Lubelski wymiar (nie)sprawiedliwości

Lubelski wymiar (nie)sprawiedliwości

Niepokorny prezes firmy w upadłości miał przeciw sobie syndyka, sędzię komisarz, prokuratorów i UOKiK

Był początek kwietnia 2008 r. Waldemar Szyszko, prezes lubelskiej firmy WALMAR w upadłości, odebrał list polecony. Kiedy go otworzył, mało nie dostał zawału. Czytał zawiadomienie i własnym oczom nie wierzył: „Sekretariat Prokuratury Rejonowej Lublin-Południe zawiadamia, że w dniu dzisiejszym został przesłany do Sądu Rejonowego w Lublinie akt oskarżenia przeciwko Waldemarowi Szyszko oskarżonemu o popełnienie przestępstwa z art. 212 §1 kk”.
– Nie miałem bladego pojęcia, o co chodzi – mówi Waldemar Szyszko. – Nikt mnie o niczym wcześniej nie informował, nie byłem wzywany na przesłuchanie do prokuratury, nie zapoznano mnie z zarzutami, więc skąd nagle wziął się ten akt oskarżenia? Urzędniczka w sekretariacie prokuratury poinformowała mnie, że nie wie, o co chodzi, bo moje akta odesłano do sądu i stamtąd mam oczekiwać zawiadomienia.
Minęło pół roku. Sąd Najwyższy w Warszawie przeniósł sprawę Szyszki do sądu w Ostrowcu Świętokrzyskim, wyłączając jej rozpoznawanie przez lubelski sąd, o co ten prosił, by „dbając o dobro wymiaru sprawiedliwości, ustrzec się od niewłaściwego odbioru społecznego, braku bezstronności i zarzutu potencjalnego kolesiostwa w rozpoznawaniu sprawy Szyszki”.
Okazało się bowiem, że osobą, która oskarżyła Szyszkę o pomówienie, była Beata Figaszewska, sędzia Sądu Rejonowego w Lublinie, członek zarządu Lubelskiego Oddziału Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia.
Akt oskarżenia był krótki. Podpisała go prokurator Prokuratury Rejonowej Lublin-Południe, Magdalena Szuper. W kilkuzdaniowym uzasadnieniu aktu oskarżenia czytamy: „Beata Figaszewska jest sędzią Sądu Rejonowego XVIII Wydział Gospodarczy w Lublinie. Prowadzi postępowanie upadłościowe WALMAR. (…) W zakresie jej obowiązków jako sędziego komisarza pozostaje nadzór nad syndykiem. W postępowaniu tym syndyk odmówił W. Szyszce wstąpienia do postępowania antymonopolowego, wszczę-tego z wniosku jego spółki. Sędzia Figaszewska nie zakwestionowała tego. Od tej pory W. Szyszko zaczął kierować skargi na sędziego komisarza. Wszystkie one mieściły się jednak w granicach skarg dopuszczalnych. Jednakże w dniu 23 kwietnia 2007 r. skierował on do Ministra Sprawiedliwości skargę, z której wynikało, że działania sędzi Figaszewskiej noszą cechy koncepcji (cytat in extenso, przyp. I.W.), a sędzia uszczupliła w ten sposób masę upadłości o 65.000 zł. Nie udowodnił przy tym żadnego ze wskazanych przez siebie zarzutów (…). Stwierdzić należy, że swoim zachowaniem wyczerpał znamiona art. 212 §1 kk, albowiem naraził sędziego Sądu Rejonowego Beatę Figaszewską na utratę zaufania niezbędnego do wykonywania zawodu sędziego”.
W obronę dobrego imienia sędzi zaangażowali się też jej bezpośredni przełożeni. W dokumentacji sądowej postępowania upadłościowego firmy WALMAR znajduje się oświadczenie podpisane przez sędzię Figaszewską, która kategorycznie stwierdza, że to nie ona doniosła policji na Szyszkę.
Sędzia pisze w oświadczeniu: „Z całą stanowczością stwierdzam, że zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa pomówienia mnie jako sędziego Sądu Rejonowego zostało złożone do Prokuratury w trybie służbowym, tj. na mój wniosek złożony Przewodniczącemu XVIII Wydziału Gospodarczego, przekazany następnie Prezesowi Sądu Rejonowego w Lublinie, który dokonał przedmiotowego zgłoszenia”.
I stało się to, o co właśnie chodziło. Właściciel firmy w upadłości przestał pisać skargi na syndyka i sędzię komisarz, bo musiał się zająć własnym procesem.

Uzasadniony interes społeczny

Na proces sędzia Figaszewska kontra Szyszko przyjechało do Ostrowca Świętokrzyskiego kilkoro dziennikarzy. Niestety, sąd nakazał prowadzić ją za zamkniętymi drzwiami.
Ściganie przestępstwa z art. 212 kk następuje z oskarżenia prywatnego. Jak poinformował mnie sędzia Tomasz Wirzman, zastępca dyrektora Departamentu Sądów Powszechnych Ministerstwa Sprawiedliwości, „w sprawie o przestępstwo ścigane z oskarżenia prywatnego, akt oskarżenia może wnieść też prokurator. Warunkowane jest to stwierdzeniem z jego strony, że wymaga tego interes społeczny”.
Jaki to uzasadniony interes społeczny spowodował włączenie się lubelskiej prokuratury w ściganie upadłego przedsiębiorcy, tym bardziej że sędzia Figaszewska to wykwalifikowana prawniczka, dla której napisanie prywatnego aktu oskarżenia nie stanowi problemu?
– W sądzie występowałem sam, bo żaden adwokat nie chciał stanąć przeciwko sędzi – mówi Szyszko. – Nie zostało więc wyjaśnione, jakim sposobem pani Figaszewska zapoznała się z treścią skargi skierowanej bezpośrednio do ministra sprawiedliwości. Moje wcześniejsze skargi na sędzię i syndyka pozostawały bowiem bez echa. Może dlatego, że zarówno pismo Departamentu Sądów Powszechnych kierowane do posła Zbigniewa Rynasiewicza, jak i kilka innych – notorycznie niedopatrujących się żadnych nieprawidłowości w postępowaniu sędzi komisarz – dziwnym trafem podpisywała wciąż ta sama osoba, czyli wicedyrektor Departamentu Sądów Powszechnych, Przemysław Kurzawa. Jest to pan, który przez ponad dwa lata pracował razem z sędzią Figaszewską oddelegowaną z Lublina do Warszawy. To on w odpowiedzi na jedną ze skarg stwierdził, że sędzia Figaszewska była dobrym pracownikiem i cieszyła się zaufaniem w ministerstwie.
Winny – stwierdziła sędzia Sądu Rejonowego w Ostrowcu Świętokrzyskim, Joanna Wojewodzic-Wojtyna, i przestępcę Szyszkę skazała na grzywnę 2000 zł i zwrot kosztów sądowych.
Zdaniem sądu, „rzeczywistym zamiarem oskarżonego pomawiającego w skardze do Ministra Sprawiedliwości Beatę Figaszewską o korupcję nie była ochrona jego własnych interesów, ale poniżenie i narażenie B. Figaszewskiej na utratę zaufania potrzebnego dla wykonywania fun-kcji sędziego”.
– To była młoda sędzia, która bardzo protekcyjnie traktowała starszą od siebie sędzię Figaszewską – mówi Szyszko – podobnie jak uczestniczący w oskarżaniu mnie prokurator Prokuratury Rejonowej w Ostrowcu Świętokrzyskim, Grzegorz Gawroński, podmieniany na rozprawach przez swoje koleżanki. Dobrze, że moja apelacja trafiła do sądu w Kielcach, który daleki jest od koleżeńskich „lubelskich układów”.
Kielecki sąd okręgowy nie miał żadnych wątpliwości. 15 stycznia 2010 r. zmienił wyrok w całości i oskarżonego Waldemara Szyszkę uniewinnił od zarzucanego mu aktem oskarżenia czynu.
I tak kolejne dwa lata minęły Szyszce na walce z lubelskim wymiarem sprawiedliwości.

Ale o co chodzi

Rodzinna firma WALMAR rozpoczęła działalność w 1990 r. i od tego czasu prowadziła ścisłą współpracę z Zakładem Energetycznym w Lublinie – Lubzel.
W 1996 r. umieszczona została przez Ministerstwo Przemysłu i Handlu w wykazie przedsiębiorstw – Fundatorów Fundacji Elektryfikacji Rolnictwa jako przedsiębiorstwo zaliczane do krajowego zaplecza energetyki. W swoim najlepszym okresie firma zatrudniała 100 pracowników.
Na wschodzie Polski Lubzel był firmą dominującą, a właściwie monopolistą. To był najbogatszy zakład Lubelszczyzny. O „względy” prezesa Lubzelu starało się też wiele prywatnych firm działających w branży energetycznej. Prezes zagwarantował więc sobie osobisty nadzór nad przetargami na roboty inwestycyjne i remontowe.
I tak oto rozpoczęły się przetargi, w których wygrywały firmy „zaprzyjaźnione” z prezesem.
– Moja firma była na przetargach utrącana – mówi Waldemar Szyszko – mimo iż była w wykazie firm krajowego zaplecza energetycznego i w przetargach ofero-wała jedne z najniższych cen. W styczniu 1996 r. zwróciłem się pisemnie do prezesa Lubzelu o zaprzestanie stosowania zasad nieuczciwej konkurencji wśród wy- konawców pracujących na rzecz energetyki województwa lubelskiego.
O fakcie nieuczciwych przetargów i innych przekrętach Szyszko poinformował Wydział Przestępstw Gospodarczych Komendy Miejskiej Policji w Lublinie i Prokuraturę Rejonową, która notorycznie odmawiała wszczynania jakichkolwiek postępowań karnych przeciwko monopoliście. Poprosił więc o interwencję ówczesnego posła na Sejm Ryszarda Faszyńskiego. Wystąpił również do prezesa lubelskiego UOKiK, który jednak szybko sprawę wyciszył.
Decyzja lubelskiego prezesa UOKiK została uchylona dopiero wyrokiem Sądu Okręgowego w Warszawie – Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Sąd stwierdził, że prezes wydał decyzję, nie wysłuchując nawet argumentów drugiej strony i opierając się wyłącznie na wyjaśnieniach Lubzelu.
W związku z brakiem zamówień 30 września 2005 r. firma WALMAR musiała ogłosić upadłość. Na sędziego komisarza wyznaczony został Leszek Kujawski. Pięć dni później zastąpiła go sędzia Beata Figaszewska, która wraz z syndykiem Dariuszem Pawińskim rozpoczęła ciągnący się latami proces likwidacji firmy WALMAR. A miał on trwać zaledwie półtora roku, jak zapisane zostało w sprawozdaniu tymczasowego nadzorcy sądowego. Proces likwidacji trwał cztery lata i zakończył się dopiero 3 kwietnia 2009 r. To syndykowi i sędzi komisarz Waldemar Szyszko zarzuca bezprawne działania krzywdzące jego firmę i wierzycieli.

Zaczęło się od Lubzelu

Korzystny dla WALMAR-u wyrok Sądu Okręgowego w Warszawie potwierdził monopolistyczne działania Lubzelu, w efekcie których firma narażona została na straty w wysokości 178.012,47 zł.
21 września 2005 r. nowy już prezes lubelskiego UOKiK napisał do WALMAR-u pismo, że w związku z wyrokiem Lubzel wystąpił z propozycją ugody i na 5 października wyznaczony został termin jej podpisania.
– Bardzo się z tego ucieszyłem – mówi Szyszko – ale moja radość nie trwała długo, bo syndyk w ogóle nie był tym zainteresowany. Poprosiłem więc, by udzielił mi pełnomocnictwa w dochodzeniu należności od Lubzelu, ale takiego nie otrzymałem. W grudniu syndyk bez poinformowania mnie napisał do UOKiK pismo odmawiające przystąpienia do ugody.
Zgodnie z prawem upadłościowym syndyk nie mógł tego zrobić bez zezwolenia Rady Wierzycieli, której wówczas jeszcze nie było, gdyż sędzia komisarz jej nie powołała. Szyszko wystąpił więc z wnioskiem o odwołanie syndyka z jego funkcji. Sędzia komisarz nie zareagowała.
– W tym samym czasie firma ELEN, największy wierzyciel WALMAR-u, złożyła syndykowi ofertę zakupu długu Lubzelu za kwotę ponad 42 tys. zł – mówi Szyszko. – Syndyk odmówił sprzedaży. I znowu mimo naszych sprzeciwów sędzia komisarz nie zakwestionowała działań syndyka. To spowodowało, że od tej pory zacząłem bacznie się przyglądać działalności zarówno syndyka, jak i sędzi komisarz.
Wojna Szyszki z syndykiem i sędzią komisarz trwa po dzień dzisiejszy. Chociaż ostatni przedmiot z masy upadłości sprzedany został w 2007 r., jej zakończenie nastąpiło dopiero w 2009 r. Szyszko pyta więc: co syndyk i sędzia komisarz robili przez dwa lata? Według jego wyliczeń narazili firmę i wierzycieli na straty sięgające ponad 400 tys. zł.
Jednak wszystkie jego doniesienia do lubelskiej prokuratury spotykają się z odmową wszczęcia postępowania albo są umarzane. Zaskarżane zaś do Sądu Rejonowego w Lublinie są odrzucane.

Dzieje upadłości

Od samego początku z postępowaniem upadłościowym WALMAR-u nie działo się dobrze. W opinii biegłego sądowego sporządzonej na wniosek Komendy Miejskiej Policji w Lublinie czytamy: „Biegły nie odnalazł zarządzenia syndyka o przeprowadzeniu spisu z natury i powołaniu komisji inwentarzowych. (…) W aktach znajdują się spisy z natury, które wymogów formalnych nie spełniają. Brakuje podpisów osób dokonujących spisów i wyceny środków trwałych. Na arkuszach jest tylko podpis i pieczątka syndyka (…). Biegły nie znalazł dokumentów, na jakiej podstawie wyceniono znajdujące się w magazynach materiały i środki trwałe oraz kto tej wyceny dokonał (…), nie odnalazł protokołu złomowania ruchomości (…). Syndyk dokonał niezgodnego z kodeksem pracy potrącenia”. Itd., itd.
– Można było sprzedać firmę w całości, ale sędzia komisarz dopiero po upływie pół roku i licznych interwencjach powołała Radę Wierzycieli – mówi Szyszko.
– W pierwszym składzie rady nie znalazła się firma ELEN, która była największym wierzycielem, ponieważ podobnie jak ja ciągle interweniowała w sprawie niewłaściwego prowadzenia upadłości. I znowu dopiero po interwencji została dopisana do listy.
Atmosferę do czerwoności rozgrzało niewystawienie przez syndyka na przetarg działki położonej w przemysłowej dzielnicy Lublina i uzyskanie od Rady Wierzycieli zgody na sprzedaż z tzw. wolnej ręki. Działkę sprzedano więc bardzo szybko firmie AMAR za 325 tys. zł przy cenie minimalnej ustalonej przez Radę Wierzycieli na 320 tys. zł, a więc jedynie o 5 tys. zł drożej, niż ustaliła rada. W tym czasie podobne działki w tej części miasta szacowano na ok. 500 tys. zł.
Prezes firmy ELEN interweniował: „Z chwilą pojawienia się możliwości sprzedaży nieruchomości za wyższą cenę została zwołana kolejna Rada Wierzycieli (firma FOLPOL zaoferowała za działkę 390 tys. zł – przyp. I.W.). Na telefonicznie umówione spotkanie nie przybyli zarówno syndyk, jak i sędzia komisarz. Pomimo złożenia do sędzi pisemnej prośby o niezatwierdzanie podjętej wcześniej uchwały o sprzedaży – stała się ona prawomocna. Nie było chęci ze strony sędzi i syndyka do zmiany tej uchwały”.
Przesłuchiwany przez policję właściciel firmy AMAR, która zakupiła działkę, zeznał: „Rozmowy z syndykiem na temat zakupu działki prowadziłem ja i mój wspólnik. Złożyliśmy tylko jedną ofertę zakupu na kwotę 325 tys. zł”.
Na pytanie przesłuchującego, skąd wiedział, jaką kwotę ma zgłosić, by jego oferta okazała się tą najlepszą, zeznał: „Nie znam nikogo z Rady Wierzycieli, ale jeden z tych panów do mnie zadzwonił (…), powiedział mi, że zaprasza na negocjacje. (…) Wówczas powiedziałem mu, że i tak złożyłem najlepszą ofertę. O tym się dowiedziałem od syndyka, że złożyłem najlepszą ofertę”.
Przesłuchiwany przez policję właściciel firmy FOLPOL-u zeznał: „Przeprowadziłem kilkanaście rozmów z syndykiem, że jestem zainteresowany wykupem działki po upadłym. (…) Syndyk nie mówił, na jakich zasadach odbędzie się sprzedaż. (…) Dowiedziałem się, że została wybrana oferta firmy AMAR. (…) Złożyłem pismo do sędzi komisarz informujące, że moim zdaniem sprzedaż tej działki winna odbyć się na innych zasadach z możliwością udziału stron zainteresowanych. (…) Ja od syndyka nie dostałem żadnego pisma, iż cena wywoławcza wynosi określoną kwotę. Na przekazywane przeze mnie oferty zakupu tej nieruchomości bądź przystąpienia do przetargu, nie otrzymałem żadnego pisma od syndyka potwierdzającego, iż zostałem dopuszczony do takiego przetargu lub zostałem do niego zgłoszony oficjalnie”.

Wojna syndyka z prezesem WALMAR-u

Szyszko nie dawał za wygraną. Nękał syndyka pismami, odwołaniami i doniesieniami do prokuratury. Syndyk nie pozostawał dłużny. Najpierw zablokował pracownikowi WALMAR-u, Pawłowi Szyszce, synowi prezesa, wypłatę 4 tys. zł z tytułu wynagrodzenia pracowniczego. Była to jedyna należność pracownicza z września 2005 r., która nie znalazła się w wykazie wierzytelności zaspokajanych w pierwszej kolejności. Nie pomogły skargi na syndyka pisane do sędzi komisarz. Dopiero kontrola Państwowej Inspekcji Pracy potwierdziła naganne działania syndyka i spowodowała złożenie przez PIP wniosku do sądu. Wprawdzie Sąd Rejonowy w Lublinie obwinionego Dariusza Pawińskiego uznał winnym, ale… odstąpił od wymierzenia mu kary, zwolnił od kosztów sądowych, a wydatkami obciążył skarb państwa. Wynagrodzenie pracownicze Paweł Szyszko otrzymał od syndyka dopiero po zarządzeniu sędzi komisarz z 6 lutego 2007 r.
Zupełnie inaczej sąd rejonowy potraktował natomiast Pawła Szyszkę, któremu w odwecie sprawę wytoczył syndyk, nakazując zapłacić mu 966 zł za stwierdzone braki materiałowe. Dopiero Sąd Okręgowy w Lublinie IX Wydział Gospodarczy oddalił pozew syndyka, bo to na syndyku, a nie na pracownikach upadłego spoczywał obowiązek prawidłowego przeprowadzenia inwentaryzacji majątku oraz jego wyceny. Syndyk tego nie wykonał, przerzucając ciężar odpowiedzialności na Pawła Szyszkę. Sąd nakazał syndykowi wypłatę Pawłowi Szyszce kosztów procesu, które oczywiście obciążyły masę upadłości firmy WALMAR. I nie były to jedyne koszty, które wyciągnął syndyk z firmy na opłatę usług współpracującej z nim kancelarii prawnej.
U prokurator Gizeli Gruszczyńskiej z Prokuratury Rejonowej w Lubartowie nie znalazło zrozumienia doniesienie na syndyka, któremu małżeństwo Szyszków zarzuciło bezprawną sprzedaż ich prywatnego ruchomego majątku znajdującego się w bazie firmy w Siedliskach, o wartości 5,1 tys. zł. Prokurator uznała, że nie jest możliwe stwierdzenie, czy zostały one przywłaszczone przez syndyka, czy sprzedane jako złom użytkowy, a… wszelkie wątpliwości należy rozstrzygnąć na korzyść syndyka, i postępowanie umorzyła.
W odpowiedzi na skargę na to umorzenie Małgorzata Duszyńska, prokurator rejonowy w Lubartowie, poinformowała, że nie można pociągnąć do odpowiedzialności syndyka, ponieważ w dniu złożenia przez małżeństwo Szyszków doniesienia „syndyk nie miał statusu funkcjonariusza publicznego w rozumieniu kodeksu karnego i dopiero ustawą z 15.06.2007 r. o »licencji syndyka«, został przyznany mu ten status”.

To jeszcze nie koniec

27 grudnia 2007 r. syndyk złożył do sędzi komisarz pismo, że cały majątek WALMAR-u został zlikwidowany. Rok później wystąpił z wnioskiem o stwierdzenie zakończenia postępowania upadłościowego. Dopiero w lutym 2009 r. sędzia wydała zarządzenie zobowiązujące syndyka do złożenia ostatecznego sprawozdania finansowego za cały okres prowadzenia upadłości. Na co syndyk odpisał: „Z uwagi na fakt, że z dniem 30 września 2008 r. została rozwiązana umowa o pracę z główną księgową, a także cała dokumentacja finansowo-księgowa została zdeponowana w archiwum, nie jestem w stanie przedłożyć w sposób bardziej szczegółowy informacji odnośnie wpływów i wydatków masy upadłości”.
3 kwietnia 2009 r. sędzia komisarz zarządziła zakończenie upadłości.
Postanowienie to zaskarżył zarówno Szyszko, jak i największy wierzyciel – firma ELEN, prosząc o wyjaśnienie, dlaczego sędzia komisarz zatwierdziła sprawozdanie finansowe za 2006 r., w którym syndyk wykazał faktyczny wpływ w wysokości 318.463,35 zł, podczas gdy biegły księgowy stwierdził wpływ ujęty w bilansie na kwotę 493.058,10 zł. Natomiast z wyliczeń Szyszki wynikało, że wpływy bilansowe do jego firmy powinny być w kwocie 518.463,35 zł.
Do tej pory żaden księgowy nie może zinterpretować podanej w sprawozdaniu syndyka straty „ze zbycia niefinansowych aktywów trwałych na kwotę 84.996,95 zł”. Jaka to może być strata i z czego ma ona wynikać?
Jednym podpisem sędzia komisarz zatwierdziła też syndykowi kwotę 250 tys. zł jako koszty prowadzenia przez niego działalności gospodarczej, podczas gdy żadna decyzja sądu nie przewidywała prowadzenia takiej działalności i taka działalność nie była w ogóle prowadzona. Gdzie więc podziało się ćwierć miliona złotych? Wnioski upadłego i Rady Wierzycieli o rozliczenie i udokumentowanie tej kwoty do dnia dzisiejszego są przemilczane lub odrzucane przez sędzię komisarz.
Przeglądając tylko kilka dokumentów finansowych, zauważyłam, że podane tam liczby nie są spójne. W sprawozdaniu złożonym sędzi za okres od początku upadłości do 31 grudnia 2005 r. syndyk podał, że ściągnął wierzytelności na kwotę 159.594,43 zł. Kwota ta powinna więc figurować jako otwarcie bilansu za 2006 r. Ale w bilansie i w załącznikach do niego widnieje kwota zaledwie 137.078,35 zł i na dodatek zawiera też kwotę z faktury nr 53/2005, za którą pieniądze wpłynęły do banku dopiero 24 stycznia 2006 r. Natomiast wyciąg z banku wpływów za faktury do końca 2005 r. opiewa na 179.167,71 zł.
To niejedyna rozbieżność w kwotach i dokumentach, którą zauważyłam, a przecież nie jestem księgową.
„Kategorycznie domagamy się niezamykania upadłości i wnosimy o pełną kontrolę wpływów i wydatków masy upadłości. Syndyk nigdy nie podał wiarygodnych rozliczeń księgowych za żaden okres. Upadły rozbieżności te szacuje na kwotę 407.000 zł. Rada Wierzycieli składa się z największych firm i zainteresowana jest w odzyskaniu jak największej kwoty wierzytelności”, napisali wierzyciele w zażaleniu do sądu gospodarczego.
Brak jakiejkolwiek reakcji ze strony sędzi komisarz spowodował, że Szyszko zawiadomił prokuraturę, że sędzia poświadcza nieprawdę w dokumentach upadłej firmy i nie dopełnia obowiązków nadzoru nad syndykiem. Sprawa do rozpoznania trafiła do prokurator Magdaleny Szuper, tej samej, która w obronie sędzi Figaszewskiej sporządziła przeciw Szyszce akt oskarżenia. Oczywiście Szyszko poprosił o wyłączenie jej z rozpoznawania sprawy, ale nic nie wskórał.
29 kwietnia 2011 r. prokurator Szuper umorzyła śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez sędzię Figaszewską.
Zapoznając się z dokumentacją prokuratorską i sądową, Szyszko stwierdził, że syndyk nie wykazał wszystkich faktur w dokumentacji złożonej do bilansu za 2006 r. Złożył więc do sądu wniosek o zabezpieczenie oryginalnej dokumentacji księgowej firmy WALMAR znajdującej się w aktach postępowania upadłościowego. Ale przewodniczący IX Wydziału Gospodarczego
Sądu Rejonowego w Lublinie, sędzia Grzegorz Kister, poinformował go, że nie ma takiej potrzeby, gdyż „cała dokumentacja firmy WALMAR została przekazana do Zakładu Archiwalnego Składnica Akt Sp. z o.o. przy ul. Stefczyka 30 w Lublinie”.
Wniosek o zabezpieczenie dokumentacji Szyszko złożył również w prokuraturze. Był on o tyle zasadny, że istniało podejrzenie, że po upływie pięciu lat dokumenty finansowe zostaną wycofane z archiwizacji i zniszczone. I chyba o to chodziło.
Jego interwencje w Prokuraturze Okręgowej w Lublinie też nic nie dały. Wreszcie 18 maja 2011 r. Szyszko otrzymał zawiadomienie, że prokurator rejonowy oddalił wniosek o zabezpieczenie dokumentacji upadłej firmy.
Napisał więc pismo do archiwum przy ul. Stefczyka 30. Jakież było jego zdziwienie, kiedy listonosz zwrócił mu list z adnotacją, że takiej firmy pod tym adresem nie ma.
Jadę na ulicę Stefczyka.
– O, tak, była tu jakaś firma, która archiwizowała dokumenty – słyszę – ale dawno jej już nie ma. Podobno nie płacili czynszu, potem coś im się spaliło.
Od właściciela budynku dowiaduję się, że prawie dwa lata temu firma wyprowadziła się do Wrocławia. Dzwonię.
– Zaraz sprawdzimy. WALMAR? Dokumenty firmy znajdują się w Zawierciu.

 

Wydanie: 26/2011

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy