca.
Rosja już to chyba rozumie. A jeśli nawet nie, to zrozumie już niebawem.

Wydanie: 2/2001

Kategorie: Świat

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy