Mamy z kogo wybierać

Mamy z kogo wybierać

Jeszcze jestem pod wrażeniem bajecznych umiejętności piłkarzy Barcelony, więc wszystko mi się kojarzy z piłką. Także wybory 7 czerwca. Chciałoby się, by wieczorem tego dnia była u nas taka atmosfera jak niedawno w Hiszpanii. Pewnie jednak nie będzie, choć miło pomarzyć. Oby tylko nie było tego, co jest zmorą kibiców i piłkarzy. Gola samobójczego. W najbliższą niedzielę czeka nas przecież bardzo ważny test. Tylko raz na pięć lat mieszkańcy Unii mają szansę, by z długiej listy kandydatów do Parlamentu Europejskiego wskazać tę albo tego jednego. Swojego faworyta. Kogoś, komu warto zaufać. Polacy mają to prawo wyborcze dopiero albo już po raz drugi. Dlatego źle się czuję ze świadomością, że i te wybory, podobnie jak wiele poprzednich, mało kogo obchodzą. Prognozy frekwencji wyborczej są zapowiedzią gola samobójczego, którego sobie strzelimy, i to całkowicie dobrowolnie. Można to też, jak ktoś nie lubi piłki, nazwać strzałem w stopę. Znam powody frustracji społecznej i niechęci do polityki. Piszemy o nich w każdym numerze. Mógłbym tu zrobić katalog powodów, dla których Polacy nie ufają politykom i partiom. Tym, których zresztą sami wybrali. Tyle że w ten sposób wsparłbym interesy tych polityków, dla których szansą na wybór jest tylko niska frekwencja. Zagłosują rodziny i znajomi i jakoś niemotę wybiorą. Szansą na przerwanie tego monopolu bylejakości jest tylko to, co udało się dwa lata temu. Wówczas mobilizacja wyborców pozwoliła skutecznie odsunąć PiS od władzy. Teraz wybór jest szerszy, bo oprócz PO, która robi wszystko, by spory i wybory ograniczać do jej relacji z PiS, mamy wreszcie sensowną alternatywę. Listę 6, czyli SLD-UP, i listę 7, Porozumienie dla Przyszłości – CentroLewica.
I to jest prawdziwy wybór, bo przecież w Parlamencie Europejskim liczą się tylko dwie frakcje. Socjalistyczno-socjaldemokratyczna i ludowo-chadecka. To one mają decydujący wpływ na realne decyzje w Unii.
I to od przewagi jednej z nich zależy, czy Europa będzie bardziej socjalna, z większym udziałem państwa w gospodarce, z silnym sektorem publicznym i z równym statusem kobiet i mężczyzn. Czy też bardziej rynkowa, liberalna, z silnymi rządami kapitału i wpływami lobby finansistów. Kandydaci wybrani z list PiS będą poza tym głównym nurtem, w nieliczącej się małej frakcji. I pożytek z nich będzie taki jak w Polsce. Będą pyszczyć, judzić i protestować. Bez efektu, choć ze szkodą dla wizerunku Polski.
Zostając w domu, nie zrobimy krzywdy żadnej partii i żadnemu z kandydatów. Oni i tak mają zapasowe scenariusze. Oni tak, ale Polska nie ma innego wariantu. Nasze miejsce jest w Unii Europejskiej. I w niedzielę pokażemy, czy jest to miejsce na tyłach, czy w pierwszych rzędach. Politycy mówią o naszych europejskich aspiracjach, ale co w tej sprawie robią?
Polacy nie widzą bezpośredniego zauważalnego związku między wynikami wyborów unijnych a ich sytuacją. Nie widzą, bo prawie w ogóle nie mówi się o tym w kampanii. A przecież ten związek jest oczywisty. Od jakości naszych europosłów i od tego, w jakiej będą frakcji, zależy, czy Europa będzie bardziej, czy mniej solidarna w wychodzeniu z kryzysu. Czy będziemy mieli wpływ na nowy budżet. Na nowe koncepcje. Na kontrolę europejskiej biurokracji. Na wsparcie polskich regionów. I na objęcie ważnych stanowisk. Mało to czy dużo? Nie wystarczy, by serio potraktować te wybory? I czy naprawdę nie ma na kogo głosować? Nawet stosując najsurowsze kryteria, bez trudu można znaleźć kandydatkę lub kandydata, którzy są kompetentni, rzeczowi i rozsądni. Wybierając uważnie, nie zmarnujmy szansy, by taką osobę wesprzeć. Szkoda głosu zmarnowanego na byle kogo. Zostając w domu, też wybieramy. Tych marniejszych.

Wydanie: 22/2009

Kategorie: Kraj

Napisz komentarz

Odpowiedz na treść artykułu lub innych komentarzy